niedziela, 29 lipca 2018

C.B. - Na skraju rozpaczy

 Witam Was ponownie po zaledwie dniu ^^. Tym razem coś normalnego :P i spokojniejszego.
Ps. Znowu spis treści źle działa i przemieszcza w złe rozdziały. Niedługo to ogarnę i przepraszam za niedogodności z tym związane.
****************
Za oknem padał deszcz, choć był już środek zimy. Cała trójka znajdowała się w białym, szpitalnym pokoju Wioski Ukrytej w Liściach. Podpięci byli do wszelakich urządzeń. Namito, który skończył w najgorszym stanie, był podłączony do sztucznej nerki, tlenu, kroplówki i innych maszyn rejestrujących stan zdrowia. Pozostała dwójka obyła się bez oczyszczarki do krwi, a czerwonowłosa nawet bez tlenu.
- Noaaaa!!! - Zerwał się nagle blondyn do pozycji siedzącej z wyprostowaną prawą ręką. Miał szeroko otwarte oczy i zaczął oddychać nierównomiernie. Nadal nie zdawał sobie sprawy z tego, gdzie się znajduje. Zaczął się szamotać i wyrywać kable. Do pomieszczenie wbiegł mężczyzna zaniepokojony odgłosami.
- Młody!!! Spokojnie! Już nic wam nie grozi! - Trzymał jego ręce. Naruto jednak się nie poddawał. Wyrwał się z jego uścisku i zwalił aparaturę na podłogę.
- Powiedziałem!!! Uspokój się!!! - Zamachnął się i wycelował sierpowym wprost w lewy policzek swego jinhuuriki. Ten od razu zaprzestał szamotania się i popatrzył na niego.
- Kyuu? - Spytał tak jakby chciał się upewnić.
- A jak myślisz? Oczywiście, że to ja. Nie martw się już więcej. Cała wasza trójka trafiła tu w tak ciężkim stanie, że tylko wasze stopy zostały po tej stronie, bo o nodze nie można powiedzieć. Tsunade was wyleczyła.
- A ty nie mogłeś?
- Tylko ty leczysz moją czakrą. Nie wiem czemu, ale tak jest.
- Co z wojną? Kto wygrywa?
- Zacznijmy od tego, że przez trzy miesiące byłeś w śpiączce. Jako pierwszy się wybudziłeś, a po prawo leży twoja rodzinka. Noa doznała najmniejszych obrażeń, ale jej organizm nie był przyzwyczajony do czegoś takiego. Natomiast twój wuj, Namito, pobił rekord.
- Niby jaki?
- Stracił dwa i pół litra krwi i nadal żyje. Podobno fenomen. A co do wojny. Skończyła się dwa dni temu. Obie strony poniosły olbrzymie straty, ale to dzięki naszemu wypadowi Liść zwyciężył. Jinhuuriki Ośmioogoniastego zaginął wraz z nim. Nikt nie wie gdzie jest.
- Wszyscy moi przyjaciele żyją?
- Żyją, dwóch jeszcze leży w szpitalu, chyba Lee i Sai, ale niektórzy zostali sierotami.
- Co!?
- Mam wymienić?
- Boję się tego. Mów. I tak by wyszło to na jaw.
- Ino straciła matkę. Kiba obydwojga rodziców, lecz siostra przeżyła. No i... - Demon zaciął się.
- I?
- Dobra. Prosto z mostu. Sakura także została bez rodzicieli. Zginęli dzień przed zakończeniem walk. Wcześniej o mało mnie nie zatukła, by tu wejść, a od wczoraj jej nie widziałem. Pewnie opłakuje ich stratę.
- Kiedy rozpocznie się ceremonia?
- Pożegnalna dla ofiar? Za kilka minut.
- To nie ma czasu do stracenia. - Zaczął odpinać resztę aparatury.
- Chyba nie myślisz, że cię puszczę w takim stanie?
- Nie obchodzi mnie to. Mam dwie bardzo ważne sprawy, które nie cierpią zwłoki.
- Nawet nie masz się w co ubrać.
- Czuje, że masz moje zwoje przy sobie. Daj je, a sobie znajdę. - Posłusznie przekazał je właścicielowi. Otrzymał je od jego matki, która przyszła do syna, lecz nie została wpuszczona.
- Strój żałobny. W moim stylu. Mógłbym przez większość życia go nosić, ale wtedy nie byłbym sobą. - Ubrał się błyskawicznie. Koszulka, spodnie, sandały, wszystko koloru czarnego. Jednak pojawił się pewien problem.
- Nieeee. Zapomnij.
- No pomóż mi! Nie czuję nóg, a podpierając się tylko o katanę, nie dam rady tam dojść.
- Nie dziw się. Połamane i nie używane przez dobry kawał czasu.
- Kyuu!
- Nie mogę zostawić sali bez opieki!
- Zrób klona, który mnie tam zabierze. Nie opuścisz wtedy swego stanowiska.
- Niech ci będzie. - Wykonał pieczęć. Replika zarzuciła lewę ramię blondyna na swoje własne i poprowadziła na ceremonię. - Hokage cię zabije, gdy się dowie.
- I tak by się dowiedziała. Pewne działanie musi zostać uzgodnione właśnie z nią.
- Chyba nie chcesz...
- Właśnie to mam na myśli.
- No to będzie się działo.
- Jak zawsze w naszym życiu. Nigdy dosyć.
Gdy znaleźli się na zewnątrz spojrzał swym lazurowymi oczami w górę, tam gdzie teraz powinno być niebo. Zasłaniała je gruba warstwa chmur z których po zaledwie krótkiej chwili, zaczął padać rzęsisty deszcz. Dokoła nich zaczęło przybywać ludzi ubranych na czarno. Wszyscy kierowali się w stronę cmentarza. Tego typu uroczystości odbywały się przy jego wejściu, pod pomnikiem przypominającym ogień, jako symbol Kraju Ognia i Woli Ognia, którą każdy nosił w sobie. Różniły się w zależności od osoby, lecz miały podobne znaczenie. Na schodach stała Tsunade. Jako Hokage miała obowiązek powiedzieć parę słów.
- Dwa dni temu, zostało zawarte porozumienie i zawieszenie broni. Konflikt przyniósł sporo cierpienia, smutku, gniewu, tęsknoty. Zginęło wielu, wspaniałych ludzi, którzy byli ojcami, matkami, braćmi, siostrami, mężami, żonami, naszymi dziećmi.  Dziećmi tej ziemi, po której teraz stąpamy twardo. Jednak nie warto szukać jeszcze gorszych i pogrążających nas w żałobie słów, po tak dotkliwej stracie. Pamiętajmy. Pamiętajmy, że byli to także shinobi Wioski Ukrytej w Liściach! Zapłacili najwyższą cenę. Dlaczego? Odpowiedź jest prosta! Przepełniała ich miłość do swoich bliskich! Chęć ochrony takiego skarbu, jakim jest rodzina, przyjaciele i społeczeństwo, była większa niż strach jaki ze sobą nieśli! Wiem, że te słowa nie zwrócą im życia, ani nie ukoją waszego cierpienia. Proszę was. Oddajmy cześć tym ludziom, których nie ma już z nami. Oddajmy cześć bohaterom, którzy nie zawahali się ani przez chwilę! Oddajmy im cześć, tym małym skrawkiem czasu, jakim jest jedna minuta milczenia.
Wszyscy spuścili głowy i zastygli w bezruchu. Dużo osób płakało, nie mogąc powstrzymać się od szlochu. Blondyn dostrzegł na samym przodzie stojących przyjaciół, którzy teraz próbowali pocieszyć Kibę i Ino. Przyglądał się stojąc na samym końcu, gdzieś na uboczu. Nie widział tylko jednej osoby. Ściągnął swoją rękę z barku repliki lisa, który chciał zaprotestować.
- Dam sobie radę. Po wszystkim znajdź moją mamę oraz Tsunadę. Zaprowadź je do mego domu i każ czekać.
- A ty co masz zamiar teraz zrobić?
- Odwiedzić dwa groby.
- Dwa? - Zdziwił się z lekka.
- Tak. - Odpowiedział lakonicznie i ruszył przed siebie.
Z daleka było widać, że ledwo trzyma się na nogach. Drżały, kolana puszczały, ale silna wola nie pozwalała upaść. Wyminął wszystkich i wszedł na teren cmentarza. Było tam parę osób, które najwyraźniej nie chciały być na głównej ceremonii i wolały spędzić te chwile samemu. Mieli do tego całkowite prawo. Zatrzymał się przy jednym. W wazonie znajdowały się świeże, białe kwiaty. On miał jeden o kolorze czerwonym. Wsadził go w sam środek bukietu. Chociaż nie było tu ciała, to nadal był to symbol. Skumulował czakrę w nogach. Musiał to zrobić albo nie doszedłby dalej. Czuł czakrę osoby, której szukał i najwyraźniej potrzebowała kogoś przy niej. Na drugim końcu zauważył ją, aż serce zaczęło mu krwawić, gdy ujrzał jak różowowłosa leży bokiem, twarzą w dół na mokrej, zimnej ziemi przed dwoma grobami i zalewa się łzami. Była ubrana w czarną spódniczkę i koszulę. Słychać było głośny szloch. Nawet nie zareagowała, gdy podszedł do niej. Zawiesił miecz na plecach. Nie był mu dłużej potrzebny. Usiadł przy niej. Postanowił nic nie mówić. Tak na prawdę nie wiedział co. Nigdy nie był w takiej sytuacji. Owszem stracił ojca, ale gdy był niemowlakiem. Trzęsła się. Padało i było dość chłodno, więc nie musiał zgadywać co było przyczyną. Najdelikatniej jak umiał, wziął, podniósł ją i posadził na swoich nogach. Uaktywnił pierwszy ogon nie przyzywając zbroi i opatulił ich płaszczem z czerwonej czakry, która od razu dała efekt przyjemnego ciepła. Przytulił brodę o jej aksamitne w dotyku włosy, które były ubrudzone ziemią, ale nadal pachniały kwiatami. Prawą ręką wykonywał powolne ruchy, jeżdżąc palcami wzdłuż nich. Lewą oparł na jej dłoniach, które teraz mocno go ścisnęły, przysparzając bólu.
- Ma ona siłę. - Pomyślał, gdy kończyna zaczęła mu drętwieć, lecz ją zostawił tam gdzie się znajdowała.
Czekał tak dwie pełne godziny zanim się uspokoiła i usnęła w jego objęciach. Pogoda nie zamierzała odpuszczać. Nadeszła burza. Postanowił zanieść różowowłosą do swego domu, gdyż przypuszczał, że zamieszkanie w jej aktualnym lokum jest jeszcze za wczesne. Wziął ją na ręce przed siebie. Użył czakry demona, by utrzymać pion i nadal przykrywać ich płaszczem, którym mógł manipulować. Widać było jej niespokojną twarz. Znowu spojrzał w niebo. Blondynowi przypomniała się ostatnia odbyta walka. Wgłębił się we wspomnienia. Nigdy nie widział kogoś tak szybkiego, by nawet dwa różne jutsu czasoprzestrzenne nie nadążały. To była główna przyczyna ich porażki. Zgadywał, że ona sama musi być błyskawicą w poruszaniu się, lecz jeszcze tego nie odkryła i warto by było to u niej wytrenować.
Nawet nie spostrzegł, gdy znalazł się przed drzwiami domu. Pociągnął za klamkę i pchnął drzwi do wewnątrz. Wszedł i skierował się do salonu. Położył Sakurę na kanapie, podkładając pod głowę poduszkę i przykrył czakrą. Skierował się do kuchni, gdzie siedziały dwie kobiety popijające jakiś trunek ze szklanek. Najprawdopodobniej była to herbata.
- Dłużej już nie mogłeś dać nam na siebie czekać!? I kto ci pozwolił wyjść ze szpitala!? - Wykrzyczała Hokage.
- Gomen. Coś mnie zatrzymało. A wyszedłem bo miałem do was sprawę.
- A tak poza tym. Co to jest? - Wskazała na dziwną rzecz pokrywającą ciało blondyna. Dostrzegła także demoniczne oczy.
- To? Płaszcz z czakry. Sakura się wyziębiła i musiałem ją czymś ogrzać i uchronić przed deszczem. Zresztą  nadal drży z zimna, chociaż zużywam dość sporą ilość energii, by temu zapobiec.
- No to już wiemy co cię spowolniło. - Uśmiechnęła się Kushina.
- To dostanę rozgrzeszenie? - Podrapał się w tył głowy.
- Yhhh. Dobra. Tym razem tak, ale nie licz na więcej. Teraz mów o co chodzi. Kyuubi nic nie chciał nam wyjawić. - Zajął wolne krzesełko i skrzyżował palce u rąk, które teraz znalazły się przy brodzie. Podpierał się o blat stołu.
- Dobrze. Powiem bez owijania w bawełnę. Chodzi o pieczęć Noa. Trzeba ją naprawić. Ledwo ją powstrzymaliśmy, czego dowodem był nasz stan. Zamknąłem wtedy dostęp do czakry drugiej połówki Kuramy, ale nadal jest niedokończona.
- Masz na myśli, że to wszystko może się powtórzyć? - Zapytała Piąta.
- W rzeczy samej. Różnica, która jest teraz między mną a nią, jest bardzo widoczna. Przypuśćmy że Kyuu nie byłby mi przychylny. Wtedy jego czakra uwolniłaby się dopiero, gdybym działał pod wpływem bardzo silnych emocji w sytuacji na przykład śmierci kogoś bliskiego. U Noa jest gorzej. Sam strach spowodował natychmiastowe uaktywnienie szóstego ogona, który bardzo szybko ją pochłonął i zaczęły formować się kolejne. Ona sama poczęła dosłownie przemieniać się w niego. Dowodem są jej połamane nogi, a raczej już byłe. Teraz jak widziałem nawet gipsu nie miała.
- Naruto. - Wtrąciła się Kushina. - Owszem. Mogę ją naprawić, ale trochę to zajmie.
- Tak mniej więcej to ile? - Odezwała się blondynka.
- Dwa tygodnie. Muszę uważać, by nie zniszczyć pieczęci. To zupełnie inna ranga z tej dziedziny technik.
- To nie ma czasu do stracenia! - Zerwał się z miejsca.
- Nie tak prędko. To nie takie chop siup. Najpierw poczekamy, aż się wybudzi. Musi być przytomna. Po drugie, sama muszę się przygotować. Po trzecie, ty też będziesz mi potrzebny. Ktoś musi trzymać czakrę demona na uwięzi. Podczas zabiegu będzie z pewnością próbował się wydostać.
- Przez dwa tygodnie siedzenie ze wzrokiem wpatrzonym w pieczęć? O niczym innym nie marzyłem.
- Zrobicie to w sali od narad. Specjalnie ją przyszykuje. Nigdzie indziej nie będziecie bardziej bezpieczni niż w moim budynku. Całego obiektu będą pilnować Anbu pod moim osobistym dowództwem. A teraz idę ją zbadać. Jeśli nadal się strzęsie to znaczy, że chora. - Poszła do różowowłosej.
- Jeszcze jedno. - Zwrócił się do matki. - Co z Nanami?
- Pytasz o demona? Nie martw się. Całkowicie zapieczętowany. Nie powinien się samemu uwolnić. Sprawdziłam, gdy przybyła do wioski. Zaczęła panikować i takie tam, ale chyba ją przekonałam, że to nic strasznego.
- Ma w sobie Matatabi. Podobno wygląda jak duch. Stworzony z czakry przypominającej niebieskie płomienie.
- Możliwe. Nie zagłębiałam się w to i nie mam zielonego pojęcia o Bijuu.
- Nareszcie coś, czego ja mogę nauczyć ciebie! Hahaha. - Poczęli się śmiać. Skierowali się do przedpokoju. Tam czekała Tsunade.
- Ja muszę już iść. Niby wszyscy mają dzisiaj wolne, ale ja jestem wyjątkiem. - Zasmuciła się. - Naruto. Jutro przychodzisz do mnie do gabinetu, ale tego medycznego. Trzeba cię przebadać, by sprawdzić czy wszystko jest w porządku. Na dodatek zabierzesz ze sobą leki dla Sakury. Ponad czterdzieści stopni gorączki. Niestety, ale to wirusowe zapalenie płuc, a ja nie chce się zarazić. Mam tonę papierkowej roboty. Nie pozwól jej wychodzić. Jeśli sam poczujesz się gorzej. Nie przychodź! Wyśle wtedy je do ciebie przez kunai. Tak. Mam go nadal. Czyli określając to jednym słowem. Kwarantanna.
- Czyli pani umywa ręce.
- Trzeba było ją zanieść do szpitala. Sam podjąłeś decyzję. Teraz musi zostać tutaj. Powodzenia.
Zamknął drewniane drzwi od swego domu. Zdjął wysłużone, czarne sandały, które były standardowym obuwiem shinobi. Przeszedł do salonu biorąc z półki jakąś książkę i siadł na fotelu, tuż obok kanapy. Nie zamierzał budzić zielonookiej, dlatego musiał jakoś zorganizować sobie czas. Dezaktywował tryb, lecz nadal utrzymywał okrywającą Sakurę czakrę. Poczuł ból w nogach. Nawet taki spacer był wyczerpujący dla jego mięśni, które potrzebowały rehabilitacji, by się odbudować i zregenerować. Siedział tak kilka godzin i skończywszy książkę odłożył ją przy oparciu dla rąk.
- Tym razem Jiraiya się postarał. - Wyprostował i rozciągnął swoje zesztywniałe plecy, aż strzeliły mu kości.
Początek skopał. - Skwitował ostro Kyuubi. Cały czas byli połączeni telepatycznie, w razie przebudzenia któregoś z pozostałych pacjentów.
- Ale zakończenie dość dobre.
Mogło być.
- Nic nie zmieni twego zdania?
Nie.
- Uparty jak zawsze. Kiedyś się to na tobie zemści. Zobaczysz. - Lis już nic nie odpowiedział. Uznał, że wystarczy tej prowadzącej do ni kąt rozmowy.
Z wnętrza blondyna dobiegł przeraźliwy, dość długi i głośny dźwięk. Spojrzał na brzuch i złapał się za niego. Ssało go w żołądku jak nigdy dotąd. Zresztą to nic dziwnego. Trzy miesiące nic nie miał w ustach. Skumulował czakrę i poszedł w stronę kuchni. Otworzył lodówkę i jedyne co zobaczył, to światło. Z niesmakiem zamknął ją i podrapał się po głowie. Zniknął w żółtym błysku. Kilka minut później miał w ręku zapełnioną zakupami siatkę. Postawił ją na stole kuchennym. Wziął głęboki wdech, rozluźnił mięśnie rąk i karku. Sięgnął do jednej z szafek i wyciągnął duży, srebrny garnek.
- No dobra. Przypomnij sobie jak to mama robiła, a na pewno ci się uda. - Powiedział sam do siebie i wziął się do roboty. Trzy godziny później zupa była gotowa. Przez ten czas zrobił pozostałe zakupy, posprzątał mieszkanie i zaczął czytać kolejną część z serii Icha Icha Paradise. Siedział na krzesełku w kuchni, gdy usłyszał potworny kaszel dochodzący z salonu. Wziął miskę, nalał do niej swego wyrobu i zaniósł w stronę dochodzących dźwięków, do których wliczało się jeszcze wciąganie nosa i ciche jęki.
- Naruto? - Spytała mrużąc oczy. Usiadł tuż przy niej i zobaczył, że wygląda fatalnie, ale i tak zapytał.
- Jak się czujesz?
- Bywało lepiej. - Dosłownie wyrywało jej płuca. Ledwo podciągnęła się wyżej, by być w pozycji pół leżącej. Przystawił jej pod brodę miskę z ciepłym rosołem z dodatkiem warzyw i pałeczkami podał jej kluski do ust.
- Nie jestem głodna.
- Musisz coś jeść. Specjalnie ugotowałem ją dla ciebie. Mam nadzieję, że jest zjadliwa. - Uśmiechnął się szczerze. Zaryzykowała i spróbowała najpierw zupy, przechylając lekko miskę. Otworzyła szerzej oczy, a Namikaze czekał ze zniecierpliwieniem na opinię. Pierwszy raz coś ugotował bez niczyjej pomocy.
- Naruto. To jest przepyszne! - Uniosła swój głos, choć bolało ją gardło.
- Nie sądzę.
- Nie żartuję. Masz talent.
- E tam. Podpatrzyłem trochę u mamy i...
- ...i udało ci się w stu procentach. - Z zewnątrz widać było nikłą radość, ale w środku wręcz z niej oszalał.
- Nie wiem, gdyż nadal nie spróbowałem.
- Nie jadłeś? - Zdziwiła się, usłyszała także burczenie w jego brzuchu.
- Nic mi nie będzie. Zjem po tym jak cię już nakarmię. - Uśmiechnął się do niej. - Nie zabieraj mi tej możliwości. Jesteś bardzo chora i trzeba się tobą zaopiekować. Wiem, że teraz strasznie cierpisz i próbujesz tego przede mną nie okazywać, ale nie możesz zapomnieć o swoim zdrowiu i życiu. Oni nie chcieliby ujrzeć jak ich własna córka wylewa przez nich swoje łzy. Jestem przekonany że cię obserwują. Tam z góry czuwają nad tobą. Nie mówię, że masz o nich zapomnieć, lecz pamięć po twoich rodzicach nie może przesłaniać niczego innego, co stoi przed tobą otworem. - Łzy pokryły jej zaczerwienione od gorączki policzki.
- Przepraszam. Nie powinienem tego mówić. - Spuścił wzrok na podłogę. Był gotowy przyjąć cios za swój szorstki język.
- Nie przepraszaj. To ja powinnam podziękować. - Popatrzył na nią zszokowany. - Masz rację we wszystkim co przed chwilą powiedziałeś. - Wytarła ręką słone łzy i uśmiechnęła się. Zbliżyli się do siebie. Już mieli złączyć się w pocałunku, gdy Naruto odsunął się.
- Przykro mi. Jesteś chora. - Popatrzyła na niego z wrogością, ale także z rozbawieniem. Zdawała sobie sprawę z tego, że się z nią najzwyczajniej w świecie droczy.
- Jesteś wstrętny.
- Wiem. Najpierw zupa, bo ostygnie. Jak zjesz całą to się zastanowię. - Chciała coś odpowiedzieć, ale znowu dopadł ją atak kaszlu.

W biurze Piątej Hokage właśnie kończyła się bardzo interesująca rozmowa między Tsunade, a jednym z ostatnich członków klanu Uchiha.
- Mogłabym na to zezwolić, ale muszę przedyskutować to z paroma innymi głowami klanów. Shizune.
- Tak? - Czarnowłosa wbiegła do gabinetu.
- Powiadom przywódców klanów naszej wioski, że sporządzam dyskusje na pewien ważny temat. Starszyzna nie musi o tym wiedzieć. Podpadli mi już podczas trwania wojny, a szczególnie ten staruch, Danzo. Nie zamierzał angażować korzenia w walki na głównej linii, tylko wysłał liczne patrole na granice, tłumacząc, że w ten sposób zabezpieczymy się przed inną napaścią.
- Hai. - Asystentka ruszyła wypełnić polecenie.
- Itachi. Jesteś tego pewien? - Zapytała, by mieć pewność.
- Absolutnie. Myślałem nad tym dość długo i podjąłem już decyzję. - Odpowiedział z lekkim  uśmiechem.
- W takim razie jesteś już wolny. Idź do domu i wyśpij się. Za siedem miesięcy nie będziesz miał takiej możliwości.
- Pewnie nie. - Zaśmiali się.
~~~~~~~~~~~~~~~~
Story by Mess

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz