Przepraszam za lekki poślizg czasowy, ale szukałem dobrego momentu z pewnym pomysłem, pozmieniały się w mojej głowie pewne wydarzenia z akcji i takie tam szukanie innych wątków. Nie przedłużając. Później dodam coś na koniec notki mojej własnej roboty. Zapraszam do czytania i komentowania :P.
****************
Obaj ciężko oddychali. Ledwo udało im się zatrzymać blondyna, po tym jak kolejny raz stracił nad sobą panowanie, gdy tylko wyczuł swoim zmysłem węchu czerwone krople krwi. Okolica delikatnie się zmieniła. Gdzieniegdzie widniały kratery, a nad palącymi się częściami lasu unosiły się kłęby dymu. Minął już tydzień odkąd opuścili granice wioski, a zaledwie odrobinę poprawiła się kontrola blondyna nad swoim zwierzęcym instynktem.
- Blisko było. - Opadł na ziemię posiadacz sharingana, gdyż zabrakło mu sił. Przecierał teraz oczy z których zaczęła sączyć się krew po zbyt częstym wykorzystywaniu ich do uspokajania Naruto. Powoli zaczął tracić ostrość widzenia. Musiał szybko udać się na kolejny zabieg, by przeciwdziałać defektowi.
- I to jak. Prawie nam zwiał. - Patrzył na swego jinhuuriki leżącego na podłożu i owiniętego trzema ogonami lisa. Zdawał on sobie sprawę, że niedługo ich znajdą i trzeba będzie złożyć niemałe wyjaśnienia związane z ostatnimi wydarzeniami. - Mam pewien pomysł.
- Jaki?
- A jeśli dać by mu tą krew? - Popatrzył na niego jak na wariata. Przed chwilą prawie zginął. Uratowało go sosano uaktywnione milisekundy wcześniej. - Nie wiemy ile jej potrzebuje. Mogę zapolować i załatwić prowiant dla niego od dzikich zwierząt. Krew to krew. U ssaków mało co się różni składem chemicznym. Może zadziałać i wróci do świata ludzi. Nadal będzie trenował kontrolę nad sobą, ale nie tak jak teraz, że kropla wystarczy do wpadnięcia w kompletną furię niszczącą wszystko i wszystkich na swojej drodze.
Pobiegł w kierunku gęstszego lasu z manierką zaczepioną przy pomocy rzemienia o ostre, białe zęby. Pozostawił nosiciela samego, gdyż i tak obudzi się za kilka godzin, a Itachi zasnął wykończony. Wrócił po pięćdziesięciu minutach. Na mordzie miał zaschniętą krew. Udało mu się dorwać jakiegoś jelenia i wyciągnąć sporo krwi. Obmył się dokładnie w lodowatej wodzie i zaczął budzić dwójkę chrapiących shinobi.
- Pij! - Stanęli w pozie obronnej kilka metrów od niego. Koło nogi miał manierkę.
- Co to?
- Nie marudź tylko pij. Jeśli to nie poskutkuje to wynosimy się gdzieś o wiele dalej, z dala od ludzi. Jednak jeśli jakimś cudem mój plan wypali, wrócimy na spokojnie do wioski.
- Zatem. Do dna.
- Oby nie. - Skrzywił się lis.
Namikaze odkręcił prawą ręką zakrętkę. Uderzył w niego bardzo silny zapach czerwonego płynu. Ręce mu poczęły się trząść. Jego wzrok znowu zmienił się na demoniczny.
- Pij!!! - Rozdarł się lis. Jak na rozkaz, ostatkiem swej woli przechylił i wlał do gardła zawartość butelki. Znowu zjeżył mu się włos i pojawiły kły. Gdy myśleli, że jednak pomysł nie wypalił i już chwytali blondyna. Spostrzegli, że ten nie wykonuje żadnych ruchów, nie broni się ani też nie atakuje. Rysy twarzy stały się delikatniejsze niż przy utracie panowania, a wcześniejsze skutki zniknęły. Pozostały tylko czerwone źrenice wlepione w ich sylwetki.
- Młody? - Zapytał nie mając pewności czy wróciło wszystko do normy.
- Tak?
- Jak się czujesz?
- Normalnie. Tylko pić mi się chce. Dziwny posmak pozostał.
- Ufff. Zadziałało!!! - Uradowali się wszyscy.
- Ciekawe na ile. Będziemy cię obserwować. Musimy wiedzieć ile musisz wypić, by nie zwariować.
- Hmmm, chyba kilka łyków wystarczyło. - Zerknął do środka manierki. - Czekaj!!! Skąd ją wziąłeś!? - Zerwał się na równe nogi.
- Spokojnie. To krew jelenia. Mogę zdobyć jej więcej jeśli będzie taka potrzeba. A teraz takie pytanie. Wyczuwasz ją jeszcze teraz poprzez węch? - Zaciągnął się dostępnym powietrzem.
- Taa. W dodatku ktoś się zbliża. Pięć osób. Dość szybko.
- Chyba wiem kto. - Zmienił się z powrotem w ludzką formę. Zdziwiło to blondyna, ale nic nie powiedział.
- Co stało się Itachiemu? - Ten tylko się zaśmiał.
- Zgaduj. - Powiedział lis z nutką ironii w swoim głosie.
- Mamy was! - Pojawiła się wcześniej już wspomniana grupa ludzi na której czele stał dobrze wszystkim znany kopiujący ninja. Od razu spostrzegł demoniczne lewe oko blondyna. - Co wy tu wyprawiacie? Hokage popadła w białą gorączkę, gdy nie było rezultatów naszych poszukiwań.
- Yyyy. - Namikaze zaczął drapać się po głowie.
- Na dodatek ty. - Wskazał palcem Kyuubiego. - Ukradłeś krew ze szpitala. Teraz gadaj kim jesteś i czemu to zrobiłeś.
- To co robimy jest jedynie dla uszu Hokahe. No chyba, że chcesz dowiedzieć się tego siłą. - Czterech innych shinobi lekko się obruszyło, lecz szarowłosy stał niewzruszony.
- Kyuu. Dość tej dziecinady. Zabierz mnie do babuni. I zabierz jeśli miałaby mnie zabić. - Zaśmiali się obydwoje.
- Kyuu? Co jest? Może przemienić się w człowieka? Ciekawe. Na prawdę ciekawe. - Pomyślał Kakashi. - Wecie gdzie podział się Namito?
- Nie.
- No cóż. Zamelduje tylko, że was odnalazłem. Mam nadzieję, że nie oszukujecie i spotkacie się z Hokage.
- Spokojna głowa.
- To do zobaczenia. - Odwrócił się na pięcie. Już miał wskoczyć na drzewo, lecz jeszcze się powstrzymał. - Aha. Zanim zapomnę. Itachi. Naruto. Lepiej wymyślcie dobre wymówki. Narka. - Zniknął za linią lasu pozostawiając dwoje shinobi z ich własnymi myślami.
Spojrzeli na siebie. Obydwoje zdali sobie sprawę co mogły oznaczać słowa jonina. Przełknęli ślinę i zaczęli się pocić. Itachi zemdlał, a Naruto siedząc na ziemi schował głowę pomiędzy kolanami cały dygocąc.
- Młody? - Demon zdziwił się zachowaniem swego jinhuuriki. Kiedyś go widział w takim stanie, ale nie rozumiał czemu teraz tak się zaczął zachowywać. - Młody! Ogarnij dupsko. O co wam chodzi!?
- S...Sa...Sakura mnie zabije. - Na początku zatkało lisa. Nie wiedział co powiedzieć. Nie znał się na tych sprawach tak dobrze jak wymagała tego sytuacja. Wiedział jak mogła czuć się z takiego powodu kobieta, gdyż kiedyś był zapieczętowany w Kushinie.
- Hahahhahahahaha! - Zaczął się śmiać. - Nie bądź mięczak! Nie będzie tak źle.
- Skąd możesz to wiedzieć?
- Uwierz mi. Wszystko rozejdzie się po kościach.
- A wam co się stało!? - Zapytała trochę rozzłoszczona, ale zarazem przestraszona Hokage przez ich wręcz przerażone miny. Trzęśli się jakby dostali ataku lekkiej padaczki. Wyglądało to nawet trochę komicznie, gdy tak stali obok siebie.
- Wszystko wyjaśnimy, lecz niech Pani nas gdzieś ukryje. - Namikaze upadł na kolana. Kyuubi nie mógł powstrzymać się od śmiechu.
- Czemu klęczysz!?
- Prosimy! Odbędziemy każdą karę, ale niech Hokage-sama nas nie wyda. - Tsunade nadal nie mogła zrozumieć ich zachowania. Jakby nie chcieli, by ich ktoś zobaczył. Przez chwilę zastanawiała się, czy nie robią sobie z niej żartów, ale mimiki ich twarzy nie były sztuczne czy też wymuszone.
Nagle rozległo się pukanie do drzwi. Obydwoje wstrzymali oddech i modlili się, by nie były to one. Widzieli przez okno jak wchodziły, więc szansa na to, że nie skierują się do Hokage była zerowa, ale nadal mieli nadzieję. Niestety ta pękła jak bańka mydlana, gdy Hokage powiedziała ,,wejść". Wyczuli ich czakrę.
- No to po nas. - Powiedział króczowłosy. Niestety dla nich jego ocena sytuacji zawsze się sprawdzała.
- Żegnaj... - Blondyn przełknął ślinę - ...przyjacielu.
- Itachi!!!!!! - Pierwsza ruszyła Maki. Ten stanął na baczność.
- Przepraszam!!! - Uderzyła go w głowę od góry. Ten upadł, lecz nie stracił przytomności. Złapała za jego kołnierz od płaszcza i pociągnęła za sobą do domu.
- Itachi! - Krzyknął za nim blondyn z wyciągniętą ręką w stronę drzwi.
Spojrzał na Sakurę ze łzami w krwistych oczach. Podszedł do niej na kolanach ze spuszczoną głową. Nie miał odwagi, by spojrzeć teraz w jej oczy. Nie mógł wydusić z siebie krzty słowa. Nie wiedział jak ona zareaguje na jego widok. Chciał jej to wszystko wytłumaczyć, ale bał się. Z chęcią zapadłby się pod ziemię i stamtąd nie wychodził. Jednak teraz znajdował się zaledwie pół metra przed nią w biurze przywódczyni wioski. Postanowił czekać. Po pięciu minutach krople zaczęły spadać na suchą, drewnianą podłogę. Nie były to jego łzy, które już dawno wyschły. Spływały one po policzku różowowłosej, która wpatrzona była w jego blond czuprynę.
- Czemu? - Wreszcie usłyszał jej głos. - Czemu mnie tam zostawiłeś? Czemu zniknąłeś na cały tydzień bez słowa lub nawet pozostawienia głupiego listu!? Martwiłam się o ciebie!!
Tu oprócz jego samego nikt nie spodziewał się takiego obrotu spraw. Został spoliczkowany, aż jego głowa odwróciła się bezwładnie w prawą stronę.
- Gdzieś ty był przez ten czas!?!? Nikt nie wiedział co się z tobą dzieje!!! Myślałam, że zginąłeś!! Zdajesz sobie sprawę, jak się czułam!?!? Igrasz z moimi uczuciami jakby to była tylko przelotna zabawa!!!
- A... - Nie dała mu dojść do słowa.
- Zamilcz!! Nienawidzę cię!! - Jeszcze raz go spoliczkowała, jednak teraz odrobinę mocniej, tak że poleciał na ścianę i pokruszył ją, tracąc przytomność.
Różowowłosa wybiegła z gabinetu trzaskając za sobą drzwiami, całkowicie nie przejmując się obecnością Hokage, którą totalnie zatkało. Szyba za nią rozpadła się na drobne kawałeczki. Ściany i sufit także popękały. Nie myślała, że będzie świadkiem takich zdarzeń. Nigdy nie widziała swojej uczennicy w takim stanie, a prawie wszystko co powiedziała była szczerą prawdą. Wiedziała, że to ostatnie zdanie było pod wpływem emocji, choć nie była tego w stu procentach pewna.
Wstała od biurka i podeszła do niego. Musiała sprawdzić czy nie doznał uszkodzeń mózgu lub czaszki.
- W co ty musiałeś się wpakować żeby do tego doszło?
- Ja to nadal mogę wyjaśnić. W sumie to po to tu wróciliśmy. Chciałbym także o coś zapytać, a raczej poprosić Czcigodną. - Odezwał się Kyuubi.
- Dobrze. Zacznij od tego co wydarzyło się w gorących źródłach.
Kilka godzin później obudził się na fotelu. Z tego co zdążył zauważyć nadal znajdował się u Hokage. Złapał się za głowę, a następnie za lewy policzek, który poczerwieniał, a sam ślad przybrał delikatnie kształt dłoni. Od razu zabrał rękę, gdyż skóra wyczulona była teraz na każdy bodziec do granic możliwości i nawet podmuch wiatru sprawiał mu ból.
- Wreszcie się obudziłeś. - Upiła łyk gorącego trunku z białego kubka. - Już myślałam, że dostałeś wstrząsu mózgu lub wylewu po tym ciosie. Na szczęście obyło się bez poważniejszych obrażeń.
- Nienawidzi mnie.
- Nie bierz wszystkiego tak do siebie. Emocje wzięły górę i nie zważała dalej na słowa, które wypływały z jej ust.
- Nienawidzi. - Spuścił głowę.
- Twój lis wszystko mi wytłumaczył. Już dłużej się nie gniewam. Wiem, że zrobiliście to by chronić bliskich, ale jak sam widzisz, zawsze jest druga strona medalu. Kary z mojej strony nie będzie. Ta była wystarczająca. Nawet powiem, że surowa.
- Nie. Zasługuję na coś gorszego.
- Czyli masz wyrzuty sumienia. To dobrze. Wróć do domu i przemyśl wszystko na spokojnie. Gdy już wszystko poukładasz w głowie, to miałabym do ciebie prośbę. Musisz znaleźć Namito. Wiem, że się gdzieś zaszył i na coś czeka. Może ty się czegoś dowiesz. Mam sprawę, na którą potrzebuję was obu. Itachiemu także przekaż, że niedługo będzie potrzebny.
- Hai. - Odpowiedział smętnym, ponurym głosem.
Skierował się w stronę drzwi. Pociągnął za klamkę. Nie drgnęły choćby odrobinę.
- Niestety, ale musisz wyjść oknem, a raczej tym co z niego pozostało. Drzwi się zepsuły.
Spojrzał na otoczenie. Ogarnęła go większa depresja niż wcześniej. Podszedł do okna i wyskoczył z niego wprost na sam dół. Upadek zamortyzował świeży śnieg. Padało. Poszedł w kierunku domu. Założył kaptur swojej białej peleryny na głowę. Chciał ochronić się przed wiatrem, który smagał go po twarzy, ale także ukryć swoje widoczne oko. Nadal nie zmieniło koloru na jego naturalny błękit. Powłóczył nogami. Cały czas w jego głowie brzmiały te dwa przykre słowa, a na twarzy miał wymalowaną rozpacz.
- Kyuu, jesteś? - Zapytał pod nosem.
- Hmm?
- Znajdziesz Namito? Sam nie dam rady w taką pogodę.
- Mogłeś po prostu powiedzieć, że nie masz na to ochoty.
- Czepiasz się?
- No dobra. Zrobię to, ale nie oczekuj ode mnie na dziś niczego innego.
Pojawił się obok w chmurze białego dymu. Zredukował ilość ogonów do jednego, by nie zapanowała panika na ulicach. Przy najbliższej uliczce odchodzącej w lewo, skręcił w nią i opuścił blondyna. Pozostał sam. Wracał okrężną drogą do domu. Słońce dawno opuściło horyzont i znów temperatura spadła do dwudziestu stopni poniżej zera.
Wszedł do swojego domu z nadzieją, że może ją tam zastanie. Mylił się. Wszystko było w swoim najlepszym porządku, poukładane i pościelone. Naczynia i szklanki umyte. Najwidoczniej pierwszego dnia myślała, że został pilnie zawołany przez Hokage.
Wziął ze schowka w pokoju zwój. Odpieczętował go. Pojawiły się pliki banknotów. Uzbierał niezłą sumkę podróżując i wypełniając misje z Jiraiyą. Schował do swojego nowego portfela, gdyż stary się nagle zapodział. Miał do niego sentyment, bo był on prawie jego równolatkiem. Schował wszystko i wyszedł z domu gasząc światła i zamykając drzwi na cztery spusty.
Szedł teraz najszybszą drogą do domu dziewczyny. Nie wiedział jednak co ma jej kupić. Chciał załagodzić tą nieciekawą sytuację. Kwiaty odpadały. Zimą wszystkie kwiaciarnie były zamknięte. Na prezent nie miał pomysłu. Myślał całą drogę nad nim, ale nic mu nie przychodziło do głowy. Nie chciał jej podarować czegoś co już ma, ani żadnej błahostki. Stał już dobre pół godziny przy schodach. Nagle do głowy przyszła mu pewna wspaniała myśl. Nigdy w takich miejscach nie przebywał, ale czego nie robi się dla miłości.
Powoli wszedł po oblodzonych schodach. Znów się zawahał i zatrzymał rękę w pozycji gotowej do zapukania. Słyszał głosy. Nie była sama.
- No co jest? Przecież już nic gorszego nie może cię spotkać. - Zaczął mówić sam do siebie. Było to spowodowane ogromnym stresem przed spotkaniem. - No dalej. Zapukaj i wyjaśnij jej wszystko.
Po kolejnych pięciu minutach przemógł się. Wykonał te kilka krótkich, szybkich ruchów. Rozległ się dźwięk. Rozmowy ustały. Zdjął pospiesznie kaptur. Minęło kilka minut. Dopiero wtedy usłyszał zamek i drzwi się lekko uchyliły. Nie ujrzał tej osoby której oczekiwał.
- Tak? Cześć Naruto. Co tu robisz o tej porze?
- Hej Ino. Jest może Sakura? - Próbował wymusić uśmiech, ale przygnębienie i cierpienie były zbyt silne.
- Niestety nie ma. Dwie godziny temu została wezwana przez Hokage. Podobno misja, więc za szybko nie wróci.
- Rozumiem. - Spuścił wzrok.
- Mam coś przekazać?
- Yymmm. Nie. Nie. To. Ja lecę. Do zobaczenia.
- Hej. - Zamknęła drzwi.
- Nie musiałem czytać w myślach żeby dowiedzieć się, że nie chce mnie widzieć. Poczekam. Choćbym miał to robić wieczność.
Odgarnął śnieg ze schodów i usiadł na nich jednocześnie podpierając się o ścianę domu. Wyciągnął ze zwoju kartkę i pióro. Gdy skończył było po dwudziestej. Zwinął go kilka razy i przepchnął przez dół drzwi z ogromnym trudem. Jednak po kilku minutach przeszła cała. Po niewielkim sukcesie opatulił się peleryną i zamknął oczy. Czekała go koszmarna noc.
Ranek nastał dopiero o godzinie ósmej. Wskazywało na to słońce, które jakimś cudem przedarło się na chwilę przez grubą warstwę bielutkich chmur. Obudziło ono wszystkie dziewczyny przebywające w domu różowowłosej. Jadły teraz śniadanie złożone z sałatki i kanapek.
- Gdzie się tak śpieszysz Nanami? - Zawołała Ino, która patrzyła jak koleżanka pospiesznie ubrała płaszcz i buty.
- Spóźnię się na trening. Dobrze wiecie, że Tsunade-sama nie toleruje spóźnień. Nie chcę dowiedzieć się na własnej skórze o konsekwencjach.
- Kakashi, sensei Sakury ciągle to robi i nadal żyje, więc nie przejmuj się zbytnio.
- Ale on to co innego. Jest joninem, a ja geninem. Jak tam Sakura. Dobrze się czujesz?
- A niby jak mam się czuć? Głowa mnie nie boli, jest mi ciepło.
- Wiesz o co nam chodzi. - Powiedziała blondynka, wymachując widelcem przed jej nosem.
- O. Co to? - Niebieskooka podniosła małą karteczkę. - Chyba dla ciebie. - Podała do ręki Haruno. Ta nie rozwijając, podarła go.
- Nawet nie przeczytałaś co tam było napisane.
- I nie zamierzam. - Wrzuciła do kosza na śmieci umiejscowionego pod umywalką.
- Surowa jesteś.
- Ja!? Jeśli tak mówisz to jak mam określić jego!?
- Spokojnie. Tylko komentuje to co widzę.
- To zaprzestań tych działań. Sam sobie na to zasłużył.
- Krzywdzisz samą siebie. Wiesz o tym doskonale, a nadal w to brniesz. Musiał mieć jakiś powód, że to zrobił.
- Przykro mi, ale Pani Tsunade także o tym nic nie wiedziała, czyli z pewnością nie musiał, a chciał to zrobić! W dodatku poszedł z Itachim na cały tydzień, który za dwa miesiące ma ślub.
- Czy ty nie jesteś przypadkiem zazdrosna?
- Niby o co?
- No o ten ślub. Przecież doskonale wiem, że jest to twoje marzenie. Samej stanąć w pięknej sukni, chyba że tradycyjnie i w kimonach. Drugą zazdrością była myśl z którą podzieliłaś się ze mną wczoraj. Teoria o wcześniejszym kawalerskim niestety trochę kuleje. Z pewnością, by o tym was poinformowali.
- Ale nie niemożliwa. Tylko mi się wydawało, że wiem o nim wszystko. Czy związek nie jest przypadkiem oparty na całkowitym zaufaniu? Dałam mu wczoraj czas, by się usprawiedliwił, ale nie odezwał się ani słowem. Ma coś na sumieniu i nie mówi mi prawdy. To wszy...
- Aaaaa!!!
- Nanami!?
- Ile tu napadało śniegu. Pomóżcie mi wstać. - Machała nogami, gdyż utknęła w zaspie. Podbiegły i podniosły ją.
- Dziwisz się? Dzisiaj w nocy była burza śnieżna.
- Głupi śnieg. Teraz nawet tam nie dojdę. - Kopnęła nogą ze zdenerwowania w biały puch. - Ała!! Czemu to takie twarde!?
- Może lód?
- Masz coś by odgarnąć? Nie przedrę się przez metr wysokości.
- Tylko szczotę.
- Może być. - Sakura podała jej ją do ręki. Niebieskooka zaczęła stopniowo spychać zalegający śnieg. - Co jest grane? Nie mogę tego ruszyć.
Założyła rękawiczki dotąd schowane w kieszeni płaszcza i zaczęła grzebać.
- Mam coś! Niemożliwe!
- Co znalazłaś?
- To..., ... ubranie!
- Wyciągaj! - Nie przejmując się zimnem chwyciły wszystkie za materiał. - Na trzy, czte-ry!
Upadły, ale osiągnęły sukces. Wyciągnęły to coś, a raczej kogoś ubranego w białą pelerynę.
- Trup!!! - Odsunęła się na czworakach niebieskooka.
- Jeszcze nie. - Nachyliła się na ciałem Ino. - Musimy go jak najszybciej ogrzać. Połóżmy go obok kominka.
Wrzuciły do ognia wszystko co było na stanie, by płomień jak najszybciej urósł i wytworzył wystarczająco dużo ciepła.
- Musimy zdjąć to oblodzone ubranie. Uważajcie na kończyny. Nie wiemy w jakim stanie są odmrożone.
- Nie musisz nas instruować Sakura! Wiemy co robić.
- No dobrze. Tylko przypominam byście nie zerwały mu skóry przy zbyt szybkim szarpnięciu. A co z tym kapturem? Zasłania całą twarz.
- Zamarzł na kość. Nie dam rady go teraz usunąć.
- Daj to. Rozerwę go.
- A co przed chwilą sama powiedziałaś!?
- Cicho. Wiem co mówiłam. Zrobię to delikatnie.
Złapała za jego końcówkę dwoma rękami i zaczęła powoli rozdzierać zamarznięty materiał. Peleryna przeszkadzała przy zdjęciu reszty ciuchów. Buty jako jedyne były już obok właściciela. Stopy nie wyglądały zbyt dobrze. Skóra cała sina i poodmrażana. Dłonie trochę w lepszym stanie, gdyż były schowane przy ciele. Po kilku minutach rozerwała materiał i powoli odsłoniła twarz. Odskoczyła jak oparzona. Nie spodziewała się Jego.
- To są żarty!? Co on tu robi!? - Wskazała na Namikaze. Była całkowicie zdezorientowana całym tym zajściem.
- Najprawdopodobniej nie wrócił do domu po zostawieniu listu. Czekał na ciebie, aż wrócisz z misji.
- Z jakiej misji!?
- Miałam coś wymyślić! Prawda!? Nic innego nie przychodziło mi do głowy. Powiedziałam mu, że Hokage-sama wezwała cię do siebie i gdzieś wysłała.
- I tu pozostał mając nadzieję, że mnie spotka, gdy będę wracać. - Stwierdziła smutno.
- Zobacz co napisane było w tym liście. Może się czegoś dowiemy. My już się nim zajmiemy.
Wysypała wszystko z kosza i poukładała skrawki papieru. Nie znalazła tam żadnych przeprosin, tylko jedną informację.
,,Wiem, że tam jesteś i nie wyruszyłaś na misję. Po prostu nie chcesz mnie w tej chwili widzieć. Nie dziwię ci się. Sam nie mogę na siebie spojrzeć, dlatego będę czekał pod tymi drzwiami, aż Ty nie zechcesz ich otworzyć. Zacznę od jutra. Nie musisz nic mówić. Pozwól tylko być przy tobie."
- Baka*. - Zaśmiała się w duchu. - Dobrze. Pozwolę, ale nie będą to twoje najprzyjemniejsze chwile.
- Sakura!? - Zawołała ją blondynka po kilku minutach jej duchowej nieobecności. - Co się tak zamyśliłaś?
- Nie. To nic wielkiego. Po prostu wpadłam na pewien pomysł.
- Gdzie ja jestem? - Rozejrzał się. - Agh. Nadal piecze mnie policzek. Tak. Dostałem z liścia. Hokage. Lis. Śnieg i wiatr. List. W takim razie jestem w... . Nie, to nie możliwe.
Wstał i oparł się rękami o podłogę. Powoli zsunęły się po nim dwa koce i kołdra. Przetarł rozespane oczy. Spojrzał na kominek. Ledwo tlił się w nim żar. Teraz widniał tam tylko popiół po spalonym drewnie. Światło dawała świeca postawiona na okrągłym, dębowym stole.
- Czemu jestem w samych gaciach? O co tu chodzi? - Podrapał się po głowie. Nie pamiętał za bardzo jak się tu znalazł. - I czemu byłem przykryty taką warstwą pościeli?
- Kyuu? - Przez dłuższą chwilę nie było odzewu.
- Cicho Młody. Prawie drania znalazłem.
- Co? Gdzie ty jesteś?
- W kulki se lecisz? Kazałeś mi szukać Namito, więc to robię. Nagle zmieniłeś zdanie?
- Nie. Nie oto mi chodziło. Tylko zastanawiam się co się stało od momentu, którego nie pamiętam.
- To ci nie pomogę. Całą dobę przebywam poza tobą. Cholerna śnieżyca. Tracę przez nią wszystkie tropy.
- Jaka śnieżyca!?
- Wiesz co? Prześpij się, bo zaczynasz świrować. Zrywam połączenie, do zobaczenia.
- Dzięki wielkie, futrzaku. Ale mi zdrętwiały nogi. - Spojrzał na nie. - Albo i nie. Czyli jednak zasnąłem na tej zimnicy. Przynajmniej wiem, że podczas snu nie mogę grzać się czakrą lisa. Pora to usunąć.
Złożył kilka pieczęci i zgromadził czakrę w prawej dłoni. Następnie przystawił do stóp. Kilka minut wystarczyło, by odzyskały swój dawny wygląd. Wstał, ale było blisko, by znowu przywitał się z podłogą za pośrednictwem zaplątane koca. Podszedł do stołu i przyjrzał się jej.
- Nie rozpuściła się zbyt bardzo. Ktoś ją zapalił z dwie godziny temu. - Stwierdził po jej przebadaniu. Nie zabrał jej ze sobą. Oko świetnie spełniało swoje zadanie w ciemności.
Skierował się do wyjścia w poszukiwaniu ubrań i manierki, gdyż znów poczuł pragnienie. Z marnym skutkiem. Wisiały tam tylko dwie kurtki i rozchodził się dźwięk wiatru, który przedzierał się przez szczeliny drzwi. Jednak teraz jak spojrzał upewnił się w czyim jest domu. Wcześniej nigdy nie był u kunoichi w salonie ani w kuchni albo tego nie pamiętał.
Obok schodów prowadzących na górę widniały drzwi od łazienki. Wszedł tam. Wisiała na wieszaku tylko biała peleryna. Szybko zauważył, że kaptur został rozdarty na dwie dość równe części. Wziął swoją część garderoby do ręki i odwrócił się na pięcie. W tej chwili dostał czymś ciężkim w głowę. Zamroczyło go i runął na ziemię.
- Nie no! Jeśli chciałyście się mnie pozbyć to trzeba było pozostawić mnie na tej śnieżycy, a nie znęcać się fizycznie. - Zapaliło się światło przez co oślepł na parę sekund i zakrył oczy ręką.
- Mój boże! Przepraszam! Myślałam, że to złodziej czy inne cholerstwo!
- Nanami!? Co ty tu robisz?
- Na chwilę obecną mieszkam. Wynajęte mieszkanie się zawaliło. Nic ci nie jest? - Wyczuł krew zanim ta zdążyła spłynąć lekkim strumieniem z jego włosów, a następnie po skroni i policzku. Następnie zobaczył ją na swojej dłoni. - Czekaj tu. Biegnę po ręczniki.
- Czym ja sobie na to zasłużyłem, żeby jeszcze od niej dostać? Mam szczęście. Nie ma co mówić.
- Cooo!?!? - Usłyszał kolejną dziewczynę. Głos zbliżał się do niego. - Nanami. A co byś zrobiła, gdyby mnie nie było?
- No chciałam jakoś zatamować.
- Jeśli rozwaliłaś mu tętnice, to zatamować byłoby ci bardzo trudno bez technik medycznych.
Wbiegły do łazienki. Sakura przykucnęła przy nim i odchyliła jego blond włosy w poszukiwaniu rany. Skumulowała leczniczą czakrę w prawej dłoni i zaczęła operację. Bolało go to strasznie, gdyż zszywała tętnice i skórę własną energią, tak by nie pozostał po tym najmniejszy ślad.
- Przynieście moją manierkę.
- Po co ci ona? - Zapytała Nanami.
- Proszę. Nie mam za wiele czasu by to powstrzymać.
- Co takiego?
- Nie czas na wyjaśnienia. Potrzebuję jej zawartości i to natychmiast! - Zdziwił je jego podniesiony ton, a to co zrobił zszokowało. Zaczął zachłannie zlizywać swoją krew z ręki. Dopiero teraz zauważyły, że oko nie ma normalnej barwy.
- Co ty robisz!? - Odezwała się chociaż obiecała sobie, że tego nie zrobi.
- Gdzie moje ubrania!?
- U góry w łazience. - Natychmiast wstał i udał się szybkim, ale zarazem chwiejnym krokiem na piętro. Wszedł do środka i zerwał zwój. Odpieczętował i na szybko otworzył manierkę. Przechylił i wlał jej zawartość do otwartych ust.
Stanęły u wejścia. Widziały jak zachłannie pił w pozycji siedzącej, oparty plecami o wannę. Z ust znowu sączyła się krew. W końcu skończył i przez przypadek upuścił pojemnik na wodę. Z niej również wyciekła czerwona substancja w prost na kafelki, robiąc małą plamę. Oddychał ciężko, jak po biegu sprinterskim.
- Myślałem, że... - Wdech. - ... już nie wytrzymam.
- Co to jest? - Spytała podnosząc upuszczoną rzecz. Nie rozumiała co tu się właśnie stało. - To krew!?
- Właśnie przez to, uciekłem z wioski. Nawet nie chcę wiedzieć co bym mógł zrobić, gdybym tego nie uczynił. Kyuu znalazł rozwiązanie. Muszę pić ją, gdy tego potrzebuję, by zachować trzeźwość umysłu. W przeciwnym wypadku jej zapach powoduje, że zmieniam się w bestie i nie panuję nad sobą. Wyczuwam ją nawet teraz. W waszych ciałach. - Odsunęły się o krok w tył. - Spokojnie. Teraz nie musicie się mnie bać. Z tego co zauważyłem kilka łyków starcza na dobę. Babunia o wszystkim dowiedziała się wczoraj. Powiedziała, że pomoże.
Parę godzin później, rankiem siedzieli na kanapie.
- Czekaj. Nie wiem czy rozumiem. W tamtym miejscu napiłeś się krwi i teraz nie możesz przerwać jej pożądania, a zniknąłeś dlatego, że lis cię tam zabrał? Możesz to także wytrenować? Tak?
- Tak w skrócie. - Wziął do ręki woreczek z lodem i przyłożył do twarzy.
- Jednak pamiętaj! - Zaczęła wygrażać mu palcem przed nosem. - To nie tłumaczy cię, czemu się nie odezwałeś przez cały tydzień! Nie wybaczyłam ci jeszcze tego występku!
- Tak myślałem. - Zrobił skwaszoną minę. Doskonale wiedział, że słowa Kyuubiego się nie sprawdzą.
- Będziesz musiał to odpokutować. Pierwszym zadaniem może być odgarnięcie tego całego śniegu z przed mojego domu. Nie używając klonów. - I jego nadzieja zniknęła szybciej niż zdążył o niej pomyśleć. - Następnie wysprzątasz dom i zrobisz zakupy. Na chwilę obecną to wszystko.
- Hura. - Burknął pod nosem.
- Jeśli tak się cieszysz to jeszcze ci coś znajdę. Jest sporo rzeczy do wykonania. Teraz idę do szpitala. - Ubrała buty i płaszcz. - Gdy wrócę to wszystko co jest na liście ma zostać wykonane. Leży na stole w kuchni pod kubkiem. Na razie.
- Buziak na do widzenia? - Zaśmiał się głupio.
- Może będzie, gdy przyjdę. - Zamknęła drzwi na klamkę i skierowała się w stronę szpitala.
- Przecież nie uda mi się zrobić tego wszystkiego przed jej przyjściem bez klonów!
- Jakbyś dokładniej słuchał to byś wiedział, że tak na prawdę zakazała ci ich używać przy jednym zadaniu. Przy reszcie śmiało je rób. - Pocieszyła go Nanami.
~~~~~~~~~~~~~~~~
Baka* - idiota.
Story by Mess
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz