Witam was po dłuższej przerwie, która była spowodowana tym, że zwolniłem tempo pisania. Nagle taka zawiecha nastała i jakoś nie mogę przekroczyć tego tysiąca słów dziennie. Na dodatek napisałem dwie notki, których akcja dzieje się w przyszłości, a tej tu nie mogę ruszyć ;/. No cóż . Poczekamy i zobaczymy. Może wena do napisania dalszego ciągu wydarzeń powróci. A teraz zapraszam do czytania.
****************
Obudził się pół godziny po ostatnich wydarzeniach krztusząc się krwią. Rozejrzał się i zobaczył, że jego perspektywa zmieniła się o sto osiemdziesiąt stopni. Wbił się w pień ogromnego drzewa i wisiał do góry nogami. Z jego boku coś wystawało. Był to kawałek drewna, który przebił się przez niego i teraz z tego miejsca, czerwona ciecz spływała mu do nosa. Na domiar złego jego lewa ręka była poparzona. Był bez górnej części garderoby. Rozdarła się ona po tym jak przeleciał przez setki drzew i miał liczne rany na plecach. Sytuacja nie była zbyt ciekawa. Najciekawsze było to że katana nadal była do niego uczepiona. Rzemień w ogóle nie został zadrapany.
- Kyuu. Gdzie jesteś? - Spytał telepatycznie. Nawet w ten sposób słychać było w jego głosie to, że ledwo żyje. Lis się nie odzywał. - Kyuu!
- Wybacz. Jestem w tobie. Pewnie zaraz zadasz ogrom pytań, więc wszystko wytłumaczę. Siła eksplozji była tak potężna, że wyrzuciła nas na jakieś trzydzieści kilometrów. Próbowałem załagodzić twój upadek, ale sam złamałem wszystkie cztery łapy, a zapasy czakry skończyły się po tamtym ataku. Teraz nie wiem gdzie jesteśmy. Chyba na zachód, ale nie jestem pewien. Niestety, ale nie dam rady podesłać ci czakry. Kompletne zero, a nie mam jej jak szybciej uzbierać z wcześniej określonego powodu.
- Aż tak źle? Gdzie odstawiłeś Sakurę i Nanami?
- Przy jednostce medycznej. Powiedziały że udadzą się do Hokage. Z pewnością ten pokaz siły dotarł do niej i nas szukają, ale musisz się ruszyć.
- Pewnie tak, ale nie czuję ciała. Jednak czy to mnie kiedyś powstrzymało? - Uśmiechnął się pod nosem i z całych pozostałych mu sił wyciągnął się z drzewa, ale nie dał rady spokojnie z niego zejść i runął jak bela.
Rozdarł się, gdy upadł, bo kawał drewna delikatnie przemieścił się w jego ciele. Chociaż przysparzał mu bólu nie mógł go wyciągnąć, gdyż wykrwawiłby się w zaledwie godzinę bez opieki lekarskiej. Zdjął katanę z pleców wraz z pochwą i podparł się o nią wstając na nogi. Z trudem oddychał, ale począł iść przed siebie. Zamierzał znaleźć jakąś jednostkę. Nie mógł tu zostać. Spotkała by go pewna śmierć. Już lepsze było pojmanie i wykombinowanie planu ucieczki. Minęła godzina. Szedł powoli na swych ociężałych nogach. Czuł jak mięśnie palą go żywym ogniem. Przewiązał swoje prawe oko kawałkiem materiału pochodzącego od zniszczonych spodni. Buty także ledwo się trzymały. Wszystkie zwoje się zapodziały lub zostały zniszczone, tak jak broń. Pozostała mu tylko ta katana i jeden kunai, który zawsze miał pod nią. Nawet ochraniacz przepadł bez śladu.
- W jaki sposób Kakashi-sensei może funkcjonować z jednym okiem? - Zapytał retorycznie, ale i tak usłyszał odpowiedź.
- Lata praktyki. Człowiek umie się przyzwyczaić do większości nowych dla niego warunków.
- Taa. Ciekawe odkąd tak ma. Nigdy nie wspominał o swojej przeszłości i jak zdobył sharingana. Wiem tylko że w ten sposób oszczędza czakrę.
- Sharingan z pewnością do niego nie należy. Nie urodził się w klanie Uchiha, a tylko oni posiadają takie oczy. Jestem pewny że nie jest łatwo z tego korzystać.
- Pewnie masz... - Przerwał wypowiedź i wsłuchał się. Kyuu od razu to wyczuł i nie przeszkadzał. - Słyszysz to? - Powiedział już normalnym głosem. - Odgłosy walki, ale nie takie jak na froncie. Tak jakby pojedynek.
- Możemy to sprawdzić. I tak potrzebujesz pomocy.
- Mam nadzieję że to nasi.
Kierował się w stronę narastających odgłosów tarcia metalu o metal. Słyszał głosy kilku osób. Mężczyzn, którzy rozmawiali i śmiali się. Na dodatek głos który nie pasował do takiego pojedynku, otóż dziewczęcy. Oparł się o drzewo i zaobserwował jak grupka ludzi otoczyła czerwonowłosą dziewczynę, która walczyła jednym z nich na katany. Po samym stylu wiedział że to nie jest umówiony sparring, lecz prawdziwa walka. Zaczął gromadzić naturalną energię nadal patrząc się na nią. Próbował dostrzec jej oczy, lecz obraz rozmazywał mu się. Nagle dziewczyna upadła wcześniej zahaczając nogą o kamień.
- Możesz się już żegnać. - Gdy usłyszał te słowa ruszył, lecz mięśnie nie od razu posłuchały, czego wynikiem był upadek.
Dziewczyna zablokowała pierwszy cios, ale miecz poleciał w bok przez ogromną siłę. Napastnik znowu się zamachnął, a ona wyciągnęła rękę przed siebie i krzyknęła. Atak do niej nie dotarł. Otworzyła oczy. Widziała jak czyjaś katana nad jej nosem powstrzymuje drugą broń. Wystarczyła sekunda, by obie zniknęły, a na jej twarz poleciały krople krwi. Mężczyzna który był pewien zwycięstwa, teraz dusił się własnymi płynami.
- Napadać taką dziewczynę i w dodatku chcieć ją zabić? - Wypowiedziała te słowa nieznajoma jej osoba, która ewidentnie uratowała jej życie. Grupka zbirów złączyła się w siedmioosobową drużynę i wyciągnęła broń.
- A co ci do tego!? - Wykrzyczał jeden z nich.
- Wystarczająco dużo żeby was wszystkich zabić w kilka sekund.
- Gnojku! Myślisz że dasz nam radę!
- Jeden już nie żyje. - Stwierdził chłodno.
- Wziąłeś go z zaskoczenia jak tchórz.
- A atakowanie ośmiu chłopa na jedną, kruchą dziewczynę nie jest tchórzostwem?
- Wyglądasz na ciężko rannego. Pomożemy ukrócić twe cierpienia. - Zagadał inny. Wszyscy ryknęli głośnym śmiechem. Ruszyli na niego.
- Zamknij oczy. - Powiedział do niej lekko odwracając głowę.
Tak jak sądził. Potrwało to kilka chwil, gdy ostatni runął na ziemię z poderżniętym gardłem. Blondyn upadł na kolana ciężko oddychając. Opierał się o miecz klęcząc tyłem do niej. Rana w biodrze nie dawała mu spokoju, a naturalnej energii starczyło tylko na ten krótki okres czasu, więc nie miał już czegoś, co uśmierzałoby ból.
Dziewczyna była w szoku. Nigdy nie widziała, by ktoś tak szybko się poruszał i to z czymś wbitym w ciało, a plecami wyglądającymi jak po biczowaniu. Ogarnęła się szybko, gdy wybawiciel upadł. Wstała i podbiegła do niego.
- Dziękuje za uratowanie życia. - Dała mu manierkę z wodą, wcześniej ją otwierając. Następnie podbiegła do swej klaczy stojącej obok, wyciągnęła jakąś torbę i wróciła do niego. - Daj, wyciągnę ci to.
- Nie. - Skończył zachłannie pić. - Nie tutaj. Nie dam rady potem dojść w jakieś miejsce zanim się wykrwawię. - Chciał spojrzeć na nią, lecz obraz zaczął jeszcze bardziej się rozmazywać.
Ledwo widział jakikolwiek kształt. Położyła jego rękę na swym barku, złapała drugą za uprząż od konia, by samej móc się podpierać i ruszyli drogą.
- Gdzie mnie prowadzisz? - Wymamrotał.
- Do mojego domu. Mieszkam kilka kilometrów z stąd. Dasz radę tyle iść?
- A mam wyjście? - Lekko się się uśmiechnął, lecz natychmiast przerodziło się to w grymas bólu. - Czemu mi ufasz? Skąd pewność, że nie jestem gorszy od nich?
- Uratowałeś mnie. W dodatku będąc w takim stanie, naraziłeś swoje życie, postawiłeś moje nad własnym.
- Piękna dedukcja, lecz nawet takie są czasami błędne.
Kolejna godzina minęła, a oni zatrzymali się nagle na drodze.
- Jak się nazywasz? - Spytała.
- Muszę odpowiadać?
- Zanim wejdziesz do mojego domu musisz to powiedzieć. Nie próbuj kłamać.
- Nie zamierzam. Jestem. Naruto. A ty?
- Próbował dostrzec jakiś budynek, lecz nic nie widział.
- Noa. Teraz możesz wejść. - Dwa kroki dalej i ukazał się duży drewniany dom. Blondyn widział wyłącznie jego zarys. Weszli po małych schodach na taras. Otworzyła drzwi i weszli do środka.
- Noa!? Kto to jest!? Co mu się do cholery stało!? - Podbiegł jakiś mężczyzna i zaprowadził go na stół, następnie pobiegł do innego pomieszczenia. - Czemu go tu przyprowadziłaś!?
- Uratował mi życie! Nie mogłam go tak zostawić.
- Dobrze rozumiem, ale lepiej było pozostawić go na zewnątrz. Kto cię napadł, że ten chłopak tak wygląda? - Przyleciał z powrotem. Rozłożył jakiś zestaw. Przeróżne bandaże, noże, nożyczki, igły, strzykawki. Chciał wykonać niespodziewanemu gościowi zastrzyk, ale ręka blondyna go powstrzymała.
- Nie. Chcę być przytomny. Wytrzymam. - Wyprzedził odpowiedzią pytanie mężczyzny.
- Jak chcesz. - Zdjął z niego pochwę katany z pleców. Wypadł z niej kunai. Podniósł go i zamarł przez chwilę.
- Jesteś ninją?
- Tak.
- Z jakiej wioski? - Odłożył broń i zaczął przemywać mu ranę.
- Szssss. Z Liścia! - Jego palce zrobiły ślady w dębowym stole.
- Na pewno nie chcesz nic na uśmierzenie bólu?
- Nie!
- To szykuj się na piekło. Muszę to wyjąć. - Złapał za grubszy koniec znajdujący się na brzuchu. - Noa. Bierz te ręczniki. Gdy to wyjmę, ty od razu przyłożysz i uciśniesz ranę na plecach. Gotowa? Gotowy?
- Hai. - Odpowiedziała dwójka nastolatków.
- Trzy, dwa, jeden!!! - Jednym pociągnięciem wyciągnął kawałek drzewa. Krew wylała się wokół, jak z wiaderka. Co dziwniejsze, blondyn nadal był przytomny, a jego mina wskazywała na wielką ulgę. Dziewczyna, jak kazał jej mężczyzna, przyłożyła ręcznik do rany.
- Nareszcie! Uciskało mnie tam od godziny. - Wbił przy okazji swoje palce w blat.
- Nadal nie mogę uwierzyć, że nie straciłeś przytomności. Ale teraz będzie nie przyjemnie. Sprawdzę , czy nie masz uszkodzonych organów wewnętrznych. Muszę włożyć rękę.
- Szybko. Zaraz opadnę z sił. - Nie czekając dłużej badał dłonią jego wnętrze. Nic nie zostało uszkodzone, oprócz lekkiego przemieszczenia jelita, które zostało skorygowane. Wziął igłę i zaczął zszywać ranę grubą nicią. Począł kontynuować wcześniej przerwaną rozmowę.
- Co cię sprowadziło w te okolice?
- Obudziłem się wbity w drzewo.
- Ktoś to zrobił?
- Taaaa. Około trzydzieści kilometrów dalej.
- Co? - Ten spojrzał jak na wariata.
- No tyle przeleciałem. - Domyślił się od czego. Słyszał i czuł tą eksplozję. Właśnie z takiej odległości jaką powiedział blondyn.
- Powiedzmy że ci wierzę. Jak się nazywasz?
- Naruto. Ał!! - Wbił igłę za głęboko, słysząc to imię.
- Przepraszam. A pełne?
- Naruto Namikaze z klanu Uzumaki. Zadowolony? - Skończył z przodu i usiadł przed blondynem.
- Bardziej zaskoczony. - Tak samo zareagowała czerwonowłosa.
- Teraz ja mam pytanie.
- Słucham.
- Czy pan jest tym Zaginionym? - Mężczyzna otworzył szerzej oczy. Tego się nie spodziewał. Nie przypuszczał, że ktoś jeszcze go może pamiętać i ten młodzian o tym wie.
Przysunął się z krzesełkiem bliżej i przemył mu oko. Jinhuuriki odzyskał normalny wzrok i zobaczył przed sobą mężczyznę o średnich długością, blond włosach. Wyglądał na osobę młodą, lecz starszą od niego. Na nosie miał przyklejony plaster. Oczy miały dziwne zabarwienie, szare. Odziany w grafitową bluzę z podwiniętymi do łokci rękawami. Miał na lewym ramieniu przewiązaną opaskę z symbolem Liścia.
- Naruto. Wiesz kim ja jestem?
- Czyli miałem rację, więc jeśli to się zgadza, to pan jest bratem mego ojca. - Ten się nieznacznie uśmiechnął.
- Cooo!?!?!? - Wykrzyczała Noa, która teraz przeszła obok nich i zamarła w bezruchu.
- Skąd o mnie wiesz? - Spytał przyjaźnie nie mając do niego żadnych pretensji oto, że Noa także to usłyszała.
- Od Kakashiego-sensei.
- Myślałem, że od Kushiny.
- Znałeś ją?
- Ja? Raz, może dwa ją spotkałem, jak byłem dzieciakiem. - Przeszedł z tyłu i zszył ranę w błyskawicznym tempie. - Noa!!! - Wybiegła z domu.
- Kim ona jest? - Spytał blondyn.
- Twoje drugie oko jest nie do odratowania. Blizna zostanie do końca.
- Proszę nie zmieniać tematu! - Jego tęczówka zmieniła kolor na czerwony.
- Czyli u ciebie także budzi się podczas emocji.
- Nie on, a ja! - Starszy z Namikaze zachował kamienną twarz, chociaż teraz zadawał sobie milion pytań na raz.
- Naruto. - Przemywał mu teraz rany na plecach. - Nazywam się Namito Namikaze. Młodszy brat twego ojca. Gdy się urodziłeś różnica wieku wynosiła siedem lat między tobą, a mną. Tamtej pamiętnej nocy, zjawił się w tym domu. Przybył z wielką dziurą w jamie brzusznej i dzieckiem w ramionach. Moja babcia się nią opiekowała, tak jak mną. Skonał przy mnie. Wypowiadając kilka ostatnich zdań. ,,Ma na imię Noa. Matka Kushiny takie nosiła. Zajmijcie się nią do przybycia mojego drugiego dziecka. Syna. Nazywa się, Naruto." Po wypowiedzeniu twojego imienia umarł od odniesionych obrażeń. W ten oto sposób żyliśmy przez siedemnaście lat w tej okolicy i ukrywałem ją. Oczywiście nie mogłem pozostawić Konohy samej i zacząłem pracować jako szpieg.
- Czyli to ona jest moją siostrą?
- Tak.
- Domyślałem się odkąd ją spotkałem. Bardzo dobrze wyczuwalna czakra.
- Bardzo.
- Co z jej pieczęcią?
- Wiedziałem że oto zapytasz. - Zaczął go bandażować. - Rok temu, gdy babcia była na łożu śmierci wszystko jej wyjawiliśmy na wszelki wypadek, gdyby mnie także zabrakło. Może powiem tak. Nie było najprzyjemniej.
- Ile ogonów?
- Czyli konkrety. Naliczyłem ich sześć.
- Za pierwszym razem?
- Tak.
- Jako dziecko nie miała napadów furii czy coś w tym stylu?
- Gdy jej emocje sięgały zenitu, czakra demona zaczęła wyciekać i ją otaczać. Twój ojciec zostawił mi pieczęć do jej opanowania i dlatego nie było kłopotów, aż do tamtego momentu.
- Chciałbym ją zobaczyć. Pieczęć na jej brzuchu. Pewnie cię zmartwię, ale nie jest dokończona.
- Co!?
- Widziałem we wspomnieniach matki. Nie jest pełna. Nadal nie wiem jak wytrzymała przez tyle czasu.
- A twoja?
- Całkowita. W sumie powoli nie potrzebna. - Spojrzał na niego podejrzliwie. - To ja pokażę. Kyuu? Możesz na chwilę? - Pojawił się po chwili.
- To gdzie ta moja druga połówka? - Leżał. Nie mógł jeszcze wstać.
- Jak to możliwe? - Przyjrzał się lisowi i ponownie usiadł na krzesełku. Czuł się tak jakby ktoś podciął mu nogi.
- Długa historia.
- Lepiej znajdź swoją siostrę. Wyczuwam zagęszczenie czakry. Powodzenia. Ja ci nie pomogę. - Zniknął tak szybko jak się pojawił.
- Gdzie mogła pójść?
- Ty się z stąd nie ruszaj. Ja po nią pójdę. Jeszcze szwy ci puszczą i będzie to dla ciebie przykre uczucie.
- Chciałbym przynajmniej zobaczyć grób.
- Z skąd wiesz, że takowe są?
- Przeczucie.
- Po wszystkim wracasz do domu. - Znaleźli się na zewnątrz.
- Ty też potrafisz wykonywać technikę czasoprzestrzenną?
- Nazwisko do czegoś zobowiązuje. Czyż nie? - Zniknął zostawiając blondyna samego.
Stał na przeciw pola pełnego grobów.
- Nie rozstawali się z tym miejscem. A ty spocząłeś właśnie tu, wśród swoich, ojcze. - Wpatrywał się w prostokątny, mały kawałek kamienia z Nazwiskiem i imieniem. - Tak jak chciałeś. Odnalazłem ją. Jednak to napawa mnie lękiem, gdyż pozostaje pytanie. Dlaczego to zrobiłeś? Nie mam pomysłu co do przyczyny twego wyboru, lecz jedno jest pewne. Nie zrobiłeś tego z widzi mi się. Mama mówiła, że zawsze podejmowałeś najlepsze decyzje jakie mogły być. Narażałeś swe życie za przyjaciół i rodzinę. Uratowałeś nas.
Zrobił godzinną przerwę nadal patrząc w usypaną kupkę ziemi, stojąc bez jakiegokolwiek ruchu.
- Zawsze powtarzała, że jestem podobny do ciebie. Nie tylko z wyglądu, ale także częściowo z charakteru. Mam marzenia. Czy się kiedyś spełnią? Może. Twoje się spełniły. Posada Hokage, żona, przyjaciele, dzieci. Jednak miałeś jeszcze kilka? Prawda? Chciałeś być przy nas i obserwować jak dorastamy. Opiekować się i nauczać. I chyba przede wszystkim doradzać w trudnych wyborach i chwilach, gdy jesteśmy już w tym wieku. Chciałbym nieraz dostać ojcowską radę. Pytanie mamy, to nie to samo co ciebie. Jestem tego pewien. - Uśmiechnął się i jednocześnie wypuścił parę łez z oczu.
Tuż za nim stał Namito z Noa. Przysłuchiwali się, gdyż nie chcieli przerywać, lecz teraz blondyn odwrócił się w ich stronę.
- Choć do środka. Robi się późno. - Starszy blondyn skierował się w stronę domu. Ruszył nimi ten krótki monolog, a Namito nie chciał okazywać uczuć.
- Czyli jesteś moim bratem?
- Na dodatek bliźniakiem.
- Po co mnie szukałeś? Po co narażasz życie?
- Obiecałem.
- Komu?
- Mojej, a raczej naszej mamie. - Ruszył za śladami wuja.
- Jak tam jest? - Zapytała Noa. Spojrzał w jej czerwone oczy.
- W mojej wiosce? - Skinęła głową. - Różnie. Przez większość życia znałem tylko tą ciemną stronę.
- To znaczy?
- Mieszkańców. Wszyscy wiedzą co mam w sobie. Nawet nie będziesz w stanie sobie tego wyobrazić, a gadanie nie jest najlepszym pomysłem. Za dużo tego. Jednak, pokażę ci to. Podejdź. - Położył dłoń na jej czole. Widziała teraz wszystko to co przeżył. Łzy spłynęły po jej policzkach. - Teraz już mnie znasz.
- Naprawdę tylko te kilka spraw trzymało cię przy życiu?
- O mało przez jedną dziś nie zginąłem i nie chodzi tu o ciebie. - Uśmiechnął się.
Sięgnął ręką do tylnej kieszeni. Miał małe zdjęcie, podarte i podniszczone na rogach. Było trochę przestarzałe, ale nie miał czasu, by prosić o inne. Widniał na nim wizerunek różowowłosej kunoichi w szlafroku.
- Kim ona jest?
- A co taka ciekawska!? - Zabrał szybko zdjęcie śmiejąc się.
- No daj się przyjrzeć! - Próbowała mu je odebrać. Zrobił obrót, ale nagle przystanął.
- Ał. Nie wygram z tobą. Masz i naciesz się jedynym zwycięstwem. - Złapał się ranę. Przez chwilę o niej całkowicie zapomniał. Usiadł na ławeczce przed drzwiami.
- Ładna.
- Moja dziewczyna.
- Yyyy. Taka młoda? - Zrobiła dziwną minę przypatrując się bratu.
- Nie! To nie tak! To po prostu stare zdjęcie! - Zaczął wymachiwać rękoma na znak obrony swojej osoby.
- Uf. A już myślałam, że jesteś pedofilem. - [audio mp3="http://mess12.blog.pl/files/2016/02/videoplayback-1-mp3cut.net_.mp3"][/audio]
Słowa te uderzyły w niego niczym stalowy dzwon. Usiadła koło niego. - Przepraszam.
- Jest w moim wieku. Przez cztery lata, spędziłem z nią może trzy dni.
- Czemu tak krótko?
- Wyruszyłem w świat, a teraz trwa wojna. Nie mam kompletnie czasu wolnego. Chcę to zmienić. Gdy walki się skończą, poproszę o długi urlop na wykonywanie misji poza wioską. Powiedz coś o sobie. Wujek cię szkoli w sztuce bycia shinobi? Widziałem, że nawet nieźle posługujesz się kataną.
- Namito nie ma zamiaru mnie nauczać. Wszystkiego nauczyła mnie prababcia, lecz jednak w niewystarczającym stopniu, by poradzić sobie ze zbirami.
- Trochę z niego sknera!
- Słyszałem to! - Dobiegł głos ze środka.
- Miałeś słyszeć! - Odkrzyknął. Rozśmieszył tym swoją siostrę. Ona nigdy nie umiała postawić się wujowi, a Naruto już w pierwszych godzinach znajomości to zrobił. Wpatrywał się teraz przez dłuższą chwilę w ziemię.
- Coś się stało?
- Czemu tak sądzisz?
- Nagle umilkłeś.
- Zastanawiałem się nad czymś. - Znowu się zaciął.
- Możesz powiedzieć?
- Czy teraz, gdy was w końcu odnalazłem, wrócicie do wioski?
- Nie wiem. Zależy od wuja.
- Przypominam, że jesteś dorosła i sama możesz decydować o swoim życiu.
- Jednak to on sprawuje nade mną pieczę i to przez tyle lat.
- Jest jeszcze jedna osoba, która chciałaby cię ujrzeć po tylu latach i ma do tego prawo.
- Mama?
- Yhym. Ty pewnie tego też pragniesz. Czuję to. Masz nie równy rytm serca, gdy o niej wspomniałem. Mógłbym przesłać ci telepatycznie jej obraz, ale jednak to nie to samo.
- Widzę że świetnie się dogadujecie. - Wyszedł z talerzem pełnym kanapek. Dostawił drewniany stół i usiadł przed nimi. - A odpowiadając na twoją myśl. Wrócimy. Twój ojciec tego chciał. Jednak będzie to niebezpieczne. W każdej chwili front zmienia swoje granice. Dlatego wyruszymy jeszcze tej nocy.
- Mogę walczyć! - Odezwał się żywo chłopak.
- Nie! Twoje rany są zbyt głębokie i na dodatek świeże. Ja się zajmę ochroną i skierujemy się w wyznaczonym przez ciebie kierunku, wprost do kwatery głównej. Chciałbym poznać naszą czcigodną Hokage oraz na pewno mają tam szpital. Idealnie byś mógł się zregenerować. Wtedy możesz pomyśleć o dalszej walce.
- Zajmie nam to kilkanaście dni. To zbyt długo.
- Kto powiedział, że będziemy iść? Tempo nakładam ja. Mam także porozrzucane znaczniki do których się teleportujemy. Dotarcie na miejsce zajmie nam dzień. Na wieczór powinniśmy być na miejscu. Noa idź się spakować. Tylko najpotrzebniejsze rzeczy. Ruszamy za trzy godziny. - Gdy zniknęła za drzwiami, Naruto zmienił temat.
- Wuju. Zastanawia mnie pewna rzecz, która nie daje mi spokoju odkąd cię ujrzałem. Kakashi sensei powiedział, że zaginąłeś na jednej z misji, bądź zostałeś porwany. Podczas wcześniejszej wojny.
- Oto się rozchodzi. - Wziął głęboki wdech i wydech. - Powiem, krótko i zwięźle, bo opowiadać o misji nie będę. Jak byłem mały, czyli od trzech do sześciu lat, próbowano mnie uprowadzić kilkadziesiąt razy. Specjalnie do tego wynajęci ludzie, łapali mnie w domu, sklepie, polu. Za każdym razem ratował mnie twój ojciec. Skończyłem akademię w wieku sześciu lat. Wybuchła wojna i jako jeden z bardziej utalentowanych shinobi, chodziłem na misję tuż przy froncie. Wtedy powtórzyła się próba kolejnego porwania, także udaremniona. Minato kazał wracać mi do domu naszego klanu. Obawiał się, że w końcu nie uda mu się mnie wyczuć. Teraz powiem ci coś, co musi zostać między nami. Odkrył on to, że ktoś z naszej wioski próbował mnie wziąć za zakładnika. Jednak nadal nie wiem kto. Obawiam się, że ten gość nadal żyje, dlatego niechętnie wracam. Pamiętaj. To wszystko ze względu na was.
- To prawie wszystko wyjaśnia. Została jedna kwestia. Czemu trafiła tu moja siostra?
- Tego nie wiem. Miał zapewne swój powód. Może kiedyś go odkryjesz, a tymczasem trzeba cię przyodziać. Choć. Dam ci parę ciuchów byś wyglądał jak porządny ninja. Nie możesz paradować z gołą klatą. No chyba że chcesz komuś zaimponować, ale przy siostrze nie wypada. - Zaśmiał się. - Pewnie nie jedna za tobą spogląda.
- Wystarczy, że ta jedyna. - Jakoś nie poczuł żadnego skrępowania dzieląc się tą informacją. Czuł się swobodnie, chociaż znali się od niespełna dnia.
- A ty nie masz narzeczonej lub żony? - Spytał nie zdając sobie sprawy, że ten temat był dla starszego blondyna bardzo nieodpowiedni. Nagle opuścił głowę i załamał się. - Yyyy. Nie było tematu. - Skierowali się do pokoju Namito.
Tam wybrali jakieś wygodniejsze dla jinhuuriki ubrania. Wszystko było czarne. Jedynie bluza z kapturem miała przy zapięciu białą wstęgę. Umieścił katanę na plecach i mógł już wyruszać. Jednak nie skierowali się do wyjścia, lecz na dół do pomieszczenia znajdującego się pod parterem. Gdy weszli do niego młodszemu z Namikaze szczęka opadła z wrażenia. Sala była miała kilka razy większą powierzchnię niż cały dom u góry. Po lewej znajdowały się szafki, takie jak w gorących źródłach, służące do pozostawienia w nich ubrania i innych zbędnych rzeczy. Na prawo wisiały kimona dostosowane do ćwiczeń i sparringów. Patrząc dalej w przód znajdowała się ogrodzona linami arena do walk. Tuż koło niej na ścianie i stołach widniała najprzeróżniejsza broń do walki wręcz i z dystansu. Katany, kunaie, shurikeny, łuki i wiele innych. Na prawo od tego znajdowała się siłownia. Za nimi kolejne pole treningowe, lecz różniące się od poprzedniego. Było ich w sumie pięć. Każde z flagą przedstawiającą jeden żywioł, który znajdował się na ich środku. Była to paląca się pochodnia, mały basenik w podłodze, donica z ziemią. Pozostałe dwa nie potrzebowały przedmiotu, czyli wiatr i błyskawica.
- Witam cię w pomieszczeniu służącym do ćwiczeń naszego klanu. Specjalnie wybudowanym dla najmłodszych pokoleń shinobi. To tutaj uczyłem się ja, Minato, nasi rodzice i tak dalej. Niestety, ale już dłużej nie będzie ono potrzebne.
- Wspaniałe miejsce. Widać, że ktoś włożył wiele pracy, by ono powstało.
- Zgadza się, ale bardziej można tu mówić o czakrze. Podobno to pomieszczenie powstało w zaledwie jeden dzień. Możesz trenować tu co tylko zechcesz. Te ściany nigdy nie zostaną zniszczone.
- Pieczęć ochronna?
- Tak. Łap. Zapewne twoja matka się na tym zna. Kiedyś może się przydać. - Rzucił mu zwój z jutsu. - Szkoda że nie mogę tego zabrać.
- A masz jakieś puste zwoje? - Uśmiechnął się Naruto. - Umieścimy wszystko w nich. Tylko daj mi chwilkę na ich przygotowanie.
- Niech zgadnę. Zapewne Kushina nauczyła ciebie pieczętowania.
- Yhym.
- To ile potrafisz z tej dziedziny, by nie przynieść wstydu klanu Uzumaki?
- Potrafię rozpoznać wszystkie istniejące pieczęcie. Umiem na razie te łatwiejsze w użyciu, te bardziej skomplikowane są jeszcze dla mnie nieosiągalne, ale niektóre umiem już zdjąć.
- A swoją?
- Otworzyć i zamknąć tak, ale jej usunięcie i utworzenie to inna bajka.
- Otworzyć? - Chciał upewnić się czy dobrze usłyszał.
- A myślisz, że dzięki czemu nadal żyje po tamtej eksplozji, która z resztą była finałem walki.
- Jakiej do cholery!? Myślałem że zdetonowaliście jakiś potężny ładunek.
- Dwóch jinhuuriki w starciu na śmierć i życie wiele mówi. Nie wiem czy ktoś ją widział. Wszyscy uciekli, gdy nas zobaczyli.
- Czekaj, czekaj. Chcesz mi powiedzieć, że Kyuubi współpracował z tobą?
- Przecież go widziałeś.
- No ale to nie zmienia faktu, że to dziwne. To czego wyście użyli do tego starcia?
- Powiem tak. Kyuu się trochę urosło, tak jak tamtemu i każdy z nas użył Bijuudamy. No i wylądowałem tutaj.
- Dobra. Opowiesz ze szczegółami po drodze. Teraz trochę tu sprzątniemy.
~~~~~~~~~~~~~~~~
Story by Mess
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz