środa, 3 stycznia 2018

N.n.m.s. - ,,Nie chcę być znowu samotna!!!"

Wszystkie kolokwia co były? Zaliczone!!! Eseje!? Oddane!!! Czas wolny? Jest!!! Co będę robił!? Porządki domowe T_T.
~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~
Noa:
Około stu metrów nad powierzchnią ziemi unosiła się Konan na wielkich skrzydłach, poruszających się w górę i w dół w określonym rytmie.
Skupiłam czakrę w oczach i użyłam Sokolego Oka, by móc przyjrzeć się jej z bliska.
Moje wcześniejsze słowa były na miejscu. Setki, a może i tysiące, białych niczym śnieg kartek utworzyło na niej niepowtarzalny strój. Była to suknia zakrywająca niemalże całe jej ciało, oprócz głowy. Sięgała poniżej stóp, a dłonie mogły z łatwością ukryć się w szerokich rękawach, zwiększających swój obwód ku dołowi. Wiatr nie powodował jej ruchu, lecz rozwiewał granatowe włosy, tym samym odsłaniając twarz. Płakała. Z jej kącików powiek spływały łzy rozpaczy, a usta lekko otworzyły się. Oddychała ciężko, tak jakby nie mogła złapać oddechu. Prawą rękę miała wyciągniętą do przodu, przez co ujrzałam jej palce z pomalowanymi na czarno paznokciami. Nie pasowały do tego stroju. Ale jeszcze parę chwil temu była zwykłą, zamkniętą w sobie dziewczyną z niecodziennym gustem ubioru, w ogóle stylu jaki sobą prezentowała. Mroczny, tajemniczy i troszkę przerażający. A teraz? Nie poznałabym jej.
Jej dłoń lekko przekręciła się w prawą stronę. Miecz poruszył się w podobny sposób i został wycelowany zaostrzonym końcem w dziadka. Drugą rękę zbliżyła do piersi, dłonią otwartą do zewnątrz. Jej palce zgięły się i zesztywniały. W jednej chwili, pojawiły się kolejne kartki, które zaczęły wirować wokół niej i rozszerzać obszar na którym się poruszały.
- Nigdy nie sądziłam, że jeszcze dane mi będzie ujrzenie Niebiańskiej Sukni.
- Niebiańskiej? - Powtórzyłam.
- Widziałam ją tylko raz, gdy matka Konan ją zrobiła. To co teraz ma na sobie Konan, jest zaledwie projektem prawdziwej Niebiańskiej Sukni. To rodzaj obrony absolutnej, która różni się od wszystkich o których ci opowiadałam. Jej wyjątkowość polega na możliwości robienia niepowtarzalnej liczby uników oraz znikania z oczu wszystkim wrogom jak i przyjaciół. Jednak ta umiejętność zależna jest od poziomu sukni. Niestety, jak mówiłam, to prototyp, niedokończone dzieło. Dlatego chodź. Znajdźmy lepszą pozycję do ostrzału i pomożemy Konan. Nie sądzę, że to wszystko skończy się po jej przybyciu. Raczej to początek.
Konan:
- Jednak wróciłaś! - Natychmiast podsunęłam miecz pod jego gardło, gdy tylko chciał wykonać krok naprzód. - Zabijesz mnie? Po tym wszystkim co dla ciebie uczyniłem?
- Jeśli będę do tego zmuszona.
- Właśnie tak odwdzięczasz się swoim dobroczyńcom!? Osobom, które cię przygarnęły i zapewniły dach nad głową!? Daliśmy ci wszystko czego potrzebowałaś! A ty odwracasz się do nas plecami i idziesz w kierunku tych darmozjadów!? - Coś się dzieje z Naruto. Aura wokół niego... co on chce zrobić!? - Toż to zakrawa pod zdradę rodziny! Dlatego otrzymasz stosowną karę do swego występku!
Pojawiła się kolumna ciemno krwistej czakry, która wyrosła z miejsca, gdzie jeszcze przed chwilą stał Naruto i dwa przetrzymujące go klony. Wzbiła się wysoko w stronę nieba tworząc bardzo silny wiatr, który porwał moje kartki. Sama musiałam przybrać trochę inną pozę i wysłać czakrę do skrzydeł,  by te utrzymały mnie w miejscu.
To o tym mówił Naruto. Przetrzymuje w sobie niewiarygodne pokłady mrocznej czakry, którą sam może uwolnić, ale powiedział także, że nie będzie z niej korzystał. Łamiesz swój własny zakaz, by mi pomóc!?
Po parunastu sekundach kolumna zniknęła ukazując przerażający widok.
Naruto... ty...
Zobaczyłam postać spowitą tą samą krwistą czakrą, która wydostała się przed chwilą. Była podobna do lisa. Posiadała uszy, kły. Twarz była czarna, normalne oczy zniknęły, a za tułowiem falowały cztery ogony.
- Ka...ra? - Głos Naruto zastąpił głos demona. Czyżby stracił panowanie nad sobą!? Nie! Czemu to sobie zrobiłeś!? Łzy znowu spłynęły mi po policzku. - Ty będziesz pierwszy.
Ruszył, lecz natychmiast został odepchnięty przez falę uderzeniową i wbił się w ziemię pięćdziesiąt metrów dalej. Znam ją! To jedna z umiejętności Nagato! Ale!? Czemu zaatakował Naruto!?
- Hahaha!!! Zobacz co zrobił dla ciebie twój ,,chłopak"!!! Zamienił się w to coś, by mnie zabić! To czysta nienawiść i żądza krwi, która pożerała go od zawsze. To nie ma uczuć! Tylko przed tobą zgrywa takiego normalnego człowieka! Ja od początku wiedziałem, że jest odmieńcem! Kto widział, by ludzie mieli wypalone na twarzy blizny!? Nikt! Dziwadło powstałe przez ten zuchwały klan i przetrzymywane w tajemnicy przed światem!
- Ja... dziwadłem? Grrrr!
- Nagato. Zabij go. - Co!? Z...z...zabić!? Nie! Nie pozwolę na to!!!
Wbiłam miecz w pana Uzumaki. Ten jednak zniknął w chmurze białego dymu.
Klon!? Gdzie on jest!? Nie możliwe bym go tak łatwo zgubiła!!! Skup się!!! Tam, na do... leci do mnie!!!
Z moich rękawów wyleciały kartki, które utworzyły wirujące shurikeny. Posłałam je w jego kierunku. Niemożliwe! Jak ich uniknął!!! Cholera!!!
Noa:
Stałam na dachu domu z przyszykowanym łukiem. Czekałam na polecenia od babci, gdyż nie chciałam nic bardziej skomplikować.
Doleciał do Konan i przebił ją kunaiem, lecz po krótkiej chwili w tamtym miejscu wystąpiła seria silnych eksplozji.
- Konan! - Wykrzyczałam. Pierwszy raz...widziałam jak ktoś kogoś morduje. Czemu!? Czemu dziadek to robi!?
- Spokojnie Noa. Uniknęła ciosu, wyprowadzając go w pole poprzez opuszczenie sukni i jeszcze stosując kontratak w postaci karteczek wybuchowych.  - Rzeczywiście. Unosiła się teraz jeszcze wyżej niż przedtem. - Ten pierdziel tak łatwo jej nie zabije. Jednak Nagato będzie sporym kłopotem. Musimy go unieruchomić, lecz najpierw przyda nam się parę rąk do pomocy. Ja strzelam w tego co przetrzymuje twojego dziadka. Ty w drugiego. Tylko skup się, bo w przeciwnym wypadku zranisz Minato.
Napięłam łuk, lecz nie mogłam spocząć oczami na celu. Mój wzrok przykuł wygląd jak i poczynania brata. Nacierał niczym wariat na Nagato, który przy nim wydawał się bezbronny, chociaż ciągle z łatwością odpierał ataki i wyprowadzał własne.
- Noa! Skup się! - Otrząsnęłam głową i spojrzałam na swój cel oceniając warunki.
Odległość: Trzysta pięćdziesiąt trzy metry i dwadzieścia dziewięć centymetrów. Wiatr: Z lewej wiejący z prędkością jednego metra na sekundę. Wilgotność: Normalna. Ciśnienie: Normalne. Specyficzne warunki: Możliwość zmienienia toru lotu strzały przez techniki.
Skumulowałam, a następnie przesłałam czakrę do łuku i strzały. W przeciwieństwie do babci, nie potrafię jeszcze zrobić ich z czystej energii i potrzebuję medium.
- Trzy sekundy!
Powietrze zalegające w płucach spokojnie wypuściłam ustami, by zminimalizować drgania ciała przez wzmożone tętno serca. Czas dłużył się nieubłaganie, lecz gdy nastąpił moment w którym z wydechu nie mogłam więcej osiągnąć, puściłam strzałę, która poleciała wprost do celu. Babcia trafiła w samą głowę, lecz moja w ramię i klon nie zniknął. Na moje szczęście, zdezorientował się na tyle, by tata mógł go dokończyć przez wbicie kunaia w jego klatkę piersiową.
- Było blisko, Noa.
- Przepraszam. - Spuściłam głowę.
- Za co? Ja nawet nie przypuszczałam, że trafisz w cel. Już miałam wypuścić kolejną, by dokończyć robotę, ale miło mnie zaskoczyłaś.
- Bo wiara to podstawa. - Odpowiedziałam ironicznie.
- Zaprowadź państwo Hayashich do lasu w stronę góry. Chyba wiesz jakiej? - Kiwnęłam głową na potwierdzenie. - Czekajcie tam na nas. Ja przez ten czas pójdę po naszych mężczyzn. Chyba się myliłam co do tego kontrataku. Ledwo mogą ustać na nogach, a co dopiero dalej walczyć. Ruszaj.
Konan:
Jak on tego wszystkiego unika!? Może to te obwódki wokół oczu mają z tym coś wspólnego? Wcześniej nie czułam u niego innej czakry, a teraz owszem. Niedobrze!!!
Setki shurikenów poleciały w moim kierunku. Utworzyłam papierową ścianę. Ledwo je zatrzymywała, chociaż była gruba na pięć centymetrów. Ogień!?!?
Zza ściany wypełzły płomienie, które dosięgnęły mnie i zajęły moje skrzydła i suknię, parząc mnie niemiłosiernie. Wyskoczyłam z nich i poczęłam spadać głową w dół. Biegł do miejsca w którym miałam upaść z przyszykowanym kunaiem w dłoni. Mój zapas origami wyczerpał się. Starczy tylko na zamortyzowanie upadku, ale nie na unik. To mój koniec?
Gruchnęłam o ziemię. Wszystko w jednej chwili zabolało mnie. Leżałam teraz na plecach. W ustach zaczęła gromadzić się krew, gdyż nadgryzłam żyłę podjęzykową. Musiałam oddychać przez nos. Nie mogłam się ruszyć. Czyżby paraliż? Kręgosłup został przerwany? Nie, niemożliwe. Nadal mogę poruszyć małym palcem. Chyba, że jest to tylko efekt mojej wyobraźni. Moje oczy skierowały się na przyczynę mego upadku.
Przyszedł i stanął nade mną. Uśmiechał się szyderczo. Umieścił kunai na wysokości dwóch metrów, idealnie nad moją szyją i bez słowa wypuścił go z dłoni. Czas dla mnie zwolnił. Widziałam jak żelazo, opada. Centymetr po centymetrze, wprost na mnie. To uczucie które mnie ogarnęło. To strach? Strach przed własną śmiercią? Nie. To nie śmierć mnie przeraża. To strach przed czymś co odczuwałam przez te kilka lat i nagle odeszło w niepamięć.
Nie chcę być znowu samotna! Jeśli istnieje coś nadprzyrodzonego, co daje życie wieczne, to będzie musiało zabrać i Naruto albo poczekać na nas trochę dłużej!!!
Złapałam dłonią za ostrze tuż nad swoją szyją. Było bardzo ostre. Rozcięło moją skórę niczym nóż masło. Jednak ważne jest to, że je zatrzymałam. Ostatkiem sił odrzuciłam je w bok.
- A to ciekawe. Nadal walczysz. Ale to już długo nie potrwa. - Spojrzałam w bok, wypluwając krew z ust i znowu na niego.
- Prawda. - Wypowiedziałam to beznamiętnie w chwili, gdy czerwona kula energii uderzyła w jego podbrzusze i posłała daleko ode mnie. Jeszcze raz spojrzałam w bok. Stał patrząc się w moim kierunku. W jednej chwili z jego ust, a raczej z pyska, wyleciały następne czerwone kule i z niesamowitą prędkością pomknęły przy mnie. Jednak znów skierował się w stronę Nagato, gdy ten...
Otworzyłam szerzej oczy, nie chcąc im uwierzyć. Przekręciłam się na bok i podparłam ręką.
- Naruto! Uciekaj! - Nie! Tylko nie ta technika! Ona zabije ich obu!
- Konan. Uciekamy. - Koło mnie zjawili się państwo Namikaze.
- Boże. A jednak do tego doszło. - Czyli dziadek Naruto zna techniki Nagato, a szczególnie słynne, Niszczycielskie tworzenie planety.
Ziemia zaczęła drżeć, a jej wielkie połacie unosić się w powietrzu, zabierając ze sobą Nagato i przemienionego Naruto.
- Idę po niego! - Wykrzyczał Pan Minato, lecz zatrzymał go jego ojciec.
- I już się nie wydostaniesz! Zrób mi miejsce, synu! Trzeba zniszczyć kule, która to tworzy! Zabierz Konan w wyznaczone miejsce!
Starszy z Namikaze zaczął tworzyć coś na kształt włóczni z czakry o naturze elektrycznej. Jego małżonka miała w ręku łuk stworzony z kilku typów i napięła go. Kumulowali czakrę.
- Na co czekasz!?!? Ruszaj się! - Pan Minato wziął mnie na plecy, gdyż sama nie mogłam nawet wstać i pognał w przeciwną stronę. Odwróciłam głowę, by móc zobaczyć co się stanie.
Dwa jaskrawe pociski czystej energii poleciały w prost w epicentrum tworzonej planety. W oddali widziałam czerwonawy punkcik, przemieszczający się po unoszących się skalnych odłamkach. Po krótkiej chwili nastąpiła eksplozja rozrywająca powstającą planetę, której odłamki zaczęły spokojnie opadać na ziemię. Lecz znikąd pojawił się drugi wybuch umiejscowiony na ziemi. Wyczułam coś dziwnego. Przewody czakry płynące w ziemi zniknęły. Czyżby ktoś z nich zniszczył pieczęć?
Ni stąd ni zowąd pojawiłam się w lesie, a następnie w domu na środku salonu. Ale nie w tym dziadków, lecz w domu Naruto. Wszyscy byli zdezorientowani.
- Naruto. - Pani Namikaze złapała się za usta. - Zaraz zwrócę zawartość żołądka.
- Uspokój się moja droga. Ocalił nas. Nawet w połączeniu z Minato, nie byłbym wstanie nas tu teleportować, a nawet i na dziesięć razy bliższą odległość. Cud, że on był wstanie to zrobić.
- Ale trzy razy jak dla mojego organizmu to za dużo.
Zostałam posadzona na krześle. Rozejrzałam się i nigdzie go nie widziałam. Co się z nim stało? Nie wrócił z nami!?
Nastąpił żółty błysk, a na środku pojawił się Naruto już w swej normalnej formie, lecz inny. Rozdarł się jak mało kto. Był bardzo, ale to bardzo poparzony, a jego część skóry tak jakby... zniknęła? Ledwo mógł zaczerpnąć powietrza. Podbiegła do niego Pani Namikaze, pomagając mu wstać.
- Natychmiast załatwcie mi giętkie, płaty żelowe!!! Następnie połóżcie je na kanapie!!! Noa!!! Wilgotne ręczniki i wiadro z wodą!!!
Po paru minutach wszystko było gotowe. Kanapa została nimi całkowicie przykryta i nabrała zielonkawy odcień.
- Gdy go położę, przykryjcie go ręcznikami w dwóch miejscach.
Podeszła z wnukiem do kanapy i powiedziała:
- Żeńska część zgromadzenia w tył zwrot! - Na początku nie zrozumiałam o co chodzi i czemu mamy się odwracać, ale gdy ujrzałam jak go rozbiera, to spuściłam głowę i przekręciłam w lewo. Tylko na tyle było mnie stać. Słyszałam jego odgłosy bólu i jak się powstrzymywał przed nimi. To wyglądało na poważne rany. Jest poparzony i obdarty ze skóry na każdym centymetrze swojego ciała. On z tego wyjdzie?
- Całe szczęście! W jednym kawałku! - Prawie zakrztusiłam się krwią na to określenie, a twarz poczerwieniała niczym burak. Czemu o tym pomyślałam w takiej chwili!? To tak bardzo było wyjęte z kontekstu!
- Mamo! Litości. - Skomentował to Pan Minato. Zaniemówiłam wewnętrznie.
- No. Pokazuj co i jak. - Przestraszyłam się podskakując na krześle. Przy mnie usiadła Pani Namikaze. - Czyli po tym upadku z wysoka nic sobie większego nie zrobiłaś. To dobrze. To czas na zaszycie tych paskudnych ran. Rozdziaw swoją słodką buzię, podnieś język i nie ruszaj się przez chwilę.
Wyczułam jak gromadzi w dłoniach pewien specyficzny rodzaj czakry. Następnie poczułam ją w ustach i na języku. Nie...niesamowite! Dosłownie czuję jak rana się zasklepia! Jednak nie jest to najprzyjemniejsze. To samo zrobiła z moją dłonią. Nitki mojej skóry tańczyły jak lalki na sznurkach z czakry i przeplatały się ze sobą nawzajem. Po chwili pozostał jedynie średnio widoczny ślad.
- Co Pani zrobiła?
- Zszyłam własną czakrą, tamując w ten sposób krwawienie. Teraz musisz oszczędzać te miejsca, by mogły się zregenerować.
- A Naruto? Nie pomoże mu Pani?
- Nie jestem wykwalifikowanym shinobi w technikach medycznych. Opanowałam jedynie sztukę chirurgii i znieczulenia. To dlatego pozostawiłam go w takim a nie innym stanie, ale przynajmniej może wytrzymać ból poprzez moją czakrę. Do jego typu obrażeń, potrzebny jest ktoś inny, o wiele lepiej wyszkolony ode mnie. Akurat znam parę takich osób i gdy tylko sytuacja się trochę uspokoi, to pójdę ich szukać. Inaczej będzie tak leżał w męczarniach przez minimum dwa tygodnie. Odrastanie całej skóry nie jest przyjemne.
- Skąd...
- To wiem? - Kiwnęłam głową. - Bo już wcześniej przez to przechodził. Myślałam, że zatłukę całą trójkę tych przygłupów, gdy przybyli z nim w takim stanie za pierwszym razem, ale opieka nad Naruto musiała zająć pierwsze miejsce i później o tym najzwyczajniej w świecie zapomniałam. - Wstała z krzesełka i popatrzyła na blondyna.
- Kiedyś bym nie pomyślała, że mój wnuk będzie tak cierpiał. Moje serce się kraje, gdy widzę go w takim stanie. A to wszystko spowodowane przez jedno uczucie, którego doświadczył. - Po tonie głosu zrozumiałam, że nie jestem mile widziana i postanowiłam pójść do swojego pokoju. Wyprostowałam się w kolanach oraz biodrach i wyminęłam panią Namikaze, lecz ta chwyciła mnie za dłoń. - Nie uciekaj. Przyznaję, mogło to zabrzmieć wrogo w stosunku do twojej osoby, ale nie to miałam na myśli. Raczej jestem szczęśliwa z tego powodu, że się zeszliście.
- Przynajmniej Pani. - Nie umiem się cieszyć. Mógł przeze mnie zginąć.
- Nie smuć się. Jakoś to będzie. Spróbujemy postawić go na równe nogi i jeszcze dziś wieczorem będzie cały twój. Znikniecie, jak przedtem, na te parę godzin i pobędziecie trochę we dwoje. Należy wam się.
- Eeee... - Ponownie poczerwieniałam na twarzy.
- Nie ma się czego wstydzić. Nie jesteście już dziećmi nad którymi trzeba trzymać piecze, a wasze potrzeby są rzeczą naturalną i nie powinno się ich zabraniać...
- Ale... - Zaczęłam bawić się palcami.
- Też kiedyś taka byłam. Tylko bardziej zbuntowana, gdyż miałam większe restrykcje...
- My... nie... - Chyba mi przez to wszystko skoczyła temperatura, bo czułam jak pot parował, zamiast spływać po moim ciele.
- Oł. Przepraszam... - Chyba także się zakłopotała. - nie wiedziałam, że... hahahhaa... yyy... znowu zaczęłam paplać na temat na który nie mam zielonego pojęcia... to może lepiej ja już pójdę szukać tego medyka.
Odeszła, pozostawiając mnie z własnymi myślami. Spojrzałam na Naruto. Obok niego także już nikogo nie było, gdyż rozeszli się po całym domostwie. Leżał i ciężko oddychał. Miał na sobie położone dwa, małe, zwinięte ręczniki zasłaniające mu oczy i jego dolną partię ciała. Powoli zbliżałam się do niego, próbując sklecić jakieś zdania, ale nie mogłam. Zasób słów pomniejszał się z każdym moim krokiem, aż do momentu w którym przystanęłam tuż przy nim.
Dopiero teraz byłam zdolna zauważyć, jak jego ciało drży, a w szczególności ręce. Łzy same pociekły. Nie mogłam już dłużej ustać na nogach i usiadłam na podłodze, płacząc i szlochając co jakiś czas. Nie wiem co mnie napadło, ale nie mogłam przestać. Zabolało mnie coś w środku. Było to jak ukłucie igłą, lecz o wiele gorsze. W pewnym momencie poczułam coś na policzku. Otworzyłam oczy i zobaczyłam jego dłoń. Próbował wytrzeć moje słone łzy, chociaż go drażniły.
- Nie płacz. Nie wiem czego ci naopowiadali, ale moim zdaniem wyglądałaś pięknie w tej sukni.
- Widziałeś mnie? I czemu obracasz to w żart!? Mogłeś zginąć!
- Za bardzo się denerwujesz. - Zdziwiłam się jego spokojem. - Żyjemy, a w naszym świecie to liczy się jako powodzenie, dlatego proszę cię, nie wyłamuj sobie palców. - Skąd on wie!? Przecież nie widzi mnie! - A skąd to wiem? Korzystam z transferu myśli pochodzących od Kuramy, który stoi teraz w rogu i perfidnie się na nas gapi.
Spojrzałam przed siebie. Rzeczywiście. Stał tam oparty o ścianę ze skrzyżowanymi rękami przy piersi. Wydawałoby się, że nawet nie mruga będąc skupionym na wykonywanej przez niego czynności.
- A teraz odpowiadając na zadane pytania. Po pierwsze. W formie bestii albo inaczej przez nas zwanej ,,ogonów", to zarówno ja jak i Kyuu widzimy wszystko tak samo. Nie powiem, troszkę nam przeszkodziłaś w zamiarach szybkiego pokonania mego dziadka, gdyż ataku, który przygotowywaliśmy, nie da się zbytnio uniknąć. Ale nie mam żadnych pretensji, gdyż wszystko i tak poszło po naszej myśli. - Przeszkodziłam mu?
- Po drugie. A jeśli to nie był żart tylko komplement, by cię troszkę rozweselić? Wiesz. Twój uśmiech jest dla mnie największym rarytasem, gdyż nie często go mogę obejrzeć. Może kiedyś zasłużę nawet na śmiech, ale powolutku, na chwilę obecną satysfakcjonuje mnie twoje delikatne zakłopotanie tym co paplam. - Znowu sprawił, że się zaczerwieniłam co przyprawiło go o lekki uśmiech.
Noa:
- Przekażcie ode mnie życzenia dla Naruto. - Powiedział do nas ojciec chowając swoją komórkę do kieszeni od spodni.
- Już wyjeżdżasz? - Zapytałam smutna. Przed chwilą co go ujrzałam i znów musi zniknąć.
- Doskonale wiesz, że moja praca nie zna słowa ,,przebacz". Postaram się wrócić po nowym roku. Opiekuj się bratem... - Zrobił krótką przerwę. Wykorzystałam ten fakt i przytuliłam się do niego. - ...chociaż ty chyba już nie musisz. - Powiedział z uśmiechem wymalowanym na twarzy po odwróceniu się i ujrzeniu syna. Pożegnał się ze wszystkimi i zniknął w żółtym błysku.
- Czy państwo Hayashi będą jeszcze chcieli zostać na święta u nas, czy może woleliby wrócić do domu? - Dziadek Mintao skierował te słowa do głowy zaprzyjaźnionej rodziny.
- Jeśli nie bylibyśmy problemem.
- To zapraszam na przygotowanie świątecznego obiadu. - Odwrócił się do mnie. - Noa. Pomożesz mi, gdyż nie dan sobie rady sam.
Kilka godzin później:
- Gdzie się podział Naruto? - Spojrzałam na pustą kanapę.
- Zmienił miejsce, gdyż zdał sobie sprawę z tego, że wszyscy go obserwują.
- Nie dziwię się. Leżał z yghym prawie na wierzchu. - Niestety albo stety, moja rola sprowadziła się jedynie do krojenia i podawania produktów.
- Przepraszam. Wiecie gdzie jest herbata? - Za mną stanęła Konan. Ona także zniknęła na parę godzin i nie pokazywała się przez ten czas. Co oni tam robią!? Albo nie, nie chcę wiedzieć!
- Zrobię. - Odpowiedziałam, lecz nim zdążyłam wyciągnąć torebeczkę herbaty, usłyszałam słowo ,,proszę". Fumi podała jej dwie filiżanki idealnie gorącego naparu. Złapałam oburącz za leżący obok nóż i złamałam ze złości. - Zabrałaś moje zadanie! - Wypowiedziałam te słowa przez zęby.
- Przepraszam. Nie wiedziałam.
- Żadne prze... - Dziadek przytrzymał mnie i zakrył usta ręką.
- Przeprosiny przyjęte. - Odpowiedział za mnie, a ja spojrzałam na niego gniewnie w górę. - Noa. Idź ochłonąć i odpocznij trochę
Zrezygnowana poszłam do salonu, a następnie chciałam udać się na górę, lecz zagrodził mi drogę Kyuubi, który nie ruszył się z tego miejsca choćby na krótką chwilę.
- Co tak prędko? - Zapytał.
- Chciałam pójść do swojego pokoju.
- Przykro mi. Góra zamknięta do odwołania. - Tylko spokojnie. On chce cię wyprowadzić z równowagi. Nie daj mu satysfakcji.
- Niby czemu?
- Bo tak. Nie wpuszczam nikogo...
- A Konan to tak!? - Jednak nie wytrzymałam.
- ... oprócz Naruto i Konan z czego Naruto raczej nie zejdzie.
- Daj mi przejść! To tak samo mój dom jak i jego. - Próbowałam się przepchnąć, ale nie miałam tyle siły co on, przez co łatwo mnie powstrzymał.
- Nie pozwolę na przerwanie procesu zbierania czakry.
- Czego!? - Co on tam do cholery wyprawia!?
- To chyba oczywiste, że z chwilą gdy wyszła wasza babcia, to przestała do niego napływać czakra łagodząca ból. Musiał skorzystać z moich rezerw, by nie zwariować.
- To po co potrzebna nu Konan!?
- Czy ty przypadkiem nie jesteś o nią zazdrosna? - Spytał z kpiącym uśmieszkiem, a ja zgłupiałam na jego śmiałe stwierdzenie.
- Oczywiście, że nie. - Odpowiedziałam szybko, by nie miał do czego się uczepić.
- W takim razie powiem ci, co ona tam robi, a raczej oni. Bez dziwnych myśli! Skończyłaś dopiero szesnaście lat!
- Nie pomyślałam o tym! - Zatłukę go!
- Pewnie jesteś jeszcze niedoinformowana co tak naprawdę wyprawiają, gdy są sami we dwoje, dlatego zadam ci pytanie na które mi odpowiesz. Jeśli odpowiedź będzie poprawna to wpuszczę cię na górę.
- Słucham.
- Jaka była Konan przed dzisiejszym dniem, a jaka jest teraz? Dobrze się zastanów, gdyż masz tylko jedną szansę.
- Co to za idiotyczne pytanie!?
- Przykro mi. Zła odpowiedź. Wejdziesz do... - Wykorzystałam chwilę jego nieuwagi i uderzyłam go w brzuch. Następnie wbiegłam po schodach i już miałam wyważyć jego drzwi, gdy usłyszałam rozmowę. Przystawiłam ucho i zaczęłam podsłuchiwać:
Naruto:
Miałem dość tych wszystkich oczu skierowanych w naszą stronę, dlatego uciekliśmy do mojego pokoju. Było mi także głupio siedzieć z tymi dwoma ręcznikami, dlatego lekceważąc ból, ubrałem spodenki, a oczy miałem po prostu zamknięte.
Siedzieliśmy po turecku na łóżku, twarzami do siebie. Moja prawa dłoń, a jej lewa dotykały czoła dwoma palcami osoby na przeciwko, zaś pozostałe utworzyły klatkę w której zamykaliśmy co następne figurki z origami, które przylatywały z jej pokoju przez otwarte okna. Oczywiście to całe moje wcześniejsze zniknięcie na dziesięć sekund było pokierowane jej wspomnieniami pozostałymi w jaskini. Nie mogłem dopuścić, by je utracić. A teraz przeglądamy je wspólnie. Ta metoda jest troszkę wolniejsza, ale nie mamy wyjścia. Jakoś trzeba. Poza tym, są efekty uboczne. Możemy ujrzeć swoje myśli nawet z przed doby.
- Ty na prawdę o tym pomyślałaś? Nie znałem cię od tej strony. - Ale i ma to swoje plusy. Zaśmiałem się wewnętrznie na jej wspomnienie z przed paru godzin.
- Po prostu o tym zapomnij. - Nie mogłem widzieć jej twarzy, ale ciepło czoła mówi mi wszystko. Na dodatek za chwilę przypomniała  to sobie i ja także to ujrzałem.
- Nie no Konan. Z takimi perspektywami to my tu utkniemy na dłużej, gdyż nie mogę się przez ciebie skupić.
- Teraz nie mogę o tym przestać myśleć. - Nigdy nie ,,widziałem" jej tak zażenowanej. - Wszystko twoja wina!
- Moja? To nie ja o tym myślę.
- Bo sobie pójdę. - Zaczyna grozić? Wow.
- Im więcej origami rozpakowujemy z zawartości tym bardziej cię nie poznaję. Jednak zaczyna mi się to podobać.
- Możesz przestać?
- Czemu skoro... - Przemknęło mi wspomnienie. - ...aha, babcia już w stu procentach zadbała o to, by mój anioł miał dość?
- Można tak to ująć. Gotowy na następne?
- Podaj je. - Kartka papieru wleciała nam pomiędzy dłonie i kolejne wspomnienie wpadło do mojej głowy. O nie. To nie pora na to origami. Nie na jedno z pierwszych! Ale już za późno. Musimy obejrzeć całe albo wspomnienie zostanie utracone.
Jej puls przyspieszył, podobnie jak oddech. Jej prawa dłoń zaczęła delikatnie dygotać. Wypuściłem już niepotrzebną kartkę, by opadła na łóżko i splotłem nasze palce. Usłyszałem jak wciąga nosem. Tak. To ten moment. Widzę to jej oczyma. Najpierw jej ojciec, a następnie matka... nie powinni... ja mogłem... krew, dwór, deszcz i błyskawice. Otworzyłem oczy. Zanosiła się szlochem. W tej chwili wyczułem trzy osoby przed drzwiami i jedną biegnącą po schodach. Nie sądziłem, że będę mógł skorzystać z jej techniki sensorycznej.
Do mego pokoju wparowała babcia z jakąś osobą i Noa, która nie posłuchała Kuramy. Co ja z nią mam.
- Co wy... tu robicie? - Spojrzała na nas babcia ze zdziwieniem. Konan bez ceregieli oplotła mnie rękami i przytuliła. Chyba nadal nie wie, że nie jesteśmy tu sami. Jej łzy szczypały w klatkę piersiową, ale przecież jej nie od trące.
- Nie teraz. - Powiedziałem półgłosem i wskazałem ręką by wyszli. Dopiero teraz ujrzałem, że towarzyszy jej moja dziekan. W drzwiach pojawił się dziadek.
- Czy wy kobiety nie znacie słowa ,,nie"? Mówiłem, że teraz jest zajęty i nie można przeszkadzać. Wychodzić, już już. - Drzwi zamknęły się, a na korytarzu słychać było dyskusję. Ale nie miałem zamiaru podsłuchiwać. Nie teraz.
Umilkłem i dałem jej czas, by się uspokoiła. Gładziłem dłonią jej granatowe włosy, czasami wplatając w nie palce. Są takie przyjemne w dotyku. Czuję, że mógłbym siedzieć tak godzinami, będąc jedynie w nią wtulony i bawić się jej fryzurą. Czy to miłość? Już dłużej w to nie wątpię.
Po trzydziestu minutach mniej więcej wszystko wróciło do normy. Nadal pociągała nosem, ale widać było, że jest już lepiej. Upewniwszy się, wypuściłem ją z objęć i pozwoliłem udać się do łazienki. Teraz czas na przyjęcie owego medyka. Czemu to musiała być Tsunade!? Zna kilku, więc mogłaby się postarać. Zszedłem na dół po schodach i skierowałem się do kuchni.
Konan:
Dziękuję... Naruto... i przepraszam za to, że ... podjęłam już decyzję. Nie mogę cię tym dłużej obarczać. Ty tak samo jak ja to wszystko przeżywasz. Nie chcę byś cierpiał już więcej przez moją osobę. Dalej pójdę z tym wszystkim sama.
Sprawdziłam, czy jest ktoś na piętrze. Następnie wymknęłam się z jego pokoju i weszłam do swojego, zamykając go na klucz. Za pomocą czakry uniosłam pięćset moich origami i jednocześnie dla wszystkich złożyłam pieczęć. Poczułam ból.
Upadłam na zimną podłogę, a wszystkie obrazy na siebie nałożone zmieniły się w białe światło. W uszach słyszałam tylko głuchy pisk.
~~~~~~~~~~~~~~~~
Story by Mess
Oi minna! Troszkę mnie nie było, ale w końcu dałem radę i dokończyłem tą notkę. To nie znaczy, że nie myślałem o dalszej fabule. No właśnie. Myślałem przez co uczenie się było istną katorgą :/. 
Jak wam się podobało? Coś zaskoczyło, czy wszystko takie przewidywalne? Błędy jak błędy i tak będą, już je czuję XD. 
Pozdrawiam. Mess.

2 komentarze:

  1. Hej,
    tak wspaniała waka, Naruto dobrze sobie radził, ale i Konan też dobrze sobie radzi, bardzo mi się podobało...
    Dużo weny życzę...
    Pozdrawiam serdecznie Basia

    OdpowiedzUsuń
  2. Hejeczka,
    wspaniale, wspaniała walka, Naruto dobrze sobie radził, a i Konan też...
    Dużo weny życzę...
    Pozdrawiam serdecznie Aga

    OdpowiedzUsuń