Witam was serdecznie. Trochę przedłużyło mi się pisanie tego wszystkiego, ale w końcu jest :P. Zapraszam do czytania.
****************
W końcu nastała niedziela. Słońce tego ranka niemiłosiernie oświetliło mój pokój, tym samym budząc mnie oślepiającym blaskiem promieni świetlnych skierowanych w me zmęczone oczy. To dzień w którym mogę wypocząć i zrelaksować się po wczorajszym. Sprzątanie tak wielkiego domu, nawet przy pomocy klonów to nie lada wyczyn, a towarzyszący mu wysiłek jest nieziemski. Ale wracając do teraźniejszości. Dziś jest wyjątkowa data, a przynajmniej dla mnie. Dziesiąty październik. Dziewiętnaste urodzinki mi stuknęły. Może są niczym w porównaniu do poprzednich, ale trzeba je uczcić.
Zrzuciłem białą kołdrę i usiadłem na brzegu łóżka. Po minucie wstałem i zacząłem co dzienną rozgrzewkę, by mięśnie były gotowe na trudy życia. Składała się ona z małego rozciągania, czyli skłonów, skipów. Następnie trzydzieści przysiadów, pompek, brzuszków. Po tym wszystkim idę pod prysznic. Wolę tą metodę niż kompanie się w wannie, gdyż jest szybciej, wygodniej i nie jestem moją siostrą, która uwielbia wymoczyć się. Następny przystanek to umywalka. Mycie zębów, uczesanie włosów w jakiś ład i oczywiście golenie. Nienawidzę mej brody. Zostawiłbym ją gdyby nie jej kolor. Tak, jest blond. Jakoś nie widzi mi się jej noszenie, chociaż Kyuu uważa, że wyglądam dużo lepiej. Czy to prawda? Nie mnie to oceniać. Po tym wszystkim czas się ubrać w jakiś wygodny strój. Biała koszulka bez rękawów, za to z kołnierzykiem. Spodnie jeansy, nie za jasne, nie za ciemne. Białe skarpetki i czarne sportowe buty. Do tego czarna bluza z kapturem. Czas wyjść na świat. Zszedłem na dół po schodach.
- Dłużej nie mogłeś? - Tym pytaniem przywitał mnie lis. Nie było ono zbyt miłe, ale cóż ja mogę poradzić na jego charakter.
- A żebyś wiedział, że tak. Zastanawiałem się, czy nie zostać w łóżku przez resztę dnia. Jeśli chcesz to tam wrócę.
- A rób se co chcesz. Mi tam gan cy gal.
- No chyba nie do końca, jeśli zadajesz takie pytania. - O co mu chodzi? Wstał lewą nogą?
- Ja już nie wiem!!! Dajcie mi wszyscy święty spokój!!! - Uderzył głową o stół. Zaczynam się o niego martwić.
W tym samym czasie z części kuchennej wyszła Noa. Mogłem się tego spodziewać. Niosła udekorowany tort z wbitymi i podpalonymi dziewiętnastoma świeczkami. Usłyszałem także piosenkę ,,Sto lat". Natychmiast na mojej twarzy rozwinął się uśmiech z zakłopotania. Postawiła go na stole z dziwnym zadowoleniem. Teraz muszę być na baczności i pamiętać o jej urodzinach. Eh. Cała siostra. Wszystko przemyślała. Cóż. Niech jej będzie. Zagram w tą grę.
- Wszystkiego najlepszego z okazji urodzin mój głupi braciszku.
- W życzeniach się nie obraża. - Zwróciłem jej tak dla mojej radochy uwagę.
- Nie przerywaj! Jeszcze nie skończyłam! - Zagroziła machając mi palcem. Już się boję. - Spełnienia marzeń. Dużo prezentów, przyjaciół. Byś w końcu znalazł sobie dziewczynę z którą byś robił coś więcej niż oglądanie telewizji i kłócenie się z Kuramą o pilota. Oczywiście także zdania studiów.
- Dzięki.
- Spróbuj. Sama piekłam. - Nie podoba mi się jej mina. Zbyt uprzejma. Może to tylko przypadek.
- Nie wybuchnie, gdy tylko przekroję to nożem? - Dotknąłem palcem i schowałem się za stołem. Żadnej reakcji. Bezpieczne. Pomyślałem życzenie i zdmuchnąłem świeczki. - Kroje na trzy.
Rozdałem wszystkim na talerz i wziąłem łyżkę. Spróbowałem. Pierwsze wrażenie? Obrzydliwe! Następne wrażenie? Gorzej!!! Zzieleniałem na twarzy, ale jakoś przełknąłem w przeciwieństwie do Kyuu. Ten po sekundzie złapał się za buzię i pobiegł w stronę najbliższej łazienki. Chyba zaraz zrobię to samo.
- Co wam się stało? - Domyśl się.
- Jakich ty składników użyłaś?
- Takich jak w przepisie mamy! Słowo!
- To coś ci się nie udało. - Zaśmiałem się i po chwili niebezpiecznie mi się odbiło.
- Zgrywacie się ze mnie! Niemożliwe by było to aż tak niedobre. - Wzięła kawałek i włożyła do ust. Efekt mógł być jeden. Skończyła tam gdzie lis. Teraz klepał ją po plecach. Po paru minutach i pawiach wszystko wróciło do normy. No prawie.
- Efekt miał być zupełnie inny! - Zaczęła ryczeć jak małe dziecko. - Czemu nic mi się nie udaje przyrządzić jak mamie!? - Łzy spływały po policzkach jak woda w rwącym potoku.
- Kiedyś się uda. - Przytuliłem ją. Tak na prawdę w moich oczach nadal jest małą siostrzyczką potrzebującą wsparcia i miłości, a to że umie zajść za skórę jest zupełnie inną rzeczą. Jej oceny może nie powalają, ale jest bardzo mądrą i inteligentną dziewczyną. Pierwsze słowo nie będące ,,mamą" i ,,tatą" jakie wypowiedziała to ,,samotny", patrząc na mnie. Była to jak wróżba, która się po części spełniła. Nagle zadzwonił mój telefon.
- Wszystkiego najlepszego!!! - Musiałem odsunąć komórkę od ucha na znaczną odległość. Moja mama jak zwykle podekscytowana. Po złożeniu dość długich życzeń przeszła do normalnej rozmowy. - Minato! Za chwilę ci go dam! Nie bądź taki pochopny! - Nie wierzę, że powiedziała tak do ojca po dziesięciu minutach.
- To do zobaczenia.
- Jak skończycie za wszelką cenę daj Noa do telefonu!
- Dobrze. Pa. - Usłyszałem słowo ,,nareszcie".
- Hej. Nie będę ci już zatruwał życia poprzez składanie życzeń, gdyż twoja matka powiedziała za nas obojga. Wiem że nie przepadasz za nimi, chociaż nadal nie wiem dlaczego. - Zapytaj Noa. - Wracając do sedna i tego co chciałbym ci przekazać. Idź przed dom.
- Po co?
- Nie baw się w dziewczyny. Po prostu to zrób. - Trochę mnie tym rozśmieszył. Podreptałem i otworzyłem drzwi. - Jest tam pakunek?
- Tak. - Taki metr na metr.
- Dobrze. Teraz powiem co się tam znajduje. Oprócz mnóstwa prezentów, jest tam także pewien zwój i dwie rzeczy. Zaczynając od zwoju. Zapewne pamiętasz jak w wieku dziesięciu lat żegnałem się z tobą. To jest ta sama sprawa, ale teraz zobowiązująca ciebie. - Musiałem usiąść. Nie sądziłem że tak szybko ten czas nadejdzie. - Jesteś?
- Tak, tak. Zaskoczyłeś mnie tym.
- Przepraszam, ale nie miałem wyboru. Teraz przejdźmy do pakunków. Ten mniejszy jest dla Noa. Znajduje się tam naszyjnik. Dasz go na jej szesnaste urodziny albo jak chcesz możesz nawet teraz.
- A co jest w drugim pudle?
- Broń. - Mogłem się domyślić. - Moja broń, którą używałem. Dopieszczona specjalnie dla ciebie. Znajduje się tam także opaska z wyszytym emblematem.
- Za ile to się odbędzie?
- Za niecały rok. Dokładniej to początek września. Dzień nieznany.
- Przynajmniej mam czas na odpoczynek.
- To prawda, ale musisz także wznowić trening. Kyuubi z pewnością ci pomoże.
- Mój Boże! Znowu będę musiał wznosić barierę. - Jest to cholernie trudne jak i męczące.
- Zapomniałem o niej. Nie ćwicz u nas. Zacznij tylko od Taijutsu. Znajdź jakieś miejsce, nawet publiczne. Jak przyjadę poduczę cię technik. Zgoda?
- Zgoda. To kiedy mam spodziewać się waszego przyjazdu? - Zapadła na chwilę głucha cisza.
- Nie wiemy. Przykro mi, ale doskonale wiesz, że praca w ambasadzie niesie ze sobą pewne wyrzeczenia.
- Ja tak, ale Noa.
- Naruto. Wiem, że zrzuciliśmy to zadanie na twoje barki, ale nie mieliśmy wyboru. Wierzę, że sobie ze wszystkim doskonale poradzisz. Jesteś już dorosły i nie musisz mi tego udowadniać od dobrych paru lat, ale wiedz że dla Kushiny zawsze będziesz tym małym brzdącem. No cóż. Będę powoli kończył. Życzę ci miłej zabawy. Może to ten dzień w którym znajdziesz tą jedyną.
- Tato.
- Co!? Masz już na karku dziewiętnaście lat. Wiem, że jesteś typem samotnika. Ja też taki byłem w twoim wieku. Polegać tylko na sobie, a resztę mieć w poważaniu lub ignorować. Ok, rozumiem. Jednak wiedz jedno. Nie będziesz szczęśliwy wiodąc takie życie przez dłuższą metę. Uwierz mi na słowo.
- Taa.
- No chyba, że chcesz bym przy spotkaniu udostępnił wspomnienia.
- Dobra! Wierzę.
- To do zobaczenia lub usłyszenia. Daj na moment jeszcze Noa. Aha! Czekaj. Pilnuj jej! Ostatnio na urodzinach zbyt dużo wypiła!
- Nie bój głowy. Wtedy była to wyjątkowa okazja. A że zmieszała trzy różne typy alkoholu, chociaż jej to odradzałem, to padła jak trup na sofę po kilku godzinach.
- Wystraszyła nas wtedy nieźle.
- Was. Ja wiedziałem, że to się tak skończy.
- Ja też, ale nie mów mamie. Na razie.
- Hej. - Wszedłem na chwilę do budynku. - Noa! Łap! - Rzuciłem jej telefon i wróciłem na zewnątrz. Złapałem za paczkę i błyskawicznie znalazłem się w moim pokoju.
Prezenty to zazwyczaj ciuchy, których nie można dostać w Japonii. Szczęście, że ojciec ma podobny gust do mnie, bo wszystko poszłoby w kąt. Znów trzeba pozbyć się starych, przymałych lub zniszczonych ubrań.
Podłużna paczuszka z bronią jest jednak dość ciężka. Aha. Zapakowana w drewnianą skrzynkę, którą od razu otworzyłem. Nie powiem. Jestem pod wrażeniem. Wszystko lśni niczym wyjęte z pod polerskiego koła. Tak więc jest dziesięć zwykłych kunai i dwa specjalne ojca, shurikeny, metalowe linki i... hmmm, po cholerę mi miecz? Nie umiem tym walczyć, a także nie wezmę tego w miasto. Zbyt bardzo rzucałoby się to w oczy. Zdecydowanie broń to jedna czwarta wagi tego pakunku.
Co dalej? Materiałowa opaska przeznaczona do noszenia na czole. Czarna, chyba z czerwonym emblematem. Jest też druga, bardzo podobna, lecz z dwoma symbolami klanowymi, Uzumaki oraz Namikaze. Szczerze nigdy nie widziałem rozpoznawczego znaku klanu ojca. Ciężko określić co to w ogóle jest. Zresztą nieważne. To tylko reprezentacyjne, chociaż zastanawia mnie czemu mam dwie różne. Ogarniają mnie złe przeczucia.
No i pozostał naszyjnik. Coś zmieniona ta wersja, ale ona to nie ja, że może coś takiego dźwigać. Po jednej stronie wypisana liczba dziewięć, a po drugiej głowa lisa. O wiele lżejszy od mojego łańcucha. Położyłem się na łóżku i zacząłem obracać go w każdą stronę. Mój miał ukryty schowek w którym nic nie znalazłem, ale najwidoczniej ona czegoś takiego nie posiada.
- Naruto! - Zapukała, ale nazwał bym to raczej porządnym napieprzaniem w drzwi.
- Wejdź, jeśli chcesz.
- Co ty tu wyrabiasz!? Jest piętnasta!
- Która!? - Zerwałem się na równe nogi. Trochę czas mi przeminął na tym całym oglądaniu. Dobra. Czas wyjść z domu. - Mam wielką nadzieję, że nic nie ugotowałaś.
- Głupek! - Uderzyła mnie.
- Za co?
- Nie denerwuj mnie. - Zapomniałbym czemu.
- Pójdziemy do baru. Dowiedziałem się, że właściciel, czyli Shizui jest odwrotnością ciebie w kuchni. Z głodu nie pomrzemy. - Zaśmiałem się jej prosto w oczy. - Przestań mnie bić, bo nie otrzymasz prezentu!!!
- Jakiego!? - Uspokoiła się i zrobiła maślane oczka. Co za szybka zmiana zachowania.
- Wiedziałem, że jesteś materialistką. Proszę. Od rodziców.
- Ładny. - Popadła w zachwyt.
- Eh. Niestety od dzisiaj muszę się do ciebie przyznawać przy ludziach. - Moja kostka poczuła srogą zemstę za to zdanie. - Noa!!!
Z buta znaleźliśmy się tam po około dwóch godzinach. Zamówiłem coś do żarcia i uzgodniłem obecność siostry. Do picia jedynie dwa litry czystej oraz drink dla młodszej. Już zaczęła lecieć imprezowa muzyka oraz powoli zbierali się ludzie. Coraz mniej kanap ze stolikami było wolnych.
- Wy na prawdę chcecie to wypić? - Zdziwiła się. Hehe. My tym bardziej jej zdziwieniem.
- Młoda. To, że po ostatnim razie nie pamiętasz co się działo to nie oznacza, że możesz zadawać takie głupie pytania, a odpowiedź brzmi. Tak, chcemy to wypić. - Powiedział dumny Kyuu.
- Chlejusy.
- Nie, nie, nie. - Zaprzeczyłem szybko. - My zamierzamy to wypić kulturalnie, nie jak żule z pod sklepu czy inni tego typu ludzie. Po kieliszku do celu. Siedzimy tu ile możemy i się bawimy.
- Ja was nie odprowadzam.
- Skończy się tak, że to prędzej my odprowadzimy ciebie. Tylko wiesz. Byś nie była wtedy jak zwłoki, bo nieść to nie wiemy czy nam się uda.
- Gadajcie zdrów. Nic takiego się nie stanie.
- Naruto. Zakładamy się po jakim czasie odpadnie?
- Z chęcią. Stawiam po sześciu godzinach.
- Eee. Po czterech.
- Czemu tak sądzisz futrzaku? Myślisz, że jestem gorsza?
- Nie mówię o tym. Przy mojej teorii uwzględniłem twój stan emocjonalny, ilość pożywienia które zjesz, twoją wagę, krew oraz jakość alkoholu. Mam jeszcze coś wymienić?
- Pierdol się.
- Ej, ej, ej! Lepiej życz to bratu, a nie mi. - Czemu to ja muszę być jego jinhuuriki?
- Uznam, że tego nie słyszałem, a tym czasem chce wznieść toast za samego siebie, bo się do tego nie rwiesz.
- Sorka, ale w takim razie wyjaśnisz nam coś zanim zaczniemy gadać od rzeczy.
- Czy przed tobą się nic nie ukryje?
- Nope.
- Uczysz się angielskiego? - Zapytałem zaciekawiony.
- Nie zmieniaj tematu. Gadaj co znalazłeś w paczce i co powiedział twój ojciec.
- Zacznijmy od zwoju. - Wyjąłem go na stół, lecz nie rozwinąłem. - Jest to zaproszenie do wzięcia udziału w pewnym, dość niezwykłym turnieju. Wspomnę o tym, że mogę z niego nie wrócić.
- O czym ty mówisz? - Słyszałem w jej głosie troskę.
- Jest niebezpieczny. Turniej ten to nic innego jak walki shinobi jeden na jednego. Będą tam sprawdzane wszystkie aspekty wychowania klanowego pod względem umiejętności.
- Ale chyba nie musisz się na to godzić?
- Tak i nie. Jeśli odmówię obmyję hańbą nasz klan. W dodatku mam pewne sprzeczne przemyślenia. Ojciec, który także brał udział w tym wydarzeniu dokładnie dziesięć lat temu, powiedział, że to ja zostałem wybrany na reprezentanta klanu Namikaze. Jednak dostałem dwie opaski, gdzie na drugiej znajdują się dwa symbole. Jak się możesz domyślić, jeden to od klanu mamy.
- Więc?
- Mam przeczucie, że jeszcze nie została podjęta decyzja odnośnie mojej osoby. Noa. Należymy do dwóch klanów jednocześnie. Możliwe, że zmierzę się z własną rodziną. - Nie widzi mi się taka walka.
- To najwyżej poobijasz wujka, czy kuzyna. W takich sprawach mówi się trudno. Chcesz być reprezentantem? To zacznij się godnie zachowywać i nie myśleć o tym. Wiem, że to durnie brzmi, ale taka jest prawda. Z pewnością ojciec powiedziałby ci to samo co ja teraz. O broni nie musisz już opowiadać. Ogarniamy, że jest ostra. A teraz zacznijmy pić, bo nas wieczór zastanie.
- Dobra. Na dzisiaj o tym zapomnę.
- W takim razie wznoszę toast za najbardziej upartego skurczybyka jakiego mogłem poznać. - Przechyliliśmy kieliszki i pochłonęliśmy ich zawartość. Coś tam popaliło w gardło, ale można było pić bez popity.
Dwie butelki później.
- No nie bądźcie tacy sztywni!
- Noa. Nie raz ci to mówiłem, ale powtórzę jeszcze raz. Nie umiem tańczyć. Po drógie. Nie lubię takich imprez jaka rozpoczęła się tu kilka godzin temu.
- No bądź człowiekiem. Nie wydurnisz się. A co do umiejętności z pewnością jesteś lepszy ode mnie.
- Moja odpowiedź brzmi, nie.
- Egoista. To dlatego żadna cię nie chce.
- Nie tym tonem! - Wstała i poszła w tłum. - Noa! Wracaj tu! Eh. Co ja z nią mam. - Oparłem się plecami o oparcie.
Nalałem kolejną już, ostatnią porcję alkoholu do kieliszka. Gdzie ten lis? Miał załatwić trzecią butelkę a nie całą gorzelnię. Już chciałem wypić, gdy ktoś się do mnie odezwał.
- Napiłeś się już? To możesz spadać. - Wszystkiego mógłbym się spodziewać, ale to zaskoczyło mnie doszczętnie. Spojrzałem w prawą stronę. Jakiś gostek chyba do mnie skacze. W tym kraju to już nawet napić się nie można na spokojnie!
- Znamy się? - Odparłem spokojnie, chociaż wewnątrz zaczęło się we mnie kotłować. Pewnie alkohol zaczął robić swoje.
- Po prostu wypierdalaj! - Stanęło za nim jeszcze pięciu.
- Chyba skorzystam z tej zacnej propozycji. - Wstałem nadal mając kieliszek w lewej ręce. Koleś i jego kumple uśmiechnęli się do siebie. Oparłem się o stół, gdyż trochę kręciło mi się w głowie. - Albo jednak odmówię. Za to możecie przynieść mi kolejną butelkę. - Ich miny były bezcenne.
- Miałeś wypierdalać! - Wściekł się.
- I odpowiedziałem ,,może". A teraz ci muszę chyba jaśniej wyjaśnić, bo twój mózg nie łapie o co chodzi. Nie odstąpię wam tego stolika. Zrozumiałeś, czy twoje przydupasy mają to bardziej sprostować? - Podszedłem bliżej niego.
- Koniec dobroci! - Tak przewidywalne zachowanie, że aż szok.
Koleś wyprowadził prawy prosty skierowany idealnie w moją głowę. Bez zbędnego myślenia zrobiłem unik w lewą stronę delikatnie przekręcając się na stopie. Następnie zacisnąłem pięść i szybkim ruchem wyprowadziłem kontratak moją silniejszą ręką. Trafiłem w jego policzek, aż jego skóra stworzyła na milisekundy kilka dość dużych fałd. Poleciał do tyłu i upadł pod nogami kolegów. Chyba go znokautowałem.
- Ups. - Powiedziałem i wypiłem mój kieliszek. Uderzyłem nim o stół tym samym odstawiając go. Poczułem się dość pewnie. Nie stanowili oni godnych przeciwników. Przekręciłem swój kark, by nieco go rozciągnąć. Moje oczy samoistnie zmieniły zabarwienie jak i wygląd. Nie mam na to wpływu. Nawet najmniejsze emocje umieją uaktywnić je i dać w ten sposób możliwość lepszej oceny sytuacji. Chciałbym to kontrolować, ale nie wszystkie życzenia się spełniają. - Dobra! Mam jeszcze komuś przetłumaczyć, dlaczego nie oddam miejscówki, czy wszystko wyjaśnione!?
Poskutkowało. Wzięli pod ramię tego pajaca i zniknęli z moich oczu przez które lekko się wystraszyli. Usiadłem z powrotem na miejscu. Czakra nadal działała, dzięki czemu mogłem usłyszeć wszystkie szmery dotyczące mojej osoby. W sumie nic dziwnego. Właśnie powaliłem starszego kolesia bez żadnego wysiłku. Jednak po kilku słowach tej rozmowy straciłem możliwość jej podsłuchiwania.
- Co to za typ? Wiem, że łazi ze mną do grupy, ale nigdy się nie odezwał. - Spytał młodszy z Uchihów swego brata. Akurat jego ekipa także szukała miejsca, by spędzić przyjemnie wieczór. Stali teraz przy barze.
- Naruto. Tak ma na imię. - Odpowiedział Itachi myjąc szklanki.
- A na nazwisko?
- Co taki ciekawski się zrobiłeś braciszku? Zaimponował?
- Chyba głupotą. - Odpowiedział ironicznie. - Doskonale zdajesz sobie sprawę z tego, że facet, którego zlał, jest synem ważnej szychy w szarej strefie. Już wydał na siebie wyrok.
- Może i masz rację.
- O czym gadacie!? - Stanął obok Sasuke, blondyn z długimi włosami.
- O nim. - Wskazał na mnie.
- I co w nim niezwykłego? Ja też dałem w pysk bratu Saski.
- I gdyby nie ona i jej dobre kontakty, to byś stracił coś więcej niż tylko lewe oko.
- Nie wspominaj. Po prostu jest to pospolita ciota nie mogąca nigdy załatwić niczego samemu. Hm.
- Pytałeś o nazwisko.
- No. Powiesz czy mam zgadywać do usranej śmierci.
- Namikaze. - Zrobili większe oczy.
O tak. Nic dziwnego. W świecie zwykłej ludności to nazwisko doskonale kojarzy się z dwóch powodów. Po pierwsze moi rodzice są ambasadorami. To dzięki nim nasz kraj podpisał jedną z lepszych umów zanim dostali te posady i wyszedł na tym bardzo korzystnie. Drugą sprawą jest pewna stara legenda. Tak. Mamy własną legendę. Mówi ona o tym, że niektórzy członkowie naszej rodziny są za młodu opętywani przez demony i powoli stają się nimi. Takie osoby mają podobno przynosić klęski żywiołowe, nieszczęścia, choroby, katastrofy i wszystko co złe na tym świecie. Dlatego nie znoszę się przedstawiać.
Obok nich stała zakapturzona postać, która wypiła swój kieliszek i spojrzała w moim kierunku.
- W końcu znalazłem to, czego szukałem.
~~~~~~~~~~~~~~~~
Małe pytanko na koniec. Czy wyjustowany tekst lepiej wygląda na wszelakich urządzeniach na których czytacie? Wiem także, że jest problem z wersją na telefonie, gdyż polskie znaki typu ,,ć" są mniejsze od pozostałych liter i już szukam nowej czcionki dostępnej tutaj.
Story by Mess
Hej,
OdpowiedzUsuńto świętowanie urodzin, jestem ciekawa kto wygra ten zakład Naruto czy Kyuu, och komu to Naruto przywalił?
Dużo weny życzę...
Pozdrawiam serdecznie Basia
Hej,
OdpowiedzUsuńwspaniały rozdział, jestem bardzo ciekawa kto wygra ten zakład Naruto czy Kyuu... komu to Naruto przywalił?
Dużo weny życzę...
Pozdrawiam serdecznie Aga
Hejeczka,
OdpowiedzUsuńwspaniały rozdział, zastanawiam się kto będzie zwycięzcą zakładu Naruto czy Kyuu... ale komu to Naruto przywalił?
Dużo weny życzę...
Pozdrawiam serdecznie Iza