Oi minna! Przed wami prezentuję kolejną część z serii ,,Normalność" (Tak, nadal nie wymyśliłem nowego tytułu ^^", ale z pewnością to kiedyś zrobię. Może gdy akcja się rozwinie to przyjdzie mi coś fajnego do głowy.). Myślę, że charaktery poszczególnych osób wyszły mi w miarę dobrze albo mam jedynie takie przeczucie ;/. Cóż, czekam na krytykę :P.
~~~~~~~~~~~~~~~~
- Pusty kieliszek to nic dobrego na własnych urodzinach. - Podniosłem głowę na nieznajomą, zakapturzoną postać, ciągle bawiąc się kieliszkiem poprzez obracanie go w palcach. Po głosie domyśliłem się, że to mężczyzna. Ubrany całkiem na czarno trzymał przed sobą pokrowiec na gitarę.
- Czego? Kolejny chętny do bitki? - A chciałem przyjemnie spędzić czas.
- Niezwykłe oczy. - Zaczyna nie podobać mi się ten koleś. Jednak rzeczywiście, nadal nie zmieniły swojego koloru.
- Masz coś konkretnego? Jak nie to spieprzaj. - Mam dość tej gadaniny. Jeśli się nie odczepi przywalę mu jak tamtemu.
- Ty na prawdę mnie nie poznajesz. - Zaśmiał się, a ja zacząłem główkować. Powietrze zgęstniało. Znam to uczucie zbyt dobrze. Zwiększył wydalanie czakry ze swego ciała. O cholera. Jego w tym miejscu się nie spodziewałem. Chwycił ręką za kaptur i powoli go zdjął. Ujrzałem długie czerwone włosy i dość wyjątkowy element jego wyglądu, którym są oczy. Falisty, fioletowy wzór obejmował całą gałkę oczną.
- Następnym razem nie rób takich podchodów. - Uścisnęliśmy się i poklepaliśmy po plecach.
- Jak tam się żyje bracie? - Zapytał i usiadł na wolnym miejscu na przeciwko mnie.
- Cioteczny. - Dopełniłem formalności związanych z naszym pokrewieństwem.
- Jeden chuj. Widzę, że się dobrze bawisz.
- Ta. Ubaw po pachy. A jak się żyje? To chyba proste. Nuda, klony zaganiam do nauki, chlanie i czasami trzeba utrzeć nosa jakiemuś idiocie. - Pokrótce streściłem swoje życie trwające przez ostatnie kilka lat odkąd ostatni raz się widzieliśmy.
- No nie może być aż tak źle. - Zaśmiałem się znacząco i po sekundzie przestałem.
- Jest. Mam dosyć niańczenia siostry. Nic nie umie sama zdziałać. A nie. Przepraszam. Jest pewna rzecz którą opanowała do perfekcji. - Zaciekawiłem go tym, ale po odpowiedzi uśmiechnął się głupkowato. - Wydawanie pieniędzy.
W tym momencie zauważyłem, że Kyuu zaczął wracać do naszego stolika. Gorszego momentu chyba nie mógł wybrać. Rodzina od strony matki nie może dowiedzieć się, że wychodzi ze mnie kiedy tylko chce. Jest to dosyć skomplikowane, ale muszę uszanować decyzję ojca. Szybko skontaktowałem się telepatycznie z lisem.
- Wracaj do mnie. Chyba wiesz o co mi chodzi?
- Kurwa! Chciałem dziś pobić rekord osobisty. Nie możesz go spławić?
- Kyuu!!!
- Dobra, dobra. Zniknę gdzieś, gdzie nikt tego nie zaobserwuje. - Oddalił się w stronę łazienki. Nieee!!! Zapomniałem!!! Miał przynieść wódę!!! Kurwa!!!
Podłamałem się na duchu.
- Pozwalasz jej pić alkohol? Eee. To tylko drink. - Szybko otrząsnąłem się i spojrzałem na niego. Odstawił szklankę i machnął ręką. - A jeśli jesteśmy już w temacie. To napijemy się? - Kocham go! Zza bluzy wyciągnął cały litr przezroczystego szczęścia.
- Wiesz, że nie mogę odmówić.
- Ale najpierw obejrzyj to. - Podał wcześniej trzymany futerał. Wziąłem i położyłem na stoliku. Otworzyłem klamry po obu stronach. Moim oczom ukazała się przepiękna klasyczna gitara.
- Dzięki. Jednak wzór lisa mogłeś sobie odpuścić.
- Idealnie on do ciebie pasuje, a nie miałem innego pomysłu na udekorowanie jej. Prosta także nie mogła być, więc sam wiesz. - Wiem to doskonale.
- A tak poza tym. Co cię tu sprowadza? - Nalałem do kieliszków wódki.
- Od razu do konkretów? - Uśmiechnął się tajemniczo. - Jeden z nich powinieneś znać chociażby z dzisiejszego obwieszczenia od rodziców. - Czyli po to tu przybył. - Ja też dowiedziałem się o tym w autokarze. Drugim powodem dla którego tu jestem to muzyka. Dziadek otworzył studio na drugim końcu miasta, a ja jeszcze się u niego uczę i musiałem przyjechać za nim.
- To ile ci zajmie opanowanie wszystkim powstałych instrumentów na tym świecie? Z tego co kojarzę zacząłeś naukę w wieku bodajże dziewięciu lat.
- Pozostało mi drugie tyle. - Odpowiedział przybity.
- Powodzenia. Ja mam pięć lat i w końcu będę mógł robić co mi się żywnie podoba.
- Zapomniałbym! Przybędzie jeszcze ktoś.
- To mów.
- Konan. - Otworzyłem szerzej oczy.
- Na poważnie?
- Yhym. Zapisała się na sztuki piękne czy jakoś tak.
- To kiedy tu będzie? - Popatrzył na mnie zmieszany. - Stary. Wystawiaj kawę na ławę jasno i wyraźnie, a nie zakrywasz się różnymi opowiadaniami i moimi urodzinami. Mam wam zapewnić lokum? Zgadza się?
- Eh. Rozgryzłeś mnie. - Podrapał się po głowie i cicho zaśmiał.
- No bo po jaką cholerę przyjechałbyś tu, by tylko i wyłącznie złożyć mi życzenia? Nie ze mną takie numery. Oczywiście. Nie gniewam się za takie próby. I tak zgodził bym się natychmiast, więc nasza kochana Konan mogłaby się w końcu pokazać, a nie chować się za filarem.
- Mówiłam ci, Nagato. Niepotrzebne podchody. - Zmieniła się z wyglądu. Urosła tu i tam. Nie nosiła już spódnicy, a czarne jeansy i tego samego koloru bluzę. Domyślam się, że koszulka też taka jest. Jeszcze ma założone buty na lekkim obcasie i małą torebkę. Włosy jakie były takie są, granatowe, średniej długości, prawie sięgające do ramion. I oczywiście jeden element, który przyciąga wzrok. Jest nim biały kwiat przypięty do włosów, zrobiony z kartki do origami. Nigdy się z nim nie roztaje. To pamiątka po mamie.
Ale wyczuwam, że nie zmieniła się z charakteru. Od śmierci rodziców nie ukazuje krzty uczuć bądź emocji. ,,Jest jak zimny, kamienny posąg, który nie zostanie zmieniony przez setki lat". Tak mówił ojciec, gdy rodzina Uzumakich przygarnęła ją w wieku dwunastu lat. Jednak ja jestem wciąż wstanie wyczuć te wszystkie emocje nią szargające. Skrywa je głęboko w sobie, niczym pod pieczęcią. Jako dzieciak odkryłem to przez przypadek. Umiem je rozpoznawać dzięki czakrze Kyuubiego. Może gdybym wszedł wtedy do jej domu, nic by się nie wydarzyło, a dzisiaj cieszyłaby się pełnią życia. Nie zapomnę tego wydarzenia do końca swoich dni.
~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~
Kolejny ranek i kolejna pobudka o szóstej rano. Niechętnie otworzyłem oczy i spojrzałem na mamę stojącą nade mną z budzikiem w ręku. Miała pretensje o to, że ustawiłem dzwonek o godzinę później niż było to zamierzone. Nie słuchając za bardzo co do mnie mówi zdjąłem kołdrę i usiadłem na brzegu łóżka. Powoli wstałem. Nawet kilkugodzinny odpoczynek nie pomógł moim mięśniom i narządom wewnętrznym w regeneracji. Ciągle odczuwałem przeszywający ból w wielu miejscach. Gdy mama wyszła skierowałem się w prost do łazienki zlokalizowanej na korytarzu pierwszego piętra, wcześniej zabierając świeże ciuchy. Szybki prysznic, mycie zębów, kolejna piżama do brudów. Po dziesięciu minutach, ubrany w białą koszulkę na ramiączka, czarne spodnie i sandały, byłem gotów na kolejną harówkę z moją rodziną. Zszedłem na dół po schodach wprost do wielkiego salonu, który był największym pomieszczeniem w całym domu klanu Uzumaki. Ja, siostra, mój tata, dziadek i babcia byliśmy tylko gośćmi w tej rezydencji. Była to podobno tradycja, by nasze dwie rodziny spędzały wakacje razem, dlatego wszyscy, którzy pracują biorą wolne na dwa tygodnie, by spędzić miło czas z bliskimi. Dla mnie to obojętne, gdyż i tak siedzę tu całe dwa miesiące, po ukończonej już szóstej klasie.
- Naruto. Podejdź no na moment. - Podszedłem do dziadka, siedzącego przy ogromnym stole, a ten spojrzał na moją rękę. - Już coraz lepiej. Rana szybko się wygoiła. Pewnie to zasługa czakry Kyuubiego, a także genów po matce.
- Z pewnością masz rację, ojcze. - Mój tata kończył swoje śniadanie. Zaraz zacznie się mordęga. - Naruto. Siadaj i zjedz coś. Z pewnością jesteś bardzo głodny po wczorajszym.
- To dzisiaj nie ma treningu? - Zapytałem zaskoczony.
- Dzisiaj robimy sobie przerwę. Muszę coś załatwić i nie mam dla ciebie wystarczającej ilości czasu.
- To ile wczoraj skoków czasoprzestrzennych zrobił? - Znów odezwał się najstarszy z rodziny Namikaze.
- Całe siedem, po czym stracił przytomność. Jednak obyło się bez większych komplikacji. Nie jak za pierwszym razem. - Był to atak Minato na swego ojca, bo to on nakłonił go do rozpoczęcia mojego treningu w tym roku. Zacząłem jeść jakąś kanapkę i przysłuchiwałem się im z zainteresowanie.
- Przepraszam cię bardzo, ale doskonale wiesz, że rozszczepienie ciała to normalna kontuzja podczas rozpoczęcia treningu naszej techniki. Ja ją miałem, ty i on także. Nic temu nie podołasz. Pogódź się z tym synu.
- Pogodziłem, lecz nadal boję się go puścić, by wykonał jutsu samodzielnie, bez mojej pomocy.
- To nie puszczaj do puki nie będziesz miał stu procentowej pewności. Ja cię puściłem w wieku czternastu lat. On ma nadal dwanaście, więc z pewnością jest za wcześnie, chociaż i tak idzie mu zadziwiająco szybko. - Nie powiem. Lubię takie pochwały jak ta.
- Mogę pójść z Nagato na dwór? - W końcu zapytałem po skończeniu śniadania.
- Tak. Wyszedł z pół godziny temu, więc powinien kręcić się gdzieś w pobliżu.
- Dzięki! Pa! - Wstałem i pobiegłem w stronę wyjścia.
- Tylko wróć na kolację! - Pokazałem kciuk w górę do tyłu, nie zatrzymując się ani na chwilę.
- Znowu pozwalasz mu się szlajać do nocy? - Kushina miała w tej chwili dość sporo pretensji do męża. Dla niej nadal był oczkiem w głowie.
- Jest na tyle duży, by poradzić sobie ze wszystkim co napotka. Nie mogę trzymać go pod kloszem, gdy jest zamknięty w sobie i nie znalazł żadnych przyjaciół oprócz tej dziewczyny z sąsiedztwa.
- Tak, ale musisz pamiętać, że nadal przychodzą mu do głowy różne, głupie pomysły.
- To chłopak. - Wtrącił się ojciec Minato do rozmowy. - My tak po prostu mamy.
- To nie tłumaczy tego, że wsadził palec...
- To było sześć lat temu. - Domyślił się co żona chce znowu przytoczyć i oparł się o krzesło załamując ręce. - Teraz jest dojrzalszy i mądrzejszy.
- Obyś miał rację.
Po dziesięciu minutach biegu w stronę lasku, dzielącego dwie posesje, dotarłem w nasze ulubione miejsce spotkań. Była to mała ziemna polanka otoczona krzewami i drzewami. Można była z niej wejść tylko z dwóch stron, no chyba że zeskakiwałeś z jakiejś gałęzi. Rozejrzałem się dokoła, nikogo nie widząc, gdy z mojej lewej naleciał pewien obiekt. Złapałem go w dłoń. Okazało się, że była to butelka soku wieloowocowego.
- Nieźle. Jednak te wasze ćwiczenia dają niezłe rezultaty. - Był to Nagato, który ujawnił się zza kamienia.
- Dają za to porządnie w kość.
- To pokażesz mi to słynne Hiraishin no jutsu?
- Nie mogę. - Odpowiedziałem smutny.
- Niby czemu? A może nie chcesz? - Rzucił oskarżenie w moją stronę.
- Chciałbym, wierz mi, ale zabroniono mi używać go samemu. Na chwilę obecną mogę tylko z tatą.
- Trudno. Może następnym razem.
- Za to mogę pokazać te dwa treningowe kunaie, które służą do teleportacji. - Wyciągnąłem z małej kabury i podałem mu je.
- Fajne. Pieczęć wiem po co służy, ale te dwa ostrza po bokach nie wiem czy są potrzebne.
- Łatwiej odróżnić i dają większą ilość możliwych ataków do przeprowadzenia. Przynajmniej tak mi powiedzieli. - Oddał je i odwrócił się plecami w moją stronę.
- Idziemy. Trzeba po kogoś pójść.
- W końcu! - Powiedziałem to z ekscytacją w głosie.
- Podoba ci się nasza Konan? - Znieruchomiałem i zaczerwieniłem się, a on prawie wybuchnął śmiechem na ten widok.
- Mógłbyś nie zadawać tak durnych pytań!?
- Przepraszam. Nie dziwię ci się. Też ją lubię. Jako jedyna wprowadza do tej grupy rozsądek. A to, że nie zaprzeczyłeś to oznaka, że trafiłem w sedno. Hahahaha. Uff. Już się uspokajam.
- Głupek.
- Nie no, nie obrażaj się.
- Nie obrażam się, tylko mówię jak jest. Czemu w ogóle tak pomyślałeś, że mi się ona podoba?
- Tak jakoś. - Nie chciał już ciągnąć ze mną tego tematu. Natychmiast to odczytałem z jego mimiki. - Chciałbym nas zaprowadzić w pewne miejsce, które myślę, że w końcu odnalazłem.
- To o którym mówili twoi rodzice?
- Yhym. Dwa dni temu zupełnie przez przypadek natrafiłem na starą ścieżkę prowadzącą w pobliskie góry. Wyglądała tak jak z opisów. Już początek wydawał się trudny.
- Ale damy sobie radę.
- No pewnie. My nie podołamy? Nie ma takiej opcji.
Pół godziny później znaleźliśmy się przed białym, jednorodzinnym domu. Zapukaliśmy i po chwili otworzył nam mężczyzna.
- Dzień dobry. Czy jest Konan? - Zapytał czerwonowłosy.
- Tak. Już ją wołam. - Zniknął w drzwiach zostawiając je otwarte i skręcił do pokoju. Słychać było kilka zastrzeżeń ze strony jej ojca: - Nie wygłupiajcie się zbytnio. Nie róbcie nic niebezpiecznego, nie bawcie się technikami oraz masz wrócić na obiad.
- Tatooo! Słyszę to dzień w dzień. - Po głosie stwierdziliśmy u niej lekką irytację.
- To chyba dobrze, że się o ciebie troszczę?
- Zaczekaj chwilkę! - Tym razem były to słowa jej mamy, którą lubimy, gdyż hojnie rozdawała łakocie. - Nie zjadłaś śniadania. Zapakuję ci coś na drogę. Zrobicie mały piknik. Nie patrz się tak na mnie. Może teraz nie jesteś głodna, ale później kto wie?
- Dobrze, dobrze. Daj mi ten koszyk.
- To baw się dobrze. Pa.
- Pa. - Wyszła uradowana, że wszystko tak szybko się skończyło. Na zewnątrz ujrzała nas, leżących na schodach.
- Nie udawajcie, że śpicie. Wcale nie trwało to aż tyle.
- Tylko dwadzieścia minut. - Nagato spojrzał na zegarek, wstając i otrzepując spodnie z piasku. - To i tak rekord!
- To następnym razem ja przyjdę po ciebie. Zobaczymy po ilu minutach zejdziesz. - Udała obrażoną i odwróciła się do niego plecami.
- Natychmiast. - Odpowiedział śmiejąc się.
- Wasze sztuczne sprzeczki zaczynają być troszkę nudnawe. Daj. Poniosę koszyk za ciebie. - Wyciągnąłem po niego rękę i uśmiechnąłem się szczerze.
- Nie dawaj mu go. Myśli tylko o słodyczach, które tam z pewnością są.
- Przykro mi, ale nie trafiłeś. Ja w przeciwieństwie do ciebie jestem lepiej wychowany i staram się to prezentować. A to, że jako pierwszy wspomniałeś o zawartości, mówi wszystko za siebie.
- Hihihi. - Parsknęła śmiechem. - A sam przed chwilą mówiłeś coś o kłótniach.
- Czasami się po prostu inaczej nie da. - Westchnąłem i pokiwałem głową z dezaprobatą.
- To co robimy? Bo chyba nie przyszliście dzisiaj tak wcześnie rano tylko po to, by mnie zobaczyć.
- Yyy... Hehehe, no więc... - Nie wiedzieć czemu zacząłem się jąkać.
- Naruto jest tak w ciebie wpatrzony, że nie może już poprawnie uformować zdania. Najwidoczniej jego mózg się przegrzał. - Czy mogę go już uciszyć? Zaczyna mnie denerwować.
- Niby czemu? - Uff. Nie skapnęła się o co mu chodzi. Szybko podbiegłem do niego i zakneblowałem mu usta.
- Przez nic. - Chyba mi nie uwierzyła. Oczywiście nie spodziewałem się tego, że Nagato wykona pewien, znaczący gest małym, uniesionym w górę palcem.
- To prawda Naruto? - I co ja mam jej niby odpowiedzieć oprócz tego, że jest ładna. Cholerny Nagato. Znowu mnie wpakował w niezłe tarapaty.
Zacząłem się pocić, a oczy poruszały się we wszystkich kierunkach szukając zgubionych myśli. Przy okazji zacząłem dusić ciotecznego brata, gdy zauważyłem że jeszcze chciał coś dopowiedzieć.
- To pobawmy się w dom! - Wykrzyknęła i wyszarpnęła moją rękę z pod szyi członka rodziny. Do drugiej dała mi koszyk. - Ja będę mamą, Naruto tatą, a ty Nagato dzieckiem.
- Czemu ja!? - Ewidentnie nie pod pasował mu ten podział ról.
- Bo jesteś nieznośny, rozrywa cię energia, paplasz zanim pomyślisz i wyglądasz jak dziewczynka. - Te słowa najpewniej odbijały się dość długo w jego głowie niczym echo, gdyż nawet nic nie odpowiedział na moją docinkę:
- Chodź córuniu. Trzeba ci przewinąć pieluchę. Mogłabyś w końcu z nich wyrosnąć. Masz już dwanaście lat.
Kilka godzin później wracaliśmy z powrotem:
- Trzeba będzie skombinować sprzęt wspinaczkowy. Samą czakrą tam nie wejdziemy. - Powiedział Nagato.
- Mógłbym poprosić tatę o pomoc w tym zadaniu, ale wszystko w tajemnicy przed mamą. Nie chcę wiedzieć jakby zareagowała na ten pomysł. Brr. - Otrząsnąłem się.
- To chyba nie dzisiaj. Zobacz co mamy nad głowami. - Spojrzeliśmy w niebo. Całe spowite były ciemnymi chmurami. Nawet się błysnęło. - O! Czyżby Naruro zniknął? A nie. To tylko najzwyklejsza błyskawica. Hahaha.
- Zamknij się. - Wyczułem ten atak skierowany w moim kierunku. - Pora wracać do domu. Odprowadzimy cię Konan, a potem sami się zmyjemy.
- Poradzę sobie.
- Nie wątpię, ale kiedyś obiecaliśmy twemu ojcu, że za każdym razem będziemy cie odprowadzać pod same drzwi.
- Taaa. Parę godzin nam tłumaczył konsekwencje jakie by nastąpiły, gdybyśmy cię nie upilnowali.
- Cały tata. - Pokręciła głową z niedowierzaniem.
Następne minuty spędziliśmy rozmawiając o jutrzejszym dniu. Zaczęło padać i grzmieć. Z jasnego i gorącego popołudnia zrobiło się ciemno i zimno. Zatrzymaliśmy się po dość długim biegu pod dachem jej domu.
- Może przeczekacie burzę u mnie? - Zapytała z troską w głosie.
- Nie trzeba. I tak jesteśmy przemoknięci do suchej nitki. - Odpowiedziałem szybko.
- To jutro o tej samej porze?
- Jeśli Naruto wstanie to tak. W przeciwnym wypadku przyjdę bez niego.
- Zapomniałeś, że jutro nie mogę? Mam trening, a że dzisiaj nie ćwiczyłem to znaczy tylko jedno. Będę jak zombie po podwojonym wysiłku.
- To tylko ja się zjawię.
- Nie ćwiczycie razem? - Zdziwiła się tą informacją.
- Nie. Ja ćwiczę techniki klanu Namikaze, a Nagato Uzumaki, chociaż pochodzę z niego także i mógłbym, ale komu by się chciało?
- Nadal was nie wyśledziłem. Mógłbyś przynajmniej mnie naprowadzić na jakiś trop.
- Mówiłem ci już nie raz. Nie mogę wyjawić tego miejsca.
- Ale czemu!?
- Bo to tajemnica! Zrozum to wreszcie!
- To do zobaczenia. Może jednak uda ci się przyjść. - Uspokoiliśmy się niemal natychmiast. Usłyszałem nutkę smutku w jej głosie. Odkrzyknęliśmy i odprowadziliśmy ją wzrokiem do drzwi, które po sekundzie się zamknęły.
- Eh. No to w drogę. - Stwierdził i ruszyliśmy żwawym krokiem w stronę naszego domu. Moje włosy oklapły od ciężaru deszczu przysłaniając mi widok na świat.
- Jak ty możesz przez to patrzeć? - Spojrzał na mnie. Chyba zabrakło mu słów, ale za to wybuchł śmiechem.
- Cały czas tak nie chodzę. Odgarniam je na boki, ale w pewnych momentach wracają do takiego stanu jaki teraz prezentujesz.
- Tragedia. - Powiedziałem co mi przyszło pierwsze na myśl.
- Nooo, trochę. - Nie wierzę. Zgodził się z tym.
- To czemu ich nie zetniesz?
- A ty czemu nie zapuścisz?
- Dobra. Wygrałeś.
- Ja zwykle, gdy... - Kazałem mu ucichnąć.
- Słyszałeś? Tak jakby strzał.
- Pewnie piorun gdzieś w okolicy przywalił.
- Nie. Grzmot jest dłuższy i nie ciągły, a to było zbyt krótkie.
- Myśliwi? Znowu ich przywiało?
- To dochodziło z domu Konan.
- Przesłyszałeś się.
- Jestem pewien, że słyszałem strzał. Mam o wiele lepiej rozwinięte zmysły niż ty.
- Znowu to samo.
- Jak nie wierzysz to zostań. Ja idę to sprawdzić.
- Uparty jak zawsze. Mógłbyś w końcu posłuchać kogoś innego niż... - Znowu nastąpił strzał, lecz tym razem głośniejszy. - Dobra. Wierzę ci.
Wróciliśmy do niej pod dom najszybciej jak to tylko było możliwe. Zastaliśmy otwarte drzwi, chociaż byliśmy przekonani, że je zamykała. Weszliśmy powoli do domu i skierowaliśmy się w stronę kuchni. Właśnie z niej doszły nas głosy mężczyzn.
- Gdzie są inni shinobi!? Gadaj psie! - Znów nastąpił strzał oraz krzyki dziewczyn. Sami na ten dźwięk podskoczyliśmy.
- Dobrze. Powiem, lecz obiecajcie, że mojej córce się nic nie stanie. - Skradaliśmy się tuż przy ścianie.
Doszliśmy do wejścia. Nagato przeszedł po ścianie, nad wejściem i stanął przy drugiej ścianie. To co zobaczyłem wzburzyło we czakrę. Gniew zaczął mnie ogarniać. Na podłodze płynęła stróżka krwi. Spojrzałem głębiej. Na podłodze siedział ranny ojciec Konan. Ona sama wtulona była w mamę i siedziała przy kuchence.
- Oczywiście. Umrze szybciej niż ty. Obiecuję ci to mutancie. - Przy celował mu w głowę i nacisnął spust.
Sekundę później osunęła się także na ziemię jej mama postrzelona w serce. Płakała żegnając się z córką:
- Bądź silna Konan. Nie przejmuj się nami. Nasz czas nadszedł. Bądź grzeczna. Ucz się pilnie. Jesz regularne posiłki i... i... chyba ktoś po ciebie przyszedł. - Tak. Miała na myśli mnie stojącego za napastnikami. Podała jej kwiat zrobiony z papieru i zamknęła oczy, tracąc oddech.
Krwistoczerwona czakra otoczyła moje ciało, ale nadal było widać moją twarz. Oczy zmieniły swój wygląd. Włosy uniosły się, wydłużyły się kły i paznokcie, a rysy twarzy wyostrzyły się.
- Na-Naruto? - Wydukała przez łzy.
- Zabiję was!!! - Wypowiedział to demon uwięziony we mnie, moim własnym choć trochę chropowatym głosem.
- Czyli jest ich więcej. Nawet sami przychodzą. - Powiedział to jeden z mężczyzn wyglądał na około czterdziestu lat. Ubrany na czarno, miał na sobie kamizelkę przeciw kulową. Miał czarne włosy i ciemne okulary. Wymierzył we mnie pistoletem.
Strzelił, lecz nie trafił. Pojawiłem się na zewnątrz budynku z Konan i Nagato. Puściłem ich i wróciłem do środka. Wyciągnąłem kunai i wpadłem w szał. Strzelali do mnie coraz bardziej poddenerwowani. Mężczyźni po oddaniu do po całym magazynku musieli przeładować. Wykorzystałem ten moment i wbiłem w gardło swoją broń jednemu z nich. Następny zdążył jedynie mnie zadrasnąć w policzek, gdyż doskoczyłem do niego, przewracając go na podłogę i zacząłem wbijać w niego kunai raz po raz. Zaprzestałem dopiero, gdy ktoś zatrzymał moją rękę.
- Naruto. Starczy. - Był to mój tata. Popłakałem się od razu, gdy tylko czakra wróciła do wewnątrz mnie i wypuściłem kunai z dłoni. Drżały mi. Miałem na nich krew. Ukucnął przede mną i spojrzał w moje czerwone oczy. - Spokojnie. Postąpiłeś słusznie. Słyszysz? - Przytulił mnie i wziął na ręce.
Zabrali nas do naszego domu.
- Co do!? Co się tam stało!?!? - Cała rodzina akurat jadła obiad i zobaczyła nas, a przede wszystkim mnie. Zerwali się niemal natychmiast.
- Nie czas na wyjaśnienia. Musicie pójść ze mną, a nimi ktoś zaopiekować. - Tata, dwoje dziadków i wujek znowu zniknęli w żółtym błysku.
- Boże! Dziecko!? Co ci się stało!? - Nie odpowiedziałem nic. Byłem w szoku. Podobnie jak płacząca Konan. Tylko Nagato zachował resztkę mowy:
- Ktoś był w domu Konan. Dwoje mężczyzn. Zabili jej rodziców. Później Naruto nas teleportował poza dom i wrócił tam.
- Cali przemoczeni. Zaraz się pochorują. - Rozebrali nas z mokrych ciuchów, a babcia przybiegła z ręcznikami i kocami, owijając nas. - Jego oczy. - Dostrzegła je, chociaż nie było to sztuką. Wpatrzony byłem przed siebie pustym, demonicznym wzrokiem.
- Nie teraz mamo na te tematy.
Posadzili nas na kanapie. Z nami pozostała tylko ciocia. Reszta poszła do drugiego pokoju dowiedzieć się czegoś konkretnego od Minato:
- Rodzice Konan nie żyją. Będziemy wzywać policję. Jednak nie możemy mieszać w to naszych dzieciaków, dlatego powiemy, że to my ich załatwiliśmy. Alibi nasze to takie, że dobrze się znaliśmy i pomagaliśmy mu przez ten czas składać meble. Zszedł na dół i usłyszeliśmy strzały. Konan także musi mieć alibi, że była wtedy u nas. Dobrze? Przynajmniej nie będzie musiała przeżywać tego jeszcze raz. Jej zachowanie wyjaśnimy tym, że powiedzieliśmy o całym zajściu. A teraz dajcie mi z nimi porozmawiać. To bardzo ważne. - Wszedł do naszego pokoju. Ciocia bez słowa udała się do reszty. Przykucnął przy nas i zaczął rozmowę:
- Naruto. Nie martw się. Tak bywa. Pamiętaj. Postąpiłeś słusznie ratując Konan.
- Mogłem zareagować wcześniej, a nie patrzeć na to wszystko. - Wydukałem.
- Nie obwiniaj siebie. Zrobiłeś co mogłeś. To i tak cud, że nadal żyjecie. A teraz posłuchajcie mnie wszyscy. - Popatrzyliśmy się na niego. - Konan. Bawiłaś się podczas tego wszystkiego u nas z Naruto i Nagato. Przypuśćmy że w chowanego. Nagato szukał. Dowiedziałaś się o tym wszystkim ode mnie, gdyż skręcałem tam meble z twoim ojcem. Zrozumiałaś? - Kiwnęła głową. - Dzielna dziewczyna. Naruto oraz Nagato. Ani pary z ust. Mówicie, że bawiliście się z nią w tym domu. Nic więcej. Znaliście jej rodziców, więc wasze reakcje także zrozumie policja. Jednak Naruto musisz trochę bardziej zachowywać się normalnie. Najgorsze będą do ukrycia wasze oczy. Już wiem. Założycie soczewki z naturalnym waszym odcieniem. - Zamyślił się i wziął głęboki oddech. - Dobrze, więc stosujcie się do tego i nie rozmyślajcie o tym więcej. Wiem że to ciężkie, ale nie można się załamywać. Trzymajcie się.
Wstał i wyszedł z pomieszczenia pozostawiając nas samych.
Przez następne tygodnie wszystkich wypytywała policja, prowadząc śledztwo. Nagato i ja jakoś zaczęliśmy ,,normalnie" funkcjonować, ale Konan zamknęła się w sobie. Odpowiada tylko na pytania związane z jedzeniem lub innymi ludzkimi potrzebami. Gdy próbuję do niej dojść słowami to zbywa mnie milczeniem. Całe dnie przesiaduje w swoim pokoju. Rodzina od strony mamy postarała się o opiekę nad nią i dostała na to pozwolenie. Jest także pod kontrolą psychologa, który przyjeżdża co tydzień do nas do domu. Nasze życie się zmieniło. Może kiedyś wróci to wszystko do normy. Chciałbym by było jak dawniej.
~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~
- Naruto? - Ocknąłem się. Zauważyłem na przeciwko siebie Nagato pstrykającego palcami. - No nareszcie. Co ci się stało? Spojrzałeś na Konan i dosłownie odleciałeś do innego świata.
- Sorka. Zamyśliłem się. - Spojrzałem na wszystkich. Noa także powróciła do stolika. - Wracajmy do domu. - Wstałem i skierowałem się do wyjścia.
- Ej! A prezent!? - Nie odwróciłem cię. Szedłem dalej. - Co ci jest stary? - Powiedział sam do siebie.
~~~~~~~~~~~~~~~~
Story by Mess
Hej,
OdpowiedzUsuńKushina jest bardzo nadopiekuńcza, ale dobrze, że nakreśliłeś ich relacje... to jak się przyjaźnili...
Dużo weny życzę...
Pozdrawiam serdecznie Basia
Hej,
OdpowiedzUsuńfantastycznie, ocho Kushina jest bardzo nadopiekuńcza, cieszę się, że nakreśliłeś relacje ich łączące... ich przyjaźń...
Dużo weny życzę...
Pozdrawiam serdecznie Aga
Hejeczka,
OdpowiedzUsuńfantastycznie, jak Kushina nadopiekuńcza, dobrze, że nakreśliłeś relacje jakie ich łączą... tą ich przyjaźń...
Dużo weny życzę...
Pozdrawiam serdecznie Iza