Oi minna! Na początek jak się właściwie czuję (patrzymy w górę). No, mniej więcej cały ja :D. Przechodząc dalej. Wiem, że notka jest z lekkim poślizgiem, ale na niektóre elementy nie mam wpływu w swoim własnym życiu. Staram się coś pisać, lecz brak mi czasu. Następna notka, jaka powinna się ukazać, będzie z C.B. (najprawdopodobniej znowu z lekkim opóźnieniem ^^"). Gomenasai!
~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~
Naruto:
- Naruto. Wstawaj prędko. Musimy wyjść. - Ktoś zaczął szturchać mnie w bark, tym samym wyrywając ze snu.
- Daj mi jeszcze pięć minut, mamo. - Odwróciłem się na prawy bok, zakrywając głowę poduszką z zamiarem dalszego odpoczynku. Nagle poczułem ostre ukucie w rękę, która zaczęła dygotać. Odwróciłem się z powrotem i przetarłem oczy.
- Niestety, niema mamy, która dałaby ci te pięć minut. Jestem ja, twój ojciec, który oczekuje od ciebie natychmiastowego wstania i ubrania się.
- Czemu budzisz mnie o tak nieludzkich godzinach? Nie masz sumienia!? - Zapytałem z nutką pretensji w głosie. - Nie dość, że wczoraj wykończyłeś mnie fizycznie to na dodatek i psychicznie, gdyż nie pozwoliłeś mi porozmawiać z Konan. A gdy już ostatkiem sił doczłopałem się do jej pokoju, spała. Jestem wrakiem człowieka. Daj mi spokój.
- Po pierwsze, jest jedenasta godzina. Po drugie, chcesz się wszystkiego dowiedzieć? Dosłownie wszystkiego co wiem?
- Przekonywujące argumenty. - Przetarłem zaspane oczy.
- Więc ogarnij się i zejdź na dół. - Z tymi słowami wyszedł z mojego pokoju.
Poturlałem się na krawędź łóżka. Położyłem stopy na podłodze i oparłem się rękoma o kant. Rozciągnąłem, lecz nie za dobrze i wstałem na nogi. Podrapałem się po głowie i ziewając, wszedłem do łazienki. Oczywiście, jak na złość, poślizgnąłem się lądując jak długi na białych kafelkach, gdyby nie ręka, miałbym soczystego guza. Przejechałem jedną z nich po gładkiej powierzchni. Była mokra. Woda nie zdążyła wyparować, więc sądząc po tym fakcie, wyszła stąd zaledwie paręnaście minut temu.
Nie próbowałem wstać. Na czworaka doszedłem do prysznica, usiadłem w środku, wcześniej pozbywając się odzieży i odkręciłem wodę. Oparłem się o jedną ze ścianek, pozwalając wodzie działać samej i zamknąłem oczy. Znowu delikatnie mnie pieką. Muszę w końcu nad tym zapanować albo nigdy nie będę mógł czuć się na tyle spokojnie, żeby o tym nie myśleć przy każdym spotkaniu z ludźmi. Niby ta legenda nas osłania, ale mam już dość słuchania jej. Bzdura wymyślona przez klan Namikaze, która jak łatka przylepia się do każdego jinhuuriki i prześladuje go do końca życia. Jeśli Kurama to potrafi, to ja także powinienem to umieć.
Ale z drugiej strony, dokładać sobie następną rzecz do i tak już sporej ilości obowiązków, to tak jakby być masochistą. Cierpieć i cieszyć się z tego jednocześnie. Aż do tego stopnia na głowę nie upadłem. Trudno. Na każdą zaczepkę pod względem oczu będę odpowiadał ,,legenda". Mam to gdzieś co ludzie o mnie myślą. Nie podoba się? To spieprzać! I tyle.
Chociaż. Czy wszystkich mam w takim głębokim poważaniu? O nich też chodzi. O nich też mogą zacząć plotkować, bo zobaczą ich razem ze mną. O nie! Takiego scenariusza dla siostry i Konan nie mam zamiaru oglądać! Mnie mogą obrażać, ale nie te dwie mądre dziewczyny! Jednak z tą mądrością u Noa... hmmm... przypuśćmy, że coś tam w tej głowie ma.
- Naruto! Nie wiem i nie chcę wiedzieć co tam robisz, ale masz dwie minuty na to, by skończyć i tu zejść! - Nie wierzę! Ojciec i takie teksty! Czyżby przez cały ranek siedział z Noa? Możliwe, możliwe. Przecież ona zatruwa swoim jadem każdego, kto z nią przebywa.
- A nie mogę zejść już w łazience i nie cierpieć męczarni jaką są schody!? - Wykorzystałem odwrotną interpretację słowa.
- Dopiero, gdy ci na to pozwolę! - Eh. Przynajmniej próbowałem.
Po pięciu minutach byłem na dole.
- Łap. Zjesz po drodze. - Rzucił mi papierową torbę.
- Tato. Z czym ta kanapka jest? - Wyciągnąłem ją jedynie dwoma palcami w jak największej odległości ode mnie.
- Z tym co znalazłem w lodówce. Teraz jedz. - Zaczął się ubierać.
- To nie jest dobry pomysł. - Włożyłem ją z powrotem do opakowania.
- Czemu? - Popatrzył na mnie pytająco.
- Tam wszystko chodzi od przeszło świąt. Babcia kupowała i robiła jedynie świeże produkty, gdyż sama tak stwierdziła.
- To co wy tu jedliście jak nas nie było?
- Czyściłem tą lodówkę z różnych stanów, ale ja jestem za tym, by ją wywalić, nie otwierając jej przy tym. A jedliśmy to co kupowałem w sklepie z samego rana.
- Otworzyłem ją i jeszcze żyję, więc nie wiem o co się rozchodzi.
- To znaczy, że nie otwierałeś dolnych szuflad. Jest jeszcze dla ciebie nadzieja.
- To co wy tam przechowujecie? Uran?
- Nie. Kulinarne niewypały mojej siostry. - Musiał pomyśleć. Widziałem po jego twarzy, że wspomina jedną z zupnych bomb Noa po której wszyscy mieli problem w postaci zatrucia pokarmowego.
- Wyrzuć. Kupimy coś po drodze. - Teleportowałem się do kosza i z powrotem. - Widzę, że odzyskujesz siły.
- Hę? - W pierwszej chwili nie załapałem.
- Bez trudu się błyskasz, chociaż twoja czakra ciągle się regeneruje.
- Nie wiem. Robię to z automatu, więc raczej to nie świadczy o moim stanie zdrowia. - Zrobiłem grymas.
- Gdybyś nie miał czakry, to nie wiem jak byś chciał, nie dałbyś rady.
- Przecież to wiem. - Posłałem groźne spojrzenie.
- Czasami lepiej przypomnieć nawet te najprostsze rzeczy.
Wyszliśmy na zewnątrz. Oczywiście tata wzdrygnął się na takie uderzenie zimna, a mój wczesnojesienny strój mu w tym nie pomagał. Spojrzałem w kierunku podjazdu. Stało tam czarne auto z przyciemnionymi szybami. Skupiłem czakrę. Od razu rozpoznałem osobę siedzącą za kółkiem. Ruszyliśmy w jej stronę.
- A Noa? - Spytałem lekko zmartwiony. - Nie zabieramy jej?
- Nie. Jest na to jeszcze za młoda.
- To gdzie ty mnie chcesz zawieźć? Do burdelu? - Zażartowałem, by jednak przełamać atmosferę i skierować nasz nastrój na jeden tor.
- Można to tak opisać, lecz wpierw na lotnisko. - Tak. Teraz po mojej głowie zaczęły kłębić się dziwne pytania o których nawet nie chcę znowu pomyśleć. Otrząsnąłem się i wszedłem do samochodu na prawe, tylne miejsce i zawołałem:
- Witaj Pinokio! - Od razu ucieszyłem się na widok dobrze znajomej twarzy.
- Mi też miło mi cię znowu widzieć, Naruto. Jak widzę łatka jaką nadała mi twoja siostra pozostała u ciebie w pamięci. - On chyba niezbyt. - Dzień dobry, Minato-sama.
- Yamato. Prosto na lotnisko.
- Już się robi. - Odpalił silnik i wyjechał z pod domu.
- Jak tam się panu wiedzie? Jakieś postępy w technikach bądź nowiny z życia? - Spytałem z ciekawością. Bardzo dawno ze sobą nie rozmawialiśmy, a jest to spoko gość.
- Tylko to, że w końcu uzyskałem prawo do pilotowania średnich samolotów pasażerskich. Cholerny instruktor zaliczył mi dopiero za siódmym podejściem. Nie wspomnę, że za pierwszym razem zasnął i sam musiałem lądować. Po tym chyba odgryzał się za to, że go nie obudziłem i dostał reprymendę od szefostwa. - Powiedział to trochę zgryźliwie. - A u ciebie?
- Wszystko byłoby wspaniale. Dostałem się na uczelnię, zdałem prawko, w końcu dowiem się czegoś więcej, ale turniej psuje to wszystko.
- Hmmm? - W lusterku ujrzałem, że podniósł brwi ze zdziwienia.
- Narzeka, że na nowo musi trenować i takie tam przez co nie ma czasu dla siebie. Tak to jest w tym wieku. Niczego się nie chce, a później się żałuje, że się nie chciało albo nie przymusiło.
- Turniej to wielka sprawa, Naruto. Niezliczona ilość klanów, uczestniczy w nim po to, by pokazać swoją siłę. Dawna tradycja, której nawet okrutne wydarzenia nie potrafiły wymazać. A tak na marginesie. Zwoje zostały już rozesłane? - Oczywiście wszystko musi być na ostatnią chwilę. Czy do końca życia będę dowiadywał się wszystkiego jako ostatni!?
- Nadal czekamy na drugi zestaw. W tym dziesięcioleciu coś długo odbywają się te przygotowania. Nawet losowania miejsca pojedynków jeszcze nie było. Możliwe, że uznali za słuszne inny termin powiadomień, bądź szykuje się jakaś grubsza sprawa. Czas okaże, czy mam słuszność.
- Co tato rozumiesz przez słowa ,,grubsza sprawa"?.
- To, że turniej nigdy nie był jednolity. Zawsze reguły były zmieniane i trzeba było się do nich dostosować, a najlepiej to wyryć na przysłowiową blachę. Trzydzieści lat temu, gdy walczył mój ojciec, a twój dziadek, walczyło się do śmierci przeciwnika bądź jego poddania. Jak się pewnie spodziewasz, były to ostre walki. Gdy ja miałem wejść na scenę, zmieniono to. Teraz walczymy dopóty ,,przeciwnik jest zdolny do walki", a to całkiem spora różnica. Jedyna zasada, którą zabezpieczyli przed zmianami i innymi zasadami, choć nie całkiem, gdyż nadal można zabijać, ale w statystykach nie widnieje dzisiaj aż 90% zgonów. Widniały nawet kiedyś takie kwiatki jak ,,nie wolno odbić się od ziemi wyżej niż trzy metry, bądź zapadać się pod ziemię". Nie wiem co to za geniusz wymyślał, ale od razu swoją przewagę tracili użytkownicy wiatru i ziemi. A nieutalentowani shinobi mogłi wygrać z geniuszami poprzez puszczenie po całej dostępnej szerokości shurikenów. Dlatego zniesiono tą zasadę. Teraz jest wyznaczona długość i szerokość. Nie liczy się wysokość ani głębokość, a jeśli wyjdziesz poza obszar masz dziesięć sekund czasu na powrócenie zanim zostaniesz zdyskwalifikowany. Oczywiście nie wiem jak będzie teraz, ale miałem tak podczas trwania obydwu moich turniejów, więc stawiam na to samo i tym razem.
- Już się cieszę na kolejne wkuwanie. - Posłałem spojrzenie ku górze.
Pinokio nie dawał odpocząć samochodowi i wycisnął z niego ostatnie smary. Na lotnisko dojechaliśmy w przeciągu godziny! Ja zazwyczaj dojeżdżałem tam taksówkami dwa razy dłużej, a jechaliśmy podobną trasą! Myślałem, że zaparkujemy na pospolitym parkingu, ale myliłem się. Yamato skręcił na główny budynek i tam zatrzymał się.
Nagle i bez ostrzeżenia przeniosłem się wraz z ojcem do białego pomieszczenia z dywanikiem pod nogami oraz skórzanymi fotelami wokół nas. Tak. Znaleźliśmy się w środku samolotu.
- Cóż. Najprawdopodobniej nigdy mi tego nie wybaczysz, ale muszę się z tym pogodzić.
- Ale co? O co chodzi? - Mam dość tego wszystkiego.
- Przez to, że twoja mama nie mogła wyjechać ze mną z powrotem, a co za tym idzie, także oficjalnie wrócić, to mam dla ciebie złe wieści. Na zewnątrz czeka w cholerę ludzi, którzy będą obserwować każdy nasz ruch i wypytywać o wszystko co związane z moją pracą.
- Czekaj, czekaj, czekaj! Czy ja dobrze zrozumiałem!? - Popatrzyłem na niego gniewnie. - Dziennikarze!?
- Potrzebuję osoby towarzyszącej.
- A to musiałem być ja!? - Złapałem się za czoło tuż przy oczach, zamykając je. Musiałem się uspokoić. - Tato. Przecież doskonale wiesz, że przez rok śledzili mnie po tym, jak poszedłem z tobą i z mamą na jakieś tam spotkanie polityczne. Chcesz żeby i tym razem tak było?
- Dlatego wziąłem ciebie, a nie Noa. - Stwierdził z poważną miną. - Ty będziesz ich unikał i nie wypaplasz jakiś bzdur. Nadal mogę w to wierzyć?
- Tak. - Odpowiedziałem zrezygnowany.
- A teraz przebieraj się. Nie możesz pójść w takich łachmanach. - Na potwierdzenie wyjął z górnego schowka, małą walizeczkę. Jakie łachmany!? Sam mi je przecież kupił!
- Tato. Ty szukasz we mnie wroga? - Nic nie odpowiedział, samemu zaczynając się przebierać.
Nie znoszę tego stroju. Zbyt elegancki. Czarne, niewygodne buty obcierające stopę, spodnie w których obawiam się, że przy siadaniu pękną mi w kroku, koszula, przynajmniej tutaj wygrałem i mogłem podwinąć rękawy. Następnie czarny krawat i ostatni element naszego stroju. Tradycyjny płaszczyk, który jest symboliczny dla naszego klanu. Sięga prawie do połowy goleni oraz do łokci. Ma kolor czarny z wyszytym na plecach jasno błękitnym piorunem rozchodzącym się po całej tkaninie. Można go zapiąć bądź zawiązać, jak kto woli, lecz wolę rozpięty.
Tata miał bardzo podobny strój, tylko że on wolał założyć jeszcze marynarkę. Gotowi podeszliśmy do drzwi. Jak nazłość coś zaczęło mnie uwierać w okolicy klatki piersiowej i szyi przez co zacząłem tam grzebać.
- Naruto. Zostaw to. - Zwrócił mi uwagę, gdyż drzwi zaczęły się otwierać.
- Duszę się. - Majstrowałem przy krawacie próbując go trochę rozluźnić. Niestety, puścił rozpruwając się na dwie części. Tata pokiwał głową z dezaprobatą, a ja głupkowato się uśmiechnąłem i rzuciłem krawat za siebie. Odpiąłem pierwsze dwa guziki znajdujące się przy szyi i wyciągnąłem wisiorek, który mnie tak uwierał.
- Mam nadzieję, że to wszystko?
- Tak. Teraz już tak, chociaż...
- Nie. - Odpowiedział sucho.
- Dobra. Tak się tylko zgrywam.
Drzwi otworzyły się, tym samym wywołując niezliczoną ilość fleszy. O tak, sława ojczulka jest nie do obalenia, a ja niestety mam przez to problemy.
- Naruto. Pamiętajcie o oczach.
- Spokojnie. Kurama stara się o to od dobrych paru minut. - Uspokoiłem go i ruszyłem za nim wprost do paszczy lwa jaką są ludzie stojący przy schodkach.
Blask niemal mnie oślepiał, lecz nie mogłem dać tego po sobie poznać. Gdy tylko zeszliśmy zaczęło się multum pytań z wystawianiem mikrofonów i dyktafonów przez umieszczone przy drodze do samochodu, odgradzające nasze osoby barierki. Także co ileś tam metrów stał ochroniarz ,,mający zapewnić bezpieczeństwo". Ale wracając do nich, były one następujące:
- Czy udało się Panu wypracować kompromis między...
- To prawda, że wraca Pan na stałe do kraju?
- To pański syn? Ma coś wspólnego z...
- Gdzie Pani Kushina?
- Rezygnuje Pan ze stanowiska?
I mógłbym wymieniać tak bez końca, gdyby nie fakt, że przestałem ich słuchać. Szczęście, że samochód był zaledwie dwadzieścia metrów od schodów. Przed nim oraz za stały jeszcze dwa. Wsiedliśmy do podstawionego, nie udzielając żadnej odpowiedzi i zamknęliśmy drzwi. Tam mogłem się żalić.
- Mam nadzieję, że mogę już iść do domu? Nie mam ochoty znowu przechodzić między tyloma fotografami. Szczególnie, że znów się nie odpieprzą przez dłuższy czas i kolejny raz będę w wiadomościach. Tato. Jesteś mi winny zgrzewkę piwa, a raczej całą piwnicę.
- Yamato się tym zajmie, a my mamy jeszcze dużo spraw do załatwienia. - Obaj z Pinokiem nie byliśmy zadowoleni z jego odpowiedzi i zaczęliśmy coś gadać pod nosem. - Nie jęczeć! Dziś harujemy, a jutro i przez resztę dni wypoczynek.
- Yghym! - Chrząknąłem. - Ty może i będziesz cieszył się wolnym, ale ja mam uczelnię na głowie.
- Dobra. Wynagrodzę ci to.
- Nie chcę żadnego wynagrodzenia. Nie potrzebuję kolejnych rzeczy ani pieniędzy... - Wtem coś mi w głowie zaświtało. - ... ale jest w sumie taka jedna rzecz, którą mógłbyś dla mnie zrobić.
- Mam nadzieję, że w granicach rozsądku.
- Tak, tak. Chciałbym, żebyś na jakiś czas, a najlepiej na zawsze, zdjął z mojej głowy siostrę. - Uśmiechnąłem się i już zacierałem ręce z tak genialnego planu.
- A coś z nią nie tak?
- Tato, jaja se robisz? - Załamał mnie tym. - Wszystko nie tak! Mam jej dosyć! Chcę mieć jeden dzień dla siebie, bez jej obecności i wpychania nosa nie w swoje sprawy!
- Dobra! Jeden dzień!
- Nie! Ja chciałem... kur...
- Naruto!
- Sorki, no ale... nie... tylko tyle!?
- Sam tak przed chwilą powiedziałeś. - Nieźle się udupiłem z tym moim wywodem! Kretyn, kretyn i jeszcze raz kretyn! A mogłem powiedzieć więcej!
Zacząłem płakać wewnętrznie. Nie odzywaliśmy się do siebie przez następne dwadzieścia minut.
- Naruto. - Ojciec znowu próbował zacząć rozmowę.
- Hmmm?
- Mam małą prośbę.
- Znowu? - Ponownie w moim głosie można było usłyszeć nutkę pretensji. No... może nie nutkę.
- Ale teraz ważną dla was.
- Co masz...
- Jedziemy do centrum. - Zgłupiałem do reszty.
Konan:
Choć przyszłam dwadzieścia minut za wcześnie, już na mnie czekały przy głównym wejściu do centrum handlowego. Po przywitaniu i wymienieniu pomysłów na spędzenie wolnego czasu skierowałyśmy się do pierwszego wyznaczonego celu. Był nim jeden z większych sklepów odzieżowych na terenie tego obiektu. Weszłyśmy i rozdzieliłyśmy się. Aya poszła w stronę spodni, a Mana pozostała ze mną, gdyż także zainteresował ją pokaźny zbiór swetrów. Po paru minutach przebierania w nich, wybrałam jeden w moim rozmiarze i zawiesiłam na przedramieniu.
Siedziałyśmy w sklepie pół godziny. Do sweterka wybrałam także jakieś jeansy i z trzy bluzki. Mana wybrała jedną rzecz, lecz o Ayi mogłyśmy spokojnie powiedzieć, że wykupi cały sklep. W przebieralni okazało się, że zamierza kupić mniej ode mnie, a wieszak służący do odkładania rzeczy wołał o pomoc. Przy kasie zaczęła się dyskusja.
- Konan, dlaczego wszystkie twoje rzeczy są czarne? Nie lubisz innych kolorów? - Zagadała Mana.
- Odkąd pamiętam, kupowałam jedynie takie. Może po prostu lubię ciemne odcienie? Nie wiem. Robię to już z przyzwyczajenia. - Odpowiedziałam na spokojnie, bo już od dawna wiedziałam, że ktoś o to zapyta. Szczególnie, że nawet teraz mam na sobie czarne rzeczy.
- A może nie lubisz wyróżniać się z tłumu? Czarny zawsze był taki bardziej elegancki, spokojny, stonowany i pasujący do większości rzeczy. - Dorzuciła swoje trzy grosze Aya.
- To prawda. Nienawidzę zwracać na siebie uwagi. Zdecydowanie wolę stanąć gdzieś z tyłu i przyglądać się jak inni to robią. Czasami myślałam o tym, jakby to było stać się cieniem kogoś, kogo się kocha. Wspierać go tak, by tylko on wiedział, że ktoś stoi za jego sukcesami, a raczej się do nich przyczynił.
- I takiego życia byś chciała!? Nie chcę mi się wierzyć. - Oburzyła się Aya.
- Znaczy nie... źle mnie zrozumiałaś. - Uśmiechnęłam się do nich i spuściłam głowę. - Nie chciałabym ani zniknąć ani stać z przodu. A tamto to moje wyobrażenia, które czasami zajmują mi głowę i...
- Rozumiem. - Odezwała się Mana i pokiwała głową. - Wiem co chcesz powiedzieć. Bujasz w obłokach, bo jeszcze nie jesteś zdecydowana do swojego życia. Nie wiesz czego chcesz. Nie wiesz co chcesz robić w życiu, ani w jaki sposób to później osiągnąć, dlatego wszystko próbujesz przewidzieć i mniej więcej przeżyć w sobie. A reasumując to wszystko, chcesz być gotowa na każdy scenariusz.
- Można to tak ująć. - Zapłaciłam kartą i wyszłyśmy ze sklepu ruszając w dalszą drogę.
- Nie można się tak zadręczać przyszłością, bo zapomnisz o teraźniejszości!
- Wiem. Robię to wieczorami, gdy mam trochę czasu dla siebie. - Druga sprawa to taka, że akurat chcę zapomnieć o pewnych wydarzeniach. One mnie ranią bardziej niż całe moje życie, lecz obiecałam, że nie sięgnę po tą technikę już nigdy więcej.
- A co ci zajmuje tyle czasu, że dopiero wieczorem masz go trochę dla siebie? - Przymrużyły oczy i wręcz wgryzały się we mnie wzrokiem.
- Nauka! - Odpowiedziałam to co mi szybko przyszło na myśl.
- Oj, Konan, Konan. Nie wolno tak kłamać. - Aya pokiwała palcem przed moim nosem.
- Nie kłamię! - Przeszedł mnie po plecach dreszcz.
- Jeszcze się przekonamy. - Uraziła mnie tym, gdyż zdanie to świadczy tylko o tym, że spotkałyśmy się w jednym celu.
- Jeśli zaprosiłyście mnie tu po to, by jedynie próbować mnie przesłuchać i wyciągnąć informacje, to ja już sobie pójdę. - Postanowiłam zagrać ostrzej, gdyż nie interesują mnie rozmowy tylko i wyłącznie o mnie.
- Nie, Konan. - Zaczęła Mana gromiąc spojrzeniem przyjaciółkę - Przepraszamy. Po prostu martwimy się o ciebie. W parę tygodni zmieniłaś się o sto osiemdziesiąt stopni. Kiedyś takie coś w ogóle cię nie ruszało. Nie widziałyśmy jak się uśmiechasz, rumienisz bądź złościsz, a dziś w przeciągu czterdziestu minut dodałaś do tego nawet obrażenie się. Coś się stało i my to widzimy. Można rzec, że ślepiec by to ujrzał, dlatego tak dopytujemy i drążymy twój temat. Osoba którą znałyśmy przez trzy miesiące, rozpłynęła się i została zastąpiona przez inną, lecz nadal posiadającą stare cechy osobowości. Jeśli chcesz, możemy o tym zapomnieć i iść dalej, nie dręcząc cię więcej. To jak?
Ona strasznie mi kogoś przypomina. I to akurat Jego! Też daje mi wybór zależny jedynie ode mnie. Nie naciska, stara się wszystko załatwić na spokojnie i powoli bez zbędnych kłótni. Wtedy także tak było. Przystanęliśmy i czekał na moją ostateczną decyzję. Jest tak dużo ludzi o podobnych cechach, czy to może ja mam takie szczęście do spotykania ich? Już raz wybrałam drogę pod górkę, więc jak drugi raz to zrobię, to raczej nic się nie stanie. Szczególnie, że jest ona zwykłym człowiekiem, wokół którego nie wydarzy się nic niezwykłego. Nic co mogłoby mnie zranić. Przy niej ryzyko jest mniejsze niż przy Naruto. Zdecydowanie mniejsze. W dodatku jeden wybór zawiera zapomnienie, a nie mogę tego zrobić. Nie mogę cofnąć się do początku, do wydarzeń sprzed świąt.
- Nie zapominajmy. - Wydukałam, mając spuszczoną głowę i patrząc się w ziemię. - Nie chcę żyć... jak kiedyś. - Wpierw wyczułam w nich radość, która przerodziła się w niepokój przy kończeniu mojego zdania.
Czyżbym powiedziała zbyt dużo jak na jeden raz?
- Więc w drogę na dalsze zakupy! - Wykrzyczały obie i złapały mnie za ręce ciągnąc za sobą.
Na mojej twarzy pojawił się niewidoczny uśmiech.
Naruto:
- Przepraszam, Minato-sama. Mogłem wybrać inną drogę. - Powiedział Yamato, spoglądając na korek w którym utknęliśmy. Spuścił głowę próbując ukryć zmartwienie.
- Nic się nie stało. Każdemu mogło się zdarzyć. Skąd miałeś wiedzieć, że tak będzie?
- Bo to najruchliwsza ulica. - Powiedziałem zgryźliwie.
- Dzięki Naruto za informację, bo sam bym tego nie spostrzegł.
- Zawsze do usług. - Zaśmialiśmy się. - Gdyby nie to, że wszyscy by zauważyli, to już dawno bym nas stąd teleportował.
- Błyskasz samochód? Naruto. - Tata złapał się za czoło.
- Co? Zrobiłem to raz na przedmieściach. Zapomniałem zatankować i mi zgasł, więc teleportowałem go przed stację benzynową, tak by kamery mnie nie uchwyciły i dopchałem.
- A już myślałem, że wprost na nią. - Odetchnął z ulgą.
- Nie oceniaj mnie jak mama i siostra. Głupi nie jestem!
- Hahaha! Przecież wiesz, że się z tobą droczę! - Kieszeń mojego ojca zabłysła.
- Co to? - Spytałem zainteresowany.
Wyciągnął jarzący się na złoto zwój i rozwinął go. Na jego zewnętrznej stronie były utworzone z czakry znaki pięciu głównych żywiołów.
- Naruto. W końcu się doczekaliśmy. Oto zasady i wszystkie informacje odnośnie turnieju, wraz z jego planowanym miejscem odbywania się.
- Mów, mów, mów! Na co czekasz!? - Podekscytowałem się jak jakieś ośmioletnie dziecko. Jednak jest to uzasadnione. Będzie to mój pierwszy turniej!
- Czekaj. - Zostałem zgaszony. - Ujmę to wszystko w skrócie.
- Turniej odbędzie się na specjalnie przygotowanym stadionie, trzy godziny drogi od miasta. I... psuje mi to plany.
- Co takiego? - Po jego minie wnioskuję, że nie jest zadowolony.
- Turniej odbędzie się o wiele wcześniej niż przypuszczałem. W maju rozpoczną się eliminacje. Ich reguły zostaną podane tuż przed nimi. Natomiast w czerwcu odbędzie się główna część.
- Jest napisane coś o powodzie przesunięcia dat?
- Nie. Jedynie zasady, które obowiązywały podczas ostatniego turnieju, będą obowiązywały nadal, lecz z pewnymi zmianami, bądź dopiskami. Teren wokół areny, będzie otoczony barierą, by publiczność nie ucierpiała nawet przy najbardziej zażartych walkach.
- Publiczność? - Nie mogłem pójść na ostatni turniej w którym walczył ojciec, a teraz wszyscy będą mogli? Niesprawiedliwy jest ten świat.
- Każdy będzie analizował twoje ruchy. Po pewnym czasie będziesz jak otwarta książka. Naruto. Już teraz ci to mówię. Nie możesz na początku pokazać wszystkiego. Niektóre ruchy i jutsu zachowaj na później.
- Dobrze. - To bardziej niż oczywiste.
- Ja także tam będę i przeanalizuję każdego kto wejdzie na arenę, więc możesz na mnie liczyć.
- Dzięki. - Bardzo się to przyda. Tata ma lepsze oko ode mnie i wychwyci o wiele więcej informacji. Ale jeśli będzie publiczność, to czy Noa wraz z babcią nie mogłyby użyć swoich oczu do analizy? Chyba nie jest to aż tak głupi pomysł?
- Gromadzenie czakry przed walką jest zabronione...
- Chyba sobie jaja robią! - Wykrzyczałem.
- Spokojnie jeszcze nie skończyłem. Zabronione, jeśli służyć ona będzie do natychmiastowego użycia jakiegokolwiek jutsu. To natychmiastowe ma być rozumiane jako pięć sekund po rozpoczęciu walki. Potem całkowita dowolność.
- Już myślałem.
- I tak ten czas będzie służył do wyciągnięcia broni bądź ułożenia pieczęci, więc raczej bez zmian i nie wpłynie jakoś znacznie na walki. Pamiętaj, że nasze błyski nie potrzebują gromadzenia czakry, więc nie ma mowy o złamaniu regulaminu.
- A limit?
- Na ten temat jeszcze zdążymy porozmawiać, ale masz rację. Będziemy potrzebowali specjalnego zezwolenia, bo to samo w sobie jest techniką. Znaczy jest nią, a jednocześnie nie jest. Zależy jak na to spojrzeć, gdyż jest to gromadzenie czakry, lecz wpierw trzeba ułożyć pieczęć. Dowiemy się podczas potwierdzenia udziału. Wtedy zobaczymy także naszą arenę.
- Jest jeszcze coś? - Tata zamarł co mnie szczerze zmartwiło.
- Naruto... potrzebujesz...
Konan:
- Czemu musiałyśmy tu wejść? - Spytałam będąc lekko zakłopotana, stojąc tuż przy skąpo ubranych manekinach.
- Bo jest wyprzedaż. Niedługo znów będzie sezon. Stroje kąpielowe zdrożeją i zaczną się tłumy. - Aya podała tyle dobrych argumentów, że nawet nie mam jak ich podważyć. - A teraz jest okazja wyłuskać coś fajnego dla siebie.
- Yhym, dla siebie. - Skomentowała krótko Mana mierząc ją wzrokiem.
- To coś złego, że chcę się pochwalić swoją nienaganną figurą? - Mówiąc to ustawiła się jak rasowa modelka.
- Skądże znowu, tylko...
- Tylko?
- Nieważne.
- Zaczęłaś to dokończ! - Uniosła głos.
- Tylko ty zawsze zbierasz wokół siebie dupków, których mam już serdecznie dość. Wulgarne typy, które myślą kroczem i wydaje im się, że są przez to super macho. Znajdź se chłopaka jak ja i przestań wyłapywać idiotów z połowy plaży. - Mana wypowiedziała to z niemałymi pretensjami w głosie. Nigdy nie widziałam jej tak wkurzonej.
- To że ty chcesz mieć nudnawe życie, to nie moja sprawa! Na chwilę obecną mam zamiar się wyszaleć i mi w tym nie przeszkodzisz!
- Znalazłam osobę, na której mi zależy z wzajemnością i chciałabym by tak pozostało. Niby w jakim aspekcie jest to życie nudziary!?
- Ile może ci dać jeden chłopak? Pomyśl. Każdy ma swoje wady i zalety, a moim celem jest zabawienie się tylko tymi zaletami, jednocześnie nie mieszając się w problematyczne rzeczy. A oceniając tego całego Shana, jest po prostu do bani. Chcesz tak żyć? Proszę bardzo, lecz nie praw mi kazań co do mojego stylu życia.
Już w drodze do tego sklepu zaczęły się kłócić, ale teraz zaczyna być to lekką przesadą. A wszystko zaczęło się od tego, że w ich wynajmowanym mieszkaniu Mana tuż po przyjeździe od rodziny, zastała syf po ostatniej imprezie Ayi, która nie miała zamiaru sprzątać na przysłowiowym kacu. Podobno do dziś, prócz pokoju Many, wszytko się lepi.
- Chciałam ci tylko przypomnieć, że razem mieszkamy i wszystko co robisz oddziałuje także na mnie! - Wykrzyczała Mana.
- Możecie przestać? - Spytałam, gdy kłótnia obrała zły tor, lecz nawet mnie nie usłyszały, gdyż były tak pochłonięte zgnębieniem drugiej. Znów przypominają mi Naruto i jego siostrę. Także potrafią pokłócić się o najmniejszą błahostkę. Jednak muszę to przerwać. One w przeciwieństwie do mojej przysłowiowej rodziny, nią nie są i może wyniknąć z tego coś gorszego. Konan, myśl! Wtedy moje spojrzenie spoczęło na wieszaku.
- To się wyprowadź! Nie trzymam cię tam na siłę! Chcesz, to droga wolna. Ale nie licz na to, że...
- Ej! Pomóżcie mi to ocenić! - Krzyknęłam do nich lekko wystraszona i zarumieniona, trzymając w dłoni pierwszy lepszy strój jaki udało mi się sięgnąć. Mój ruch poskutkował i obie zwróciły na mnie swoją uwagę, przerywając tą bezsensowną kłótnię. Podeszły i przypatrzyły się mu. Ja także musiałam zerknąć okiem, by przynajmniej wiedzieć jakiego koloru on jest.
- Eh. Oczywiście nawet w tej dziedzinie musiałaś wybrać ciemny strój. Oj Konan, Konan. Musimy nad tobą popracować. - Aya pokiwała głową z dezaprobatą.
- Czepiasz się. Taki jest jej styl i raczej my tego nie zmienimy. Poza tym, akurat ten komplecik idealnie pasuje jej do włosów oraz nie jest wcale taki ciemny, zobacz że przechodzi od góry z koloru błękitnego do ciemnych głębin oceanicznych. Moim zdaniem strzał w dziesiątkę. - Aya popatrzyła jeszcze przez krótką chwilę, oceniając moje ,,znalezisko" i westchnęła.
- Dobra, masz rację. - Najwyraźniej przyznała to niechętnie.
- Teraz czas na przymiarkę.
- Przymiarkę? - Powtórzyłam za Maną lekko zdezorientowana.
- A co myślałaś? Musisz przymierzyć i wybrać odpowiedni rozmiar, który ani nie będzie zbyt obcisły ani za luźny. Dopiero by było, gdybyś zaczęła się z niego ,,wylewać" bądź gdyby się z ciebie zsunął. - Nie chciałam przenieść całej ich uwagi na mnie. Zawsze wszystko na odwrót. - Weźmiemy parę kompletów, by nikt ci nie podwędził tego najlepszego, a następnie w przymierzalni zmierzymy twoje rozmiary. Nigdy nie kupowałaś stroju kąpielowego?
- Nie miałam okazji. - Odpowiedziałam zgodnie z prawdą. Nigdy nie wyjeżdżałam na wakacje, a raczej poza dom bądź miasto. Wolałam spędzić czas na codziennych zajęciach bądź wyszlifować swoje umiejętności i techniki, by były opanowane do perfekcji.
Przez czas moich wspomnień, znalazłyśmy się w jednej z przebieralni. Stanęły po obu stronach wejścia, tak jakby pilnowały mnie przed ucieczką. Zdjęłam z siebie sweter.
- To absolutnie wyjaśnia, czemu jesteś taka blada. - Zagadała Aya i dźgnęła mnie palcem w przedramię, wcześniej je odsłaniając. - Ewidentny brak słońca. Wiesz, że to niezdrowe?
- Mam go wystarczająco.
- A może ty... nieeee... - Spojrzała na mnie badawczo.
- Co? - Spytałam zaciekawiona i jednocześnie zmartwiona.
- Jesteś wampirem? - Wypowiedziała to bardzo poważne.
- Że kim..? - Byłam zaskoczona jej oceną oraz poczułam się tak jakby spadło na mnie coś ciężkiego.
- No takim człowiekiem, który zamiast normalnego jedzenia pije ludzką krew, ukrywa się przed słońcem i także jest tak blady jak ty. - Mana zakryła usta, by się nie popluć i spróbować powstrzymać napad śmiechu. Zrobiłam groźną minę.
- Sama jesteś wampir! - Chwyciłam za zasłonkę i energicznie zakryłam całe pomieszczenie.
Naruto:
- Ludzie się na nas gapią. - Wypowiedziałem to przez zęby, będąc wściekłym na ojca, który kazał mi w tych ciuchach wejść do centrum handlowego. Obawiam się, że upadł kiedyś na głowę i klepki mu przy tym wypadły.
- Zawsze się patrzyli. - Powiedział to na tyle spokojnie, by na mojej czole pojawiła się pulsująca żyła.
- Ale nie na mnie! Znowu się wszystko zacznie. - Załamał mi się głos.
- Nie marudź i szukaj dalej. Mówiła mi, że będzie w centrum handlowym, lecz samemu nie potrafię wykryć jej przez czakrę. Inaczej zostawiłbym cię w samochodzie.
- Nie mogliśmy najnormalniej w świecie do niej zadzwonić i spytać się gdzie jest? - On mnie wykończy.
- A wziąłeś telefon? Bo ja nie.
- Masz służbowy w samochodzie! - Rzuciłem mu zarzut.
- Jak sama nazwa wskazuje. Nie korzystam z niego w takich sytuacjach.
- A telefon Yamato? Z pewnością by nam pożyczył!
- Nie będę grzebał w czyichś prywatnościach.
- A moje to co!? Już zapomniałeś jak robiłeś przeszukanie w naszych pokojach!?
- Nawet ty w tym czasie byłeś niepełnoletni i głupi. Szczególnie, że przeprowadzaliśmy poważną rozmowę...
- Nie, nie, nie! Cicho! - Zmieszałem się nagłym wtargnięciem na ten temat i od razu go uciąłem.
Lubiłem ją, spędzaliśmy wolny czas praktycznie od zawsze, po prostu łapaliśmy wszystko na tych samych falach. Ale zbiegiem czasu zaczęło się to zmieniać i trochę zerwaliśmy ze sobą kontakt...
Musiałem przerwać tą nostalgiczną podróż w czasie, gdyż w końcu wyczułem Konan. Przystanęliśmy i spojrzeliśmy w bok. Aż otworzyłem usta.
- Naruto. Ty jesteś pewien, że to tu? - Wypowiedział to powoli, najwyraźniej także będąc z lekka zdziwionym.
- W stu procentach. - Nadal nie mogę uwierzyć, że trafiliśmy pod sklep ze strojami kąpielowymi i z działem bielizny dla kobiet. Co ją niby tu przywiało? - Zaczynam jej nie poznawać.
- Czyli wszystko idzie po twojej myśli?
- Po naszej, znaczy mojej i Konan. Ona także ma w tym udział.
- No cóż. Nie chcę nic mówić, ale gdy dziewczyna wchodzi do takiego typu sklepu to znaczy...
- Błagam cię, nie kończ. - Spaliłem buraka, gdyż wiedziałem bądź tylko wydawało mi się, co ma na myśli. Natychmiast obraz przed oczyma zmienił się i znów ujrzałem ten strój pani mikołajowej. Szybko odgoniłem te myśli, kręcąc przy tym głową.
- To chyba normalne, że gadam z tobą o czymś takim, jako twój ojciec?
- Nie.
- Wstydzisz się?
- A nie!? - Przymrużył oczy i spojrzał na mnie z szyderczym uśmiechem, a ja zacząłem pocić się ze znerwicowania. - Dobra. Krótka piłka. Przyprowadź ją.
- Że co!? Czemu ja!?
- Ja raczej tam do niej nie powinienem wchodzić. Tobie, jako jej chłopak, bardziej wypada to zrobić. - Złe myśli! Idźcie sobie! - Ja wrócę się i poczekam gdzie indziej, by nikt nie zrobił mi tu zdjęcia. Dopiero by były sensacje i plotki. To czekam przy schodach.
- Ale...
No i mnie zostawił! Przecież jak tam wejdę to wszystkie dziewczyny zeżrą mnie wzrokiem! A czekać nie możemy! Niedługo wyśledzą nas dziennikarze.
Moim skromnym zdaniem, aż tak przystojny nie jesteś.
Kyuubi, zamknij się i nie próbuj mnie komentować. Po prostu siedź sobie we mnie dalej.
No co ty takiego niezwykłego możesz tam zobaczysz? Praktycznie nic czego byś nie widział.
Kyuubi...
Aaaa! Bo ty jeszcze nie widziałeś Konan w... huhuhu! To oto się rozchodzi..! Niby jesteście ze sobą, mieszkacie razem, korzysta z twojej łazienki, a tu nic widu! Hahahahaha!
Zabiję cię... - zacisnąłem pięści.
A co ja mam na to poradzić, że twoje myśli są niczym otwarta książka!? A to, że masz takie zapędy i upodobania, jak w tym stroju mikołajowej to...
Po prostu wyjdź z mojej głowy! Ja w twojej nie siedzę! Po drugie, nie mam żadnych zapędów! Po trzecie, strój przypomniał mi się ze względu na jej nagłe zmiany zachowania. Po czwarte, tak! Masz rację wkurzający futrzaku! Nie widziałem! Po piąte... nadal... nie jestem pewien... - na ostatnim numerze głos załamał mi się.
Co do jej uczuć? Obydwoje wiemy, że zmiana koloru twoich włosów to zupełnie inna para kaloszy i tylko my wiemy dlaczego. Dlatego cię rozumiem i niestety nie jestem wstanie pomóc. Choć żyję już tysiące lat, a przez prawie tysiąc w waszej rodzinie, nie umiem stwierdzić co Konan o tobie tak na prawdę myśli. A wszystko to przez pieczętowanie jej wspomnień, uczuć i emocji. Nadal je wydobywa i nadal pozostało tego wiele. Można powiedzieć, że odkrywa to wszystko na nowo, zupełnie jak dziecko, lecz z rozumem dorosłej dziewczyny. Nawet dla mnie jest to nazbyt skomplikowane, więc nie załamuj się, bo inaczej będzie nie ciekawie.
Więc zacznij mnie wspierać, a nie kładziesz mi kłody pod nogi. - znowu wali życiowe mądrości, ale nie pasują do niego w ogóle!
Nie, Naruto. Sam to sobie robisz. A moje wyśmiewanie się jest spowodowane dobrymi intencjami. Otóż, gdy to robię, ty zaprzestajesz głupio myśleć i znów patrzysz na teraźniejszy świat, a nie na wyimaginowaną przyszłość. Gdy to zrozumiesz, to ja już nie będę miał zbytnio powodów do tego typu posunięć. A teraz jazda, jazda, jazda!!! Czas zapolować na owieczki!!!
Jesteś lisem, nie wilkiem!!! - wydarłem się w myślach, wytykając go palcem, choć doskonale wiem, że ma całkowitą rację co do pierwszego członu. Żył w każdym z jinhuuriki od narodzin, aż do końca ich dni. Obserwował, ale także rozmawiał z nimi. Czuł to co oni. Jednak jedna rzecz nie daje mi spokoju. Czemu nie chce mi wyjawić prawdy o nas? O tym co mnie czeka. Po części wiem, ale z pewnością to nie wszystko. Szczególnie, że nie wiem ile mi czasu pozostało do... do...
Dowiesz się, ale później. A teraz zapomnij o tym i idź.
Ale...
Zdążysz.
~~~~~~~~~~~~~~~~
Story by Mess
A jak Wy się czujecie, drodzy czytelnicy ;)?




