sobota, 18 sierpnia 2018

C.B. - Rodzeństwo

Oi minna! Od razu wyjaśniam, że troszkę się zagalopowałem z tym co tutaj wyczytacie, gdyż miał to być tylko krótki początek, a nie cała, osobna notka XD. Jednak widzę w niej niemały sens, więc nie jestem nią zawiedziony. Mam nadzieję, że wy także ją odczujecie jak ja sam, czyli rozdział na luzie :). Zapraszam do czytania i komentowania!
~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~
Naruto:
Około godziny ósmej znaleźliśmy się przed drzwiami gabinetu Hokage. Zapukałem raz, drugi. Bez rezultatu. Nacisnąłem klamkę, a drzwi otworzyły się. Moim oczom ukazała się śpiąca babcia Tsunade, leżąca na biurku niczym na miękkiej poduszce.
- Lepiej jej nie budzić. - Stwierdziła Sakura. - Jest wtedy niebezpieczna dla otoczenia.
- To nie zmienia faktu, że należy to zrobić. Nie dosyć, że musi zająć się Shinju to w dodatku za parę minut zaczynają się jej godziny przyjęć. Ma obowiązki związane z papierami, szpitalem i... - O mały włos, a wypaplałbym tajną informację.
- I?
- Chciałem jeszcze coś wymienić, ale zapomniałem. - Podszedłem troszkę bliżej w stronę biurka. - Hokage-sama! - Podniosłem głos.
- Boże święty! Nie drzyj się tak! - Wyprostowała się jak poparzona.
- Inaczej Pani bym nie zbudził.
- Już nadeszło jutro? - Spojrzała na mnie i oparła się o krzesło. - Shizune! - Po paru chwilach przybiegła brunetka.
- Tak, Hokage-sama?
- Zorganizuj jakiś stolik i krzesełko dla tej małej. Czekaj! Przynieś mi kawy. To wszystko.
- Hai!
- Sakura. Zastąpisz mnie dzisiaj w szpitalu w godzinach 12-15. Potem ci to jakoś zrekompensuję. A ty, Naruto. Masz o tej porze przybyć we wcześniej ustalone miejsce. Masz cztery godziny, więc tyle czasu powinno być wystarczające.
- Może. - Odpowiedziałem nieusatysfakcjonowany.
- Możecie odejść. - Schyliłem się do Shinju.
- Masz być grzeczna w stosunku do babci Tsunade, gdyż w innym wypadku oberwie mi się i to srogo. Trzymaj. - Zaśmiałem się i puściłem do niej oczko. Następnie podałem jej całe pudełko kredek i stos kartek, by się nie nudziła podczas tych dwóch tygodni mojej nieobecności. - Chociaż niewidoczny, to ciągle będę w pobliżu.
- Wrócisz? - Zapytała pełna smutku.
- Obiecuję. - Chwyciłem małym palcem prawej dłoni jej małego palca. Na jej twarzy zawitał delikatny uśmiech co mnie uspokoiło. By już nie przeciągać, gdyż nie lubię długich pożegnań albo po prostu mi się tak zdaje, wyprostowałem się i wyszedłem powolnym krokiem z gabinetu.
Na dole dogoniła mnie Sakura, która splotła nasze dłonie i zaczęła mi się bacznie przyglądać.
- Ubrudziłem się, czy może mam coś na twarzy? Patrzysz się na mnie jak w obrazek.
- A nie mogę?
- Oczywiście, że możesz. Jestem przystojny, więc czemu by nie? - Zaśmiałem się.
- Narcyz.
- Od razu ,,Narcyz". Po prostu umiem dostrzec swoje zalety. - Po chwili wybuchnęliśmy śmiechem. - Chodź. Odprowadzę cię do szpitala. I tak tam muszę zawitać.
- Związane jest to ze wcześniej wspomnianym, twoim dwutygodniowym zniknięciem?
- Nie mogę nic wyjawić. Naprawdę. Gdyby Hokage nie była potrzebna w tym czymś, to ona sama guzik by wiedziała. Liczba osób znających moje zadanie wynosi równe sześć i niech tak pozostanie. Im mniej osób wie, tym lepiej. Dowiesz się dopiero, gdy będzie po wszystkim.
- Wtedy już nie będzie ważne.
- Akurat tu się mylisz. Będzie to wymagało jeszcze większego skupienia mojej uwagi niż dziś, ale tajemnica rozszerzy się na parę osób. Ty będziesz jedną z nich.
- A czemu?
- Hmmm. Nie wiem. Ot tak sobie. - Już drugi raz w ciągu tego dnia dostałem kuksańca w ramię.
Ze względu na fakt, że trochę mi się śpieszyło, teleportowałem nas do kunaia zamieszczonego przed szpitalem. Nie chciałem stracić możliwości szczerego porozmawiania z siostrą. Pożegnaliśmy się i rozeszliśmy do dwóch różnych korytarzy. Będąc na miejscu zapukałem i nie czekając na pozwolenie wszedłem do pokoju.
- Hej siostra. Wyspałaś się? - Siedziała na krańcu łóżka, patrząc się w podłogę. Dopiero po chwili zwróciła na mnie uwagę.
- Nadal czuję się strasznie zmęczona.
- To przez ciągłe leżenie.
- Próbowałam wstać, ale nie mogłam zbyt długo utrzymać się na nogach.
- Też tak miałem, gdy się wybudziłem. Mięśnie straciły na masie i nie mają sił utrzymywać ciała. Przejdzie. Poza tym, dlatego dzisiaj będę twoim praktycznym oparciem, byś mogła już zacząć ćwiczyć koordynację ruchową.
- Dziś? A co z...
- Załatwiłem nam parę, ekstra godzin. Oprowadzę cię po wiosce i takie tam. Dlatego obiecaj mi teraz, że przez najbliższy czas nie będziesz myślała o pieczęci.
- Zgoda. - Uśmiechnęła się, co natychmiast poprawiło mi humor. Wyciągnąłem podręczny zwój, który zeszłej nocy podarowała mi mama i odpieczętowałem go. Pojawił się spory pakunek.
- Proszę. - Wręczyłem jej ,,upominek", wcześniej go otwierając i stawiając na łóżku. - Nie patrz tak na mnie. Musisz coś na siebie włożyć. Chyba nie myślałaś, że wyjdziesz ze szpitala w tej szpitalnej koszuli, która odkrywa dość dużo, a raczej nie zakrywa w ogóle. - W tej chwili spojrzała na swoje dotychczasowe ubranie, a może na jego brak. Zrobiła wielkie oczy, a na policzkach pojawiły się ogromne, czerwone wypieki. Potem zabarwiła się cała twarz.
- Odwracaj wzrok!!! Nie masz krzty przyzwoitości!?!? - Wydarła się na mnie tak, jakbym to ja był temu winien. Natychmiast próbowała zakryć się rękoma.
- Wypraszam sobie! Nawet nie spojrzałem na tamte okolice. Po drugie. Mam dziewczynę. Po trzecie. Jako moja siostra, nie kręcisz mnie.
- Czyli uważasz, że jestem brzydka? - O masz. Zaczęło się.
- Tego nie powiedziałem!
- Czyli przyznałeś się, że na mnie spojrzałeś!? Inaczej nie możesz zaprzeczać! - No i postawiła mnie pod ścianą. Ta scenka rozwiewa wszelkie możliwości na zostanie negocjatorem.
- Nie! Nie spojrzałem na ciebie! Znaczy... - Szlak!!! Poplątały mi się kwestie!
- No i wszystko jasne! Mam zboczonego braciszka! Podglądać inne dziewczyny, jeszcze zrozumiem, ale własną siostrę? Gdybyś był taki przyzwoity, to od razu powiadomiłbyś mnie o stanie mojego ubioru.
- A mięśnie jadaczki ci się nie skurczyły? - Ta dyskusja prowadzi donikąd.
- Ale nie! Spojrzę sobie raz, a może i dwa. Na pewno nie zauważy! A nawet jeśli, to się wyplącze kłamstewkami i...
Oparłem się o ścianę czekając na cud. Spuściłem głowę w dół i wypuściłem powietrze z bezradności. Po pięciu minutach słuchania jaki ja nie jestem, zdążyłem się wtrącić pomiędzy zdaniami.
- Ubieraj się albo zostawię cię tu na resztę dnia. Uwierz. Uda mi się to załatwić. - Umilkła co potwierdza, że wymienia sobie wszystkie za i przeciw. Postanowiłem jej trochę pomóc. - W dodatku specjalnie dla ciebie przyniosę podwójną porcję szpitalnego kleiku, który gotują kilka pięter poniżej. Moim zdaniem nawet niezły. Ta klejąca się, glutowata, wyśmienicie pachnąca breja z pewnością ci zasmakowała wczorajszego dnia i zjesz ją dzisiaj z wielką przyjemnością.
- Przestań, bo się porzygam. - Chwyciła się za usta i jakoś zmizerniała na twarzy.
- A ja będę musiał pójść na ohydne ramen. Ah. Te idealne, ugotowane kluski i warzywa z wyśmienicie przygotowanym, mięciutkim mięskiem. Nie cierpię tego, ale ktoś musi to jeść, by staruszek nie zbankrutował. - Aż mi zapachniało!
- Dość. Wygrałeś. - W końcu. Powoli kończyły mi się przymiotniki i musiałbym przerzucić się na coś innego. - Wyjdź. Zawołam cię jak się przebiorę. - Posłusznie wykonałem rozkaz i już mnie tam nie było.
Szliśmy ulicą do Ichiraku ramen. Trzymała mnie obydwiema rękami za ramię, by móc utrzymać równowagę. Nie przepadam za żółwim tempem, ale szczerze powiedziawszy nie przeszkadzał on zbytnio, a także pozwalał jej na ,,samodzielne" przemieszczanie się. Kilka razy przystanęliśmy, by złapała oddech. Zazwyczaj przy jakichś bardziej popularnych obiektach. Parę razy uchroniłem ją od nieprzyjemnego upadku. Innymi słowy, zwykły spacer po wiosce.
- I jak? - Zapytała mnie o zdanie.
- Co ,,jak"? - Nie załapałem o co jej może chodzić.
- No, wyglądam. - Słucham!?
- Dwie godziny temu nazwałaś mnie zboczeńcem, a teraz pytasz o wygląd? - Chyba nie powinna jeszcze wychodzić ze szpitala.
- A kogo mam spytać jak nie ciebie?
- Nie wiem, może na przykład samą siebie?
- Naruto!
- Zaczynasz przypominać mi Nanami. Nie każ przechodzić mi przez to samo po raz drugi. - Wspomnienia wróciły.
- A kto to ta Nanami?
- Przyjaciółka. Mieszkałem z nią przez rok w jednym domu na odludziu, gdy brałem nauki u Jej ojca. Ta katana nie jest na pokaz.
- Władasz nią?
- Nie pamiętasz naszej rozmowy z przed trzech miesięcy? - Zamyśliła się i kiwnęła przecząco głową.
- Jest moją główną bronią. Oczywiście posługuje się jeszcze kunaiami, shurikenami i wieloma innymi mniej lub bardziej przydatnymi narzędziami. Wiem również, że Ty także nią walczysz.
- Aaa. Wtedy. Nie należała do mnie. Miałam ją podpiętą do konia. To tyle. Ale wracając do wcześniejszego pytania.
- Myślałem, że się zdołałem wykręcić.
- To żyłeś w błędzie. Zatem. Ta Nanami jest twoją dziewczyną? - Czyli nie to pierwsze o jej wyglądzie? Uf. Czekaj! Nanami moją dziewczyną!?
- Chroń mnie Boże! Nigdy! Chodzę od dobrych paru lat z Sakurą i to się nie zmieni. Nie będę opisywał jej wyglądu ani charakteru, gdyż mógłbym coś niechcianego wypaplać. Poznasz ją niebawem, gdy się spotkacie. Poza tym, mam jej zdjęcie. Proszę.
- Nawet ładna. - Kobiety. - Ma nietypowy kolor włosów.
- W końcu! Dotarliśmy. - Usiedliśmy przy barze. Noa zajęła miejsce po mojej prawej.
- To co zwykle staruszku, lecz razy dwa.
- Już się robi.
- Opowiesz mi jak dotąd żyło ci się w tej wiosce?
- Nie ma co gadać. Jak to zawsze. Dorastasz, poznajesz ludzi, trenujesz by stać się lepszym i jakoś brniesz do przodu. - Wymusiłem uśmiech co chyba wychwyciła i natychmiast zrobiła poważną minę.
- A tak na prawdę?
- Co ja próbuję cię oszukać. - Dostaliśmy swoje porcje ramen, lecz przeszła mi ochota na jedzenie. Patrzyłem w przód, by nie pominąć żadnego szczegółu. - Prawda jest taka, że byłem samotny pod względem znajomych. Wszyscy mieli o mnie wyrobione zdanie, które zrodziło się z nienawiści i rozpaczy do tego co mam w sobie. Do Kyuubiego, lisiego demona zapieczętowanego w dniu naszych narodzin, gdy zniszczył wioskę i zabił kilkaset osób. Od małego byłem wytykany palcami. Rodzice innych zabraniali kontaktu ze mną, a oni sami z biegiem czasu stali się wobec mnie agresywni. Niejednokrotnie, jako parolatek, byłem skatowany do nieprzytomności i spędzałem długie tygodnie w szpitalu. Ale wracając do samotności. Miałem tylko mamę, więc dlatego, gdy tylko pojawiała się w domu po wykonanych misjach, prosiłem o trening. Robiłem to z nudów i jednocześnie by postawić się wszystkim dokoła. A gdy jej nie było, to pałętałem się poza wioską w poszukiwaniu ciekawych miejsc, by móc uciec na jakiś czas i nie wracać.
- A jednak wracałeś. Czemu, skoro z tego co zrozumiałam wszyscy tobą gardzili, pozostałeś w niej? - Żołądek domagał się jedzenia, więc dostarczyłem mu go.
- A gdzie miałbym się podziać? Wszędzie gdzie pojawią się jinhuuriki, są traktowani gorzej niż zwierzęta w społeczeństwie.
- A jakby nikt nie wiedział, że nim jesteś?
- To dowiedzieliby się prędzej czy później. Wtedy posądzaliby cię także o kłamstwo i nawymyślali innych argumentów, by tylko się ciebie pozbyć. Znam to z autopsji. Co z tego, że jestem synem Czwartego Hokage, bohaterem wojny i jednym z najlepszych joninów w wiosce? W ich oczach zawsze pozostanę demonem. To się nigdy nie zmieni.
- W takim razie poznają prawdę i o mnie.
- Wystarczy, że ta tajemnica utrzyma się przez dwa tygodnie. Później zobaczy się ile przetrwa, gdyż ściany mają uszy. - Zdziwiła się na to określenie. - Już prostuję. Przez cały okres naszej rozmowy, licząc te w szpitalu, staram się śledzić niechcianą trzecią, cichą stronę. Mówiąc wprost. Gdy tylko przebywam w wiosce, wyczuwam że ktoś mnie obserwuje.
- Teraz także?
- Tak, lecz jest zbyt daleko, by usłyszeć moje słowa, dlatego także mówiąc do ciebie nie patrzę w twoją stronę. W ten sposób nie odczyta z ruchu warg.
- Zamierzasz coś z tym zrobić? Nie czujesz się zagrożony?
- Nic a nic. Dopóki na obserwacji się kończy, to na to przyzwalam. Oczywiście mój klon już namierzył wścibskiego podglądacza i ma na niego oko. Jest to jeden z Anbu.
- Ja nie byłabym taka spokojna na twoim miejscu.
- To jak? Ruszamy? Mamy dwadzieścia minut na dotarcie do Hokage. - Położyłem pieniądze na barze i podziękowałem za posiłek.
- Przecież..!
- Spokojnie. Mam plan.
- Aaa! Zapomniałam!
- O czym?
- Jak wyglądam? - Schowałem twarz w dłoniach i przeczesałem nimi włosy. Pokręciłem z niedowierzaniem głową i uśmiechnąłem się wprost do swego pecha.
- Szczerze czy kłamać? - Muszę się z nią trochę poprzekomarzać.
- Żarty se stroisz!?
- Pierwsza zaczęłaś. - Zabijała mnie wzrokiem. - To jak?
- Szczerze. - Przybrałem pozę stojącego myśliciela i zmrużyłem oko. Zacząłem się jej przyglądać. Dla żartów kiwałem głową i robiłem miny, by jeszcze bardziej ją zdenerwować.
- Dobra. No to tak. Twoje włosy są długie i czerwone jak u mamy, czyli przepiękne. A propo, mama uwielbia komplementy. Taka drobna rada na przyszłość. Wracając do głównego wątku. Tego samego koloru oczy co włosy, co mnie trochę dziwi, ale mogą być. Z twarzy ładniejsza od naszej rodzicielki. Pewnie dlatego, że jesteś młodsza, ale mnie i tak nie przebijesz. Zabiłaby mnie jakby to usłyszała. Hmmm... nawet przez tą czarną kurtkę widać, że jesteś szczupła i zgrabna.
- Widziałeś mnie w szpitalu.
- Cicho. Ja tu oceniam. Daj się skupić. Dalej widzę, że masz wspaniałe, długie nogi, na których masz teraz założone tego samego koloru spodnie co kurtka. Nie wiem jak wy dziewczyny możecie chodzić w takich opinających ciuchach, ale moja płeć na to nie narzeka i zezwala. - Próbowałem zachować powagę, ale jej wybuch śmiechu nie pozwolił mi na to i sam zacząłem się brechtać. - Obuwie to najnowszy krzyk mody w naszej wiosce. Niby dwadzieścia stopni poniżej zera, ale odkryte palce muszą być. Idealnie dopełnia całą resztę, nadając osobie noszącej ten strój tyle niepowtarzalnego, promieniującego wdzięku, że aż razi w oczy. A twój śmiech zniewala każdego, kto go tylko usłyszy. Dziękuję!
- Hahahaha. Ołoł!!! - Straciła równowagę, a raczej mięśnie nie utrzymały jej wagi ciała. Szybko złapałem ją i po raz siódmy uchroniłem od wypadku.
- A teraz powiedz ,,Ty mój bohaterze".
- Marzenia!
- Wiem. Ale to mi pozostało, bo z pewnością nie usłyszę od Ciebie słowa ,,Dziękuję".
- Zakład?
- Nie zakładam się, bo wiem że przegram. Zrobisz to specjalnie, od razu, gdy tylko zacznie być ważny. Jestem w tym doświadczony. Po tych wszystkich miesiącach przebywania z Jiraiyą, nie dam się już więcej nabrać. - Połknie haczyk, czy też nie?
- Dziękuję. - Przybliżyła się. Poczułem coś mokrego na prawym policzku.
- Tego całusa się nie spodziewałem. - Nie powiem. Jestem troszkę zakłopotany.
- A podziękowań tak?
- Nie byłem pewien. - Podrapałem się w tył głowy, śmiejąc się. - To w drogę. I tak jest już grubo po dwunastej. - Chwyciła mnie za rękę i powolnym krokiem udaliśmy się do budynku Hokage. - Jeszcze trochę, a to ty będziesz musiała mnie nieść, przedtem zbierając z podłogi po reprymendzie naszej kochanej Hokage.
- Śnij dalej. Zostawię Cię tam gdzie będziesz leżał. Nie mam sił, by nieść twoje cielsko.
- Jak to dobrze, że można polegać na własnej rodzinie.
- No widzisz, jaka uczynna jestem! - Tak, jak kamień w wodzie.
- A powiedz mi jedno. Masz jakieś zainteresowania? - Spojrzała w niebo i stała się na chwilę nieobecna.
- No miałam kiedyś konia, dopóki go nie wypuściliśmy. Uwielbiałam go pielęgnować, czesać, karmić, a szczególnie na nim jeździć. Niestety nie mogłam wyruszać za daleko. Miałam pozwolenie tylko do pobliskiej wioski, nigdzie dalej, jednak czas ten wspominam go dobrze. A ty masz jakieś?
- No właśnie myślę nad jakimś, bo powiedzmy sobie szczerze. Czyszczenie broni i sprzątanie pokoju do tej kategorii nie należy.
~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~
Noa:
Nie powiem mu tego w twarz, bo uzna że wygrał życie, ale jest wspaniałą osobą. Opiekuńczym i jednocześnie żartobliwym bratem z którym dzieciństwo mogłoby być niezapomniane. Nawet kiedyś marzyłam o młodszym bracie, ale ten też się nada.
Wielka szkoda, że nasze losy potoczyły się inaczej, bo w tym wypadku oboje spędziliśmy większość życia samotnie, jedynie ze swoją rodziną. Babcia była jeszcze spoko, ale po jej śmierci Namito stał się osobą nie do przebrnięcia, która wnerwia, uprzykrza życie i czepia się wszystkiego. Chociaż bez niego byłoby o wiele gorzej.
Weszliśmy do dużego budynku, zapewne docelowego. Już na nas czekały, Hokage-sama z jakąś dziewczynką i mama przy odnodze od korytarza. Powoli, ale pewnie podeszliśmy do nich.
- Dłużej już nie mogliście? - Spytała zniecierpliwiona Hokage.
- Naruto! - Zna go?
- Jest druga pięćdziesiąt dziewięć, więc wyrobiliśmy się w czasie. - Wyjaśnił brat. - Hej Shinju.
- A widziałeś Namito? Ten człowiek mnie kiedyś wykończy. Miał być tu trzy godziny temu! Do tej pory nikt z pośród moich pięćdziesięciu ludzi go nie znalazł! - Nic nadzwyczajnego. To po prostu cały wujek.
- Proszę zaczekać. - Naruto skupił się, a wokół jego oczu pojawiły się pomarańczowe obwódki, tak jakby się pomalował. Ciekawe co to takiego. - Jest w Pani gabinecie.
- Co!? W jaki sposób!?
- Najprawdopodobniej się tam teleportował.
- Czemu wszyscy Namikaze są tacy upierdliwi!? - Zadała pytanie retoryczne. Nie dziwię się jej. - Shizune. Przyprowadź tego człowieka do nas i zawiadom Anbu, że poszukiwania nie mają już dłużej sensu. - Brunetka pobiegła na górę, a Hokage popatrzyła na mnie. - Mam wielką nadzieję, że Ty, Noa nie będziesz taka jak którykolwiek z tych blondynów.
- Spokojnie. Nie zamierzam. - Odpowiedziałam uśmiechając się. Najwyraźniej odetchnęła z ulgą. Po krótkiej chwili byliśmy już wszyscy.
- Czekałem na Panią i...
- Nie odzywaj się! - Podniosła głos. Tak. To dobra metoda. Następnie zrobiła parę wdechów i wręczyła mu trzy zwoje. - Jest to ściśle tajne zadanie, więc ani pary z ust. Nikt nawet ma cię nie przyłapać na opuszczeniu wioski. Przekażesz srebrny zwój do osobistych rąk Raikage. Do nikogo innego ma nie trafić. Zielony pokażesz strażnikom na granicy. Idź drogą bo inaczej uznają Cię za szpiega, a nie wysłannika i zaatakują bez ostrzeżenia. Nadal po zawarciu pokoju sytuacja jet napięta. Żółty jest dla Ciebie. Przeczytasz go po przekroczeniu granicy. Masz na zadanie dwa tygodnie. Odmaszerować.
- Aż się palę do nowego zadania. - Spojrzała na  niego jednoznacznie ,,Zwijaj się stąd albo nie ręczę za siebie". - Ale praca to praca.
- Zaczekaj. - Zatrzymał go za ramię Naruto. - Chciałbym o czymś poinformować. - Czyżby chodziło o to co mi powiedział? Czyli to miał na myśli.
- Mam nadzieję, że to ważniejsze od jego misji.
- Ktoś mnie obserwuje.
- Ok. To rzeczywiście ważniejsze. Mów.
- Od jakiegoś czasu, nawet przed wojną, ktoś nieustannie mnie szpieguje. Z tego co teraz przekazał mi klon, wypatruje mnie gdzieś przed tym budynkiem. Nic innego nie robi, tylko obserwuje z dalszej odległości.
- To ciekawe, bo ja mam to samo. - Uśmiechnął się wuj, a na twarzy Hokage dostrzegłam zaniepokojenie.
- Nie robicie sobie ze mnie żartów? To poważna sprawa.
- Noa potwierdzi jak o tym z nią rozmawiałem, zaledwie paręnaście minut temu. Co robimy? W każdej chwili mój klon może go złapać i tu przyprowadzić.
- Nie. Mam lepszy pomysł. - Wszyscy spojrzeli na Namito. - Nie wiedzą, że wiemy o nich i niech tak pozostanie. Rozwiążmy swoje dzisiejsze zadania do końca, a za dwa tygodnie przeprowadzę śledztwo. Ale żeby nie dowiedzieli się o nich, zrobimy małą podmiankę z klonami.
- Słuchamy.
- Naruto. Zrób dwa klony i niech jeden przemieni się w Noa. Ona może nie poradzić sobie z tak długim jego utrzymaniem.
- Wypraszam sobie! - Mam go dość! Wnerwia mnie!
- Mają zachowywać się jak wy. Ty pomagasz jej w codziennych czynnościach i czasami trenujesz. Klon Noa ma wcielić się w rolę tymczasowo nie sprawnej dziewczyny. Natomiast mój, niech dostanie dwa tygodnie wolnego. Zanudzi drania na śmierć, a ja teleportuję się daleko poza wioskę. W ten sposób nie zauważy naszego dwutygodniowego zniknięcia. Kushina także niech to uczyni.
- Wspaniały pomysł, ale ja mam jeszcze życie towarzyskie. - Wtrącił się brat. - Jak Sakura straci nad sobą panowanie to niezależnie jaki by to nie był klon, zniknie po jej uderzeniu.
- Bije Cię!? - Zrobiłam wielkie oczy, a on chyba nie był zadowolony z tego co powiedział.
- Wtajemniczę ją, gdy znajdę się w szpitalu. - Powiedziała Hokage.
- Jak mnie zabraknie to ktoś musi utemperować mu nosa. - Zaśmiała się mama, a inni jej zawtórowali. Tylko Namito nie było do śmiechu i lekko się podłamał.
- Ty mamo przeżyjesz i mnie.
- Nawet tak nie mów! Nie zamierzam chować własnego dziecka! - Zagroziła mu pięścią.
- Tak tylko mówię. - Po jego czole spłynęła kropla potu, gdy energicznie wymachiwał rękoma w geście obronnym. A może to i lepiej, że nie mieszkałam z nimi?
- To ustalone! Do zobaczenia. - Zrobił dłońmi pieczęć. Obok pojawił się klon, a oryginał zniknął w żółtym błysku. Naruto postąpił z godnie z planem. Przed sobą ujrzałam samą siebie. Ja tak wyglądam!?!?
- Shizune. Prześlij Jiraiyi wszystko co tu zostało powiedziane. Po jego powrocie wyjaśnię mu także sprawę Noa. Jego doświadczenie się przyda. Zaopiekuj się także na ten moment dzieckiem. A was zapraszam do środka. - Brunetka wypuściła powietrze z ust z dramaturgiczną miną.
Weszliśmy do średniej wielkości sali. Pomieszczenie oświetlały pochodnie znajdujące się na każdej każdej ze ścian. Nadawały temu miejscu mroczny klimat, przez który przeszły mi po plecach ciarki.
- Mam do Hokage pytanie. Nie daje mi ono spokoju. - Naruto zaczął następną rozmowę. - Gdzie podział się ten ogromny stół? W jaki sposób go w ogóle wynieśli? Ważył on z tonę.
- To długa historia. - Zaśmiała się.
~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~
- Hokage-sama jest bezlitosna. Najpierw porządkowanie starych dokumentów i ich przeniesienie wraz z meblami na drugą stronę wioski, a teraz ten stół. Plecy wołają o pomstę.
- Kotetsu. Coś mi się zdaję, że to dopiero początek tych tortur.
- Nieee!
~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~
Noa:
- Córciu. Musisz się rozebrać. W takim stanie dużo nie zdziałamy. - To prawda. Pieczęć jest na brzuchu, a nie dostaną się do niej przez odzież. Naruto już zdążył to zrobić i jest już w samej koszulce i spodniach. Rozciąga się.
- Co!? - Zauważył, że się na niego patrzę. - Moja pierwsza przerwa będzie dopiero za dobę. Muszę to wytrzymać. Nawet gdy ćwiczyłem senjutsu, nie siedziałem dłużej niż dziesięć godzin bez ruchu, a tu muszę stać. - Co to senjutsu?
- Znaczy, lekkie ruchy możesz zrobić. To w niczym nie przeszkadza.
- Przynajmniej tyle.
- Moja droga. Podnieś koszulkę. - Podeszła do mnie Hokage z dość dużą strzykawką. Odchyliłam ją. Poczułam ukucie z lewej i prawej strony brzucha, tuż na jego pograniczu. - To pierwsza dawka morfiny, która znieczuli miejscowo. Reszta podawana będzie poprzez kroplówkę pod którą cię zaraz podepnę.
- Dziękuję. - Odpowiedziałam z grzeczności.
- Noa! Co ty robisz? Zdejmuj te ciuchy i zakładaj specjalne spodnie!
- Yyyy, co? Co masz mamo na myśli?
- Noa. Będziesz tu leżała przez dwa tygodnie. My będziemy mieli przerwy na codzienne potrzeby, ale ty nie.
- Nie owijając w bawełnę, będziesz robiła siku i tą drugą opcję przy nas. - Powiedział bez ceregieli Naruto.
- Coooo!?!?!? - Chyba oszaleli!
- Pstro! Ty myślisz, że to nam się podoba? Spojrzyj dobrze na kształt łóżka. - Odwróciłam się. Rzeczywiście! Mniej więcej w połowie była dziura, a pod nią półka! Część na której miały leżeć moje plecy mogła się podnosić! Nieee! Czemu mnie się to wszystko przytrafia!?
Chcąc czy nie, przebrałam się w to coś. Białe spodnie miały z tyłu dużą, okrągłą dziurę przez którą wszystko było mi widać. Stałam pod ścianą cała czerwona ze wstydu i co chwila sprawdzałam, czy nie rozpruły się z przodu. Następnie, po wskazaniu przez Hokagę łóżka, położyłam się na nim.
- Noa. Musisz zdjąć górę. - Usłyszałam kolejne polecenie od mamy.
- Czemu!?
- Bo ubranie będzie mi przeszkadzać. Muszę na twoim ciele sporządzić kilka mniejszych znaków i pieczęci, które absolutnie będą mi potrzebne. - Rzuciłam koszulkę na resztę nieopodal leżących moich rzeczy. - Mówiąc górę miałam także na myśli stanik. Wiem, że ci się to nie podoba, ale nie mam innego wyjścia.
- Przy nim!? - Wskazałam na Naruto stojącego po prawej stronie. - Nigdy!
- Przecież to twój brat.
- I co z tego!? Nie chcę by widział mnie nago!
- Siostra! Hokage cały czas eksponuje swój biust przy obcych jej ludziach, a ty nie możesz przy rodzinie?
- Jak śmiesz gówniarzu! - Walnęła go w głowę tak, że leżał na podłodze i coś tam mruczał pod nosem. - Za dużo czasu przebywałeś z tym zboczeńcem! To był błąd by wam na to pozwolić na wspólne opuszczenie wioski! - Na chwilę mnie to rozbawiło, ale tylko na chwilę.
- Nie zgadzam się na to, by na mnie patrzył!
- Noa. Chodzi o bezpieczeństwo wioski oraz twoje. Poświęć się raz, a już nigdy nie będziesz musiała. Jako Hokage jestem odpowiedzialna za Ciebie, za Twoją mamę, za tego idiotę i resztę mieszkańców. Już i tak dużo ryzykujemy przeprowadzając ten zabieg tu, w tym budynku. - Powiedziała to do mnie podpinając kroplówkę do mojej prawej ręki. - Z mojej strony to wszystko. Będę tu przychodziła co jakiś czas. Klucz mam tylko ja i wy. Nikt inny tu nie wejdzie. Powodzenia. - Wyszła i zamknęła metalowe drzwi.
- Gdyby nie Tryb Mędrca, miałaby mnie na sumieniu. - Naruto wstał masując się po głowie. Jak dla mnie mógłby tam pozostać.
- Noa. Tsunade ma rację. Poza tym, Naruto z pewnością nie będzie zaskoczony jak wyglądają kobiece piersi. Przecież jest z...
- Mamo! Możemy nie poruszać tej kwestii? - Spojrzał na nią ze złością i jeszcze bardziej czerwony ode mnie. - Nie widzi mi się rozmawianie z Tobą o mojej wiedzy na ten temat.
- W sumie przebywałeś z Jiraiyą...
- Mamo!!!
- Dobrze! Nie krzycz na mnie! Robisz wielką aferę o coś zupełnie normalnego!
- Ale nie jest normalne to, że będę o tym rozmawiał z matką!
- Zamknąć się!!! - Nie wiem czemu, ale podniosłam głos. - Zdejmę go! Ale tylko jedno nieodpowiednie spojrzenie z twojej strony, a nie ręczę za siebie! - Jak powiedziałam tak zrobiłam. Rzuciłam go w kąt i położyłam się, ciągle śledząc wzrok brata.
Ten spojrzał na mamę i wykonał pieczęć. Pojawiło się sześć klonów. Wszystkie miały pomarańczowe obwódki wokół oczu. Mama uczyniła to samo, ale wykonała tylko jednego.
Czterech Naruto usiadło po turecku w kątach pomieszczenia i wykonało sekwencje pieczęci. Pojawiła się przezroczysta bariera w kształcie kopuły, która nas otoczyła.
- To uchroni nas przed wykryciem. Nie przepuszcza czakry ani dźwięku, więc nie będziemy wzbudzali podejrzeń innych. - Wyjaśniła mama. - Jeden mój klon i jeden Naruto będą asystentami, którzy będą nam pomagać i w pewnych momentach zmienią nas na krótką chwilę. Ostatni jego klon będzie zbierał energię natury. Naruto ma troszkę gorsze zadanie, więc potrzebuje on dodatkowych pokładów czakry. Poza tym zwiększa to jego wytrzymałość. Gdybyś umiała wejść w Tryb Mędrca, to nie potrzebna by była morfina.
- A co to ten Tryb Mędrca?
- Wyjaśnimy ci, gdy będzie na to okazja, czyli za paręnaście minut, gdy przebieg naprawiania pieczęci się trochę uspokoi. A teraz Naruto. Złóż ręce jedna na drugą nad jej brzuchem w odległości pięciu centymetrów. Gdyby było ci ciężej utrzymać Kyuubiego, możesz je położyć, lecz wtedy możliwe jest to, że przysporzysz jej bólu. Czakra w tych rejonach będzie potężna. Mogą powstać poparzenia u Noa jak i u Ciebie, ale nie możesz przestać. Zrozumiałeś?
- Tak.
- Przerwa jest tylko na moją komendę. Nigdy indziej! - Zrobiła dłońmi parę pieczęci, a następnie znaki na mnie. Czułam je doskonale na sobie. Niektóre były ciepłe, a inne zimne niczym lód. Uniosłam lekko głowę, by móc obserwować przebieg tego zadania. Tuż nad moją pieczęcią zrobiła kilkadziesiąt ruchów rękoma i przyłożyła je do brzucha. Poczułam czakrę, która chciała się ze mnie wydostać, wręcz wydrzeć.
- Aaaa! - Ból jest nie do zniesienia! Podobno morfina miała pomóc, a nie czuję jej działania! Skóra, piecze niemiłosiernie! Ból przechodzi przez całe całe moje ciało i ciągle się nasila!
- Nie ruszaj się Córciu! Już niedługo..! - Łzy spłynęły po moich policzkach. Chcę uciec, ale nie mogę! Spojrzałam na nich. Mama taka skupiona na swoim zadaniu i cały czas do mnie mówi, lecz nic nie słyszę. Naruto... a z Naruto coś się dzieje dziwnego. Coś...
~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~
Story by Mess

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz