sobota, 25 sierpnia 2018

C.B. - Walka o pieczęć

Oi minna! Oto ostatnia notka, która ukazuje się w tym miesiącu. Niestety, ale na większe tempo pisania mnie nie stać, a weny zaczyna brakować przez zbliżające się kolokwia T_T. Jak to mówią u mnie ,,Ucz się ucz, bo to do potęgi klucz" :P.
Noa:
Powoli otworzyłam oczy. Ujrzałam ciemność. Spróbowałam się poruszyć, ale nic nie poczułam. Nie żyję? Kilka razy mrugnęłam i dopiero wtedy zaczęło się rozjaśniać.
- Gdzie ja jestem? - Spytałam postacie stojące obok mnie.
- Nareszcie się obudziłaś.
- Tylko szkoda, że to znowu ja oberwałem.
- Mama? Naruto?
- Tak. To my. - Dopiero teraz ich zobaczyłam. Stali tam gdzie wcześniej. - Co ci się stało? - Zapytałam brata, który miał zakrwawioną twarz. Klon wycierał mu ją jakąś chusteczką.
- Przed chwilą kopnęłaś mnie prosto w nos. Jednak muszę przyznać. Jesteś cholernie dobrze wygimnastykowana, bo druga noga tylko lekko zmieniła pozycje! Robiłaś kiedyś szpagat?
- Kiedyś specjalnie się rozciągałam, by móc być gibka.
- Też muszę zacząć! Jak skończymy zaczniesz mnie pod tym względem trenować. - Zaśmialiśmy się wszyscy.
- Naruto. Kilka godzin temu mówiłeś, że jej nogi mają niedowład mięśni, a tu był dowód na obalenie tej tezy.
- Ja ją tylko podtrzymywałem. Nic więcej. Mogła sama się przemieszczać.
- Noa, to w takim razie, by ci się nie nudziło poćwiczysz z powrotem nogi i ręce, by wrócić do dawnej świetności. - Nawet dobry pomysł, bo co innego mam do roboty?
- Jednak przed tym. Ile czasu minęło?
- Równe dwanaście godzin. Jest teraz środek nocy. No właśnie. Naruto. Tworzymy po dwa klony, które położą się spać. W ten sposób uda nam się oszukać na jakiś czas nasze ciała i wytrzymać tyle ile powinniśmy. - Pomocnicy przejęli na chwilę trzymanie pieczęci, a oryginalne ciała złożyły pieczęć.
- Dobra. Gotowe. Co ty niby robisz Naruto!?
- Co? - Asystent trzymał przed jego twarzą otwartą książkę.
- Tylko nie mów mi, że to jedna z serii Jiraiyi. Nie lepiej douczyć się czegoś pożytecznego, na przykład kolejnych pieczęci?
- To chcesz mnie ożywić, czy uśpić? Bo jeśli to drugie to odpowiednia droga. Na dodatek nigdy nie miałem czasu, by przeczytać dalsze części tej powieści. Bardziej idealnego momentu nie będzie.
- O czym jest ta książka?
- Córciu, nie chcesz wiedzieć. - Uśmiechnęła się.
- Jest to wspaniała książka, która została napisana przez naszego chrzestnego, Jiraiyę. Był on kiedyś nauczycielem naszego ojca, a wytrenował go Trzeci Hokage. Jest jednym z trzech legendarnych sanninów. Mnie także szkolił. A książka opowiada o przeżyciach ludzi.
- To z pewnością jest ciekawa. Możesz czytać na głos?
- Yyyyy... eee... - Mama spojrzała na niego wymownie czekając na odpowiedź. Zaczął się silnie pocić i poczerwieniał na twarzy.  - Wiesz... gardło mnie boli i... i mam straszną chrypę. - Zakasłał i odchrząknął. - Przykro mi.
- Za to ja mogę ci coś poopowiadać różne historie i prawdziwe wydarzenia. Oczywiście jeśli chcesz. - Promieniowała z niej radość. - Ale to podczas twoich ćwiczeń.
- Dobrze. To Naruto, jak skończymy pożyczysz mi całą serię? - Zaczął szczebiotać zębami, a klon dał mu paznokcie, gdyż swoje dłonie miał zajęte.
- Niestety, ale... ale... ale wszystkie wypożyczyłem z księgarni i... i muszę je niedługo oddać!!!
- Szkoda.
- T-t-takk... wielka! - Nagle wrócił do normalności i stał się poważny. - Przypomniałem sobie, że babunia opiekuje się Shinju. Ciekawe co u nich?
- Nie przejmuj się. Nasza Hokage jest bardzo odpowiedzialną osobą. Na pewno zaopiekowała się nią wzorowo.
~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~
Tsunade:
Późnym wieczorem zabrałam Shinju z bióra. Pierwszy raz przyprowadziłam kogoś do mojego domu. Nikt oprócz Shizune nie wiedział gdzie mieszkam, aż do tej pory. Przez cały czas, Mała była bardzo grzeczna. Ciągle malowała i rysowała, zachowując się cicho i od czasu do czasu wyrażając radość poprzez śmiech, po zakończeniu kolejnych dzieł. Była jak anioł, dopóki nie skończyły jej się arkusze papieru. Byłyśmy już wtedy w domu, więc nie miałam żadnych pod ręką. Postanowiłam pokazać jej pewną grę. Rozdałam pieniądze po równo, potasowałam karty i wyjaśniłam jej zasady. Na tym skończyło się moje szczęście.
Toż to zakrawa pod dział cudów! Ta mała wygrała wszystkie partie z rzędu, a pierwszy raz gra w pokera! Szczęście nowicjusza! Jednak dobra passa jest teraz po mojej stronie! Karty się ułożyły! Postawiłyśmy wszystko! Vabank! Mam fulla!
Ona jak zawsze uradowana. Nic nie mogę odczytać z jej ciągłego uśmiechu. Jej styl tak zwanej twarzy pokerzysty. Jednak nie oszukasz mnie.
- Gotowa?
- Tak!
- Full! Pobij to! - Uderzyłam kartami o stół. Byłam przeświadczona o mojej wygranej. Ona powoli odłożyła karty i ze stoickim spokojem powiedziała:
- Poker królewski. - Szczęka mi opadła. Nie!!! Nie!!! Nie!!! Nie!!! To nie dzieje się na prawdę!!! Prawdopodobieństwo wylosowania tej kombinacji to 1:650 000 !!!
- Taaaak!!! Wygrałam!!! Wszystkie pieniążki należą do mnie!!! - Przytuliła się do wygranej.
Wstałam od stołu załamana i nic nie mówiąc, udałam się do kuchni po kieliszek sake. Otworzyłam szafkę w której zawsze trzymam ten oto trunek. Wzięłam jedną z butelek w dłoń i nalałam odpowiednią porcję przy następnej szafce. Przechyliłam i wyplułam zawartość.
Toż to woda!!!
Podbiegłam do wcześniejszej szafki i ujrzałam liścik. Pisało to:
,,Tsunade-sama, nie powinnaś pić, gdy opiekujesz się dzieckiem, dlatego Naruto poprosił mnie bym pozamieniała sake na zwykłą wodę. Spokojnie, oddam wszystko za dwa tygodnie.
Shizune.
Ps. Kupił przepyszną herbatę, która stoi tuż obok kuchenki."
- Za-bi-jęęęę!!! - Zgniotłam kieliszek w dłoni.
~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~
Noa:
- W to nie wątpię. Jest, straszna i wredna, ale to nie zmienia faktu, że jest także odpowiedzialną i rzetelną osobą w wykonywaniu swoich obowiązków. Gdy przychodzę do jej biura i spoglądam na tę kupę papierów do przejrzenia i podpisania, to czasami odechciewa mi się zostania kolejnym Hokage. - Ciekawych rzeczy można się dowiedzieć.
- Nie marudź. To poważna praca.
- Tak, ale siedząca. Nie wiem czy dałbym radę tyle usiedzieć na krześle. Wolę być w ruchu aniżeli w miejscu.
- Ale teraz musisz stać tu przez dwa tygodnie. - Wtrąciłam się.
- Ale z obowiązku wobec rodziny, nie z własnej woli.
- Wypraszam sobie! - Uniosła się mama. - A kto ciągle pytał się o jej stan i ponaglał!? Po drugie zobacz, że dałbyś radę na stanowisku Hokage. To też są obowiązki, więc nie pyskuj mi, że nagle wszystko ci się odwidziało.
- Nie, nie odwidziało mi się. Po prostu wolę wszystko zrobić w jakimś porządku. Jestem joninem i jednocześnie należę do Anbu, a nadal nie dostałem tytułu senseia. - Brat jest w Anbu? Nie wspominał o tym.
- Czyli o to się rozchodzi! Hahahaha. - Widać, że bardzo rozbawiło ją to. - Ty już chcesz prowadzić jakąś drużynę!
- No chyba tak?
- Na to trzeba zasłużyć i mieć kwalifikacje. Zasłużyć to zasłużyłeś, ale nie masz zielonego pojęcia o wychowaniu młodych shinobi.
- Przecież jeszcze nie tak dawno, bo parę lat temu, sam się szkoliłem, więc wiem o co w tym wszystkim chodzi.
- To nie to samo. Każdy ma osobne podejście do tego tematu. Musisz wyrobić swoje, by Hokage przydzieliła ci drużynę geninów, a nadal dorastasz i może się w oka mgnieniu zmienić. Na pewno także na decyzję ma duży wpływ Kyuubi zapieczętowany w tobie. Nie każdemu spodobałaby się wiadomość, że jego dziecko jest pod opieką jinhuuriki. Te dwa aspekty trzymają Tsunade w ryzach, więc musisz udowodnić, że jest inaczej, ale nie tylko jej, ale wszystkim wokół.
- Udowodniłem ponad trzy miesiące temu i nic z tego nie wyszło.
- To staraj się bardziej i nie przejmuj się. Doczekasz się w życiu wszystkiego.
- Naruto. Wspomniałeś, że jesteś w Anbu. To prawda? - Niezmiernie ciekawi mnie ta kwestia.
- Hmmm. Tak i nie. Na co dzień jestem zwykłym joninem Wioski Ukrytej w Liściach. Zakładam maskę tylko i wyłącznie do zadań specjalnych, przydzielonych od babuni, które wymagają anonimowości. Do chwili obecnej miałem tylko dwa takie, jednak przez braki kadrowe, najprawdopodobniej będę dostawał ich znacznie więcej. - Zrobił grymas.
- To prawda. W tej bezsensownej wojnie zginęło wielu wyśmienitych shinobi.
- Nie wydajesz się być zadowolony z tego powodu.
- Nie powiem, lubię ryzyko z nimi związane. Zazwyczaj chodzi oto, by kogoś zabić, szczególnie, że jest tak zwana książeczka Bingo. Mamy obowiązek wyeliminować osoby w niej zawarte, od razu, gdy tylko je zlokalizujemy. - Spuścił wzrok. Coś go najwyraźniej gryzie.
- To znasz tego, który nas śledził?
- Nie. Sprawa w Anbu wygląda tak. Są pododdziały, które podlegają dowódcy i Hokage. Tylko bliscy znajomi się tam znają i wiedzą, która maska ukrywa daną twarz. Jest ona zazwyczaj powiązana z imieniem przyznawanym przez Tsunade, inaczej mówiąc, pseudonim. Gdy nosimy strój, tylko to imię nas obowiązuje, nigdy inne, by nie wyjawić tożsamości i nie narażać na niebezpieczeństwo swoich towarzyszy broni. Oczywiście zawsze wychodzi tak, że znasz z imienia i nazwiska cały oddział, gdyż masz do nich całkowite zaufanie. Jednak ja tam nikogo nie znam. Byłem tylko raz, by wyrobili mi tatuaż. Oto cała moja znajomość. Można powiedzieć, że jestem na osobiste zawołanie Hokage. Może kiedyś się to zmieni i będę musiał współpracować z kimś innym niż ze samym sobą. W dodatku jest jeszcze jedna sprawa.
- Co takiego?
- Istnieje rozłam. - Zabrała głos mama. - Na Anbu podlegające Hokage i na Anbu root, inaczej nazywanym Korzeniem, podlegające Danzo. Tchórz czepiający się wszystkiego co zadecyduje obecnie urzędująca Hokage. Ale nie tylko jej. Nienawidził Trzeciego i próbował namówić go, by Naruto nie dostał się nigdy do Akademii Ninja, bo jest jinhuuriki. Stary pierdziel myślący tylko o sobie. W tej wojnie jego podwładni w ogóle nie uczestniczyli w działaniach. Nawet nie bronili Hokage. Nie zdziwiłabym się, jeśli to właśnie jego człowiek was śledził. Kiedyś byli mniej liczni niż zwykłe Anbu, ale teraz pewnie są na równym poziomie. Ich działalność zawsze była podejrzana. Po nich można spodziewać się wszystkiego.
~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~
Minął tydzień. Klon brata pomagał mi w treningu kończyn, a on sam zagadywał. Rozmowy trwały w najlepsze. Dowiedziałam się wszystkiego o funkcjonowaniu wioski i jej ludziach. O charakterach i nawykach innych. Mama przestrzegła przed chrzestnym, a Naruto go bronił. Miał przezwisko nadane przez brata, Ero-sennin. Po nim samym mogłam się spodziewać, czemu mama za nim nie przepada.
Jednak przez dwie godziny ucichli i nie odzywali się. Mama wiadomo, musiała się skupić i wykonywać to kolejne sekwencje pieczęci. Jednak Naruto zamyślił się i nie ruszał, tak jakby stał się posągiem.
- Brat!? Halo!? Ziemia do Naruro!
- Hmm? - Popatrzył na mnie zdezorientowany.
- Ty jeszcze żyjesz? Co się tak zamyśliłeś?
- Tak jakoś. - Nie dałam się zbyć i zaczęłam przewiercać go wzrokiem. - Muszę coś wykombinować z pewną moją myślą, bo nie daje mi ona spokoju.
- To powiedz o co chodzi. Może pomogę.
- To nie takie proste jak myślisz. Do tego przydałby się ojciec niż ktokolwiek inny. - Chyba nie chciał tego mówić.
- Minato i rady dla syna? - Mama skończyła pieczęcie i znów lekko przemieszczała palce po moim brzuchu. - Co ty przeskrobałeś, że jest ci On potrzebny? Moje rady się nie przydadzą?
- No właśnie nie za bardzo. Przynajmniej tak sądzę.
- To gadaj, a nie trzymasz nas w niepewności, dattebane!
- Nie! To moja sprawa. - Jaki zrobił się tajemniczy. Czym to jest spowodowane?
- Mów albo ci nie dam spokoju do końca mego życia! Poruszyłeś temat to go wyjaw i dokończ!
- Jak powiem o co się rozchodzi to z pewnością nie dasz mi żyć. Do Noa nie mam pewności.
- Brat. Nie tchórz przed nami i wykrztuś to z siebie!
- A nie wygadacie nikomu innemu? Jiraiya i Namito wiedzą, ale za bardzo pomóc nie umieją. Nie mam się do kogo zwrócić, bo tata odszedł z tego świata, a nikt inny nie ma o tym zielonego pojęcia.
- Zaraz szlak mnie trafi! Powiesz wreszcie czy nie!?!? - Nachyliła się w jego stronę.
- Mam zamiar oświadczyć się Sakurze! - Nie wytrzymał i wywrzeszczał.
Nastała taka cisza jakiej nigdy nie było na świecie. Przyrzekam, że mogłam usłyszeć pająka budującego sieć przy suficie tego pomieszczenia.
Mnie i mamie otworzyły się usta oraz oczy ze zdziwienia. Wstrzymałyśmy oddech.
Czy brat właśnie powiedział, że się oświadczy? Nie, nie, musiałam się przesłyszeć. Ale...
- Naruto. Ty mówisz na poważnie, czy to twój kolejny, nieudany żart?
- A gdyby był to żart, to zastanawiałbym się nad tym dobre dwa tygodnie? Oczywiście, że nie!
- Nie wiem co powiedzieć. Zaskoczyłeś mnie tym. - Nie tylko ją!
- Uwierz mi na słowo, że samego siebie też.
- To gratulacje podjęcia tak dorosłej decyzji, dattebane! Masz już odpowiedni pierścionek?
- Tak. Na chwilę obecną schowałem go w domu.
- Na co ty czekasz!? Czemu nie zrobiłeś tego zanim tu utknęliśmy!? Nie ma co zwlekać! Sakura z pewnością zaniemówi, jak my teraz!
- Zgadzam się z mamą w stu procentach. - Przyznałam jej rację, gdyż na miejscu tej dziewczyny, także bym tego zapragnęła po tak długiej znajomości na tym poziomie co opisywał brat.
- Opowiesz w jaki sposób tata oświadczył się tobie? Bo... - Zaciął się na krótką chwilę spuszczając głowę. - ...bo ja nie wiem jak ja mam to zrobić.
- Mój Boże. To o to się rozchodzi? Przez cały czas kombinowałeś w jaki sposób to zrobić? - Wzięła głębszy oddech i popatrzyła na Niego z politowaniem. - Może trochę się zawiedziesz, ale twój ojciec wyszedł przy tym na kompletnego kretyna. Pamiętam to jak dziś. Przyszedł do mnie przed wyruszeniem na trzecią wielką wojną shinobi z kwiatami i pudełeczkiem przed widownią kilkudziesięciu naszych znajomych i dowódców. Gdy otworzył pudełeczko szczęki opadły wszystkim. Było puste. Dalszej relacji ci nie wyjawię, ale z łatwością możesz wynieść z tego parę wniosków.
- Czyli mi nie pomożesz?
- Nie. Najważniejsze jest to, byś nie odwalił czegoś takiego jak Minato, a wszystko ułoży się po twojej myśli. - Uśmiechnęła się.
- Dzięki. - Chyba nie był zadowolony z tej pomocy.
- Jestem taka podekscytowana z tego powodu, że mój synek został prawdziwym mężczyzną! Gdy już załatwisz to i owo, a na jej palcu zagości ten przecudny dowód twojej miłości, powiadom mnie o tym. Mam dla niej prezent.
- Mam? - Zapytał podejrzliwie.
- No zobaczysz, gdy będzie gotów.
- Niech ci będzie.
- Naruto. - Spojrzał na mnie z zainteresowaniem. - Jak to jest się zakochać?
- Dowiesz się, gdy przyjdzie na to pora. - Moje usta utworzyły kreskę. - Nie umiem tego wyjaśnić. Sakura jest dla mnie wszystkim. Rzuciłem się za nią w ogień i powtórzyłbym to drugi raz. Bez niej życie, byłoby bezsensowne.
- Wybacz, że Ci przerwę. Zgadza się. Tak po krótko można to wytłumaczyć. Ale teraz musimy zająć się ważniejszą sprawą. Znów poluzuję pieczęć. Przygotuj się, bo najprawdopodobniej będzie uwalniało się więcej czakry niż na początku.
- No to do dzieła, Kurama. Pokaż mi jak wygląda nowa powłoka, bo przedtem była tragiczna.
Powietrze zgęstniało oraz zrobiło się cieplej. Moim oczom ukazała się wydobywająca z ciała brata, czerwono-krwista czakra, która obwinęła się wokół niego. Po paru sekundach uformowała się i uspokoiła. Na głowie widniała para uszu wystająca z blond włosów i pochylonych do tyłu. Jego lewe oko zmieniło barwę, a źrenica zwężała. Jego rysy twarzy się wyostrzyły. Jego dłonie zmieniły się w łapy z pazurami jak u dzikiego zwierzęcia, czakra sięgała do łokcia. Zza jego pleców pojawiło się dziewięć ogonów. To były jedyne różnice, które teraz dostrzegłam.
- Lepiej. Jednak w jaki sposób, tak zubożona wersja, ma mnie ochronić? - Usłyszałam teraz głos należący do demona:
- Teraz raczej ci się nie przyda pełna powłoka, więc z łaski swojej, zamknij mordę i przestań narzekań. Poza tym z jakichś dziwnych przyczyn nie możemy uzyskać zupełnej transformacji. 
- To był twój Kyuubi? - Zapytałam.
- Yhym. Fajny charakterek, czyż nie?
- Może.
- Szykuj się, Naruro. Otwieram.
Z mego brzucha wyleciała czerwona czakra, która tuż po chwili, dzięki staraniom brata, wróciła tam skąd przybyła. Widziałam na jego twarzy, że wysiłek musiał być nieludzki. Robił grymasy, a pot spływał mu po czole.
- Zostań tam gdzie jesteś! - Wykrzyczał, a jego ogony powędrowały nad moją pieczęć.
Nie czułam nic. Przez ten tydzień zdążyłam przyzwyczaić się do bólu w okolicach brzucha, ale normalny dotyk spokojnie wyczuwałam. Nie mam zielonego pojęcia czemu tak się stało, ale nie będę narzekała, bo to co odczułam na początku, było jak rozrywanie mego ciała na drobne kawałeczki. Teraz mogę się zrelaksować i na spokojnie obserwować ich starania.
~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~
Tsunade:
Mija już dwunasty dzień opieki na tą Małą. Jak ten czas szybko leci. Sama jestem tym zdziwiona. Myślałam, że będzie to przejście przez piekło, a mile się zaskoczyłam. Nie pamiętam już, kiedy ja miałam siedem lat, a co dopiero bawienie się w śniegu. Teraz wolałabym posiedzieć przy kominku z sake na rozgrzanie organizmu i poczytać dobrą książkę.
Czekałam przy bramie na ważnych gości, którym nie może stać się krzywda, dlatego wysłałam najodpowiedniejszą osobę do tego zadania. Miejmy nadzieję, że Ta Cholera nie spóźni się po raz setny! Nie zamierzam tu marznąć.
W oddali ujrzałam trzy sylwetki zbliżające się do bramy. Padał śnieg, więc zgaduję, że odległość nas dzieląca to jakieś dwieście metrów. Poprawiłam swój zielony płaszcz i splotłam ręce przy klatce piersiowej.
- Nie spodziewałem się, że Hokage nas przywita. - Prowadzący zdjął kaptur ukazując swoje blond włosy.
- Poprawka. Dwóch moich gości. Ciebie mam już dość. - W tej chwili śnieżka pochodząca z rąk dziecka, wylądowała na twarzy Namito, idealnie gdy ten próbował się odezwać. Śnieg zatkał jego usta. Wypluł go i spojrzał na Shinju, która zdążyła przybić ze mną piątkę i ukryć się za mną. - Chodźcie za mną. Omówimy wszystko w gabinecie.
Zbliża się trzecia. Kushina powinna powoli kończyć swoje zadanie. Mam nadzieję, że po ostatniej mojej wizycie nic się nie pogorszyło. Obydwoje wydawali się wyczerpani. Nic dziwnego skoro czakra nieustannie wydostaje się z Noa od dobrych dwóch dni, a Oni sami praktycznie nie śpią.
Weszliśmy do budynku. Już mieliśmy mijać korytarz prowadzący do sali, gdy z niego z ogromną szybkością wyleciał Naruto, uderzając w przeciwległą ścianę, powodując, że się ukruszyła. Był on w trybie ogonów, lecz wyglądał inaczej niż kiedyś. Jedną dłoń trzymał przy sobie złożoną w pół pieczęć, drugą zaś wyciągniętą w stronę sali. Po chwili doskoczyła do niego lisia postać i chwyciła go za gardło, dusząc przy tym.
Naruto:
Co za potęga. Ten przebiegły lis zebrał więcej czakry niż ja sam posiadam w podwójnej ilości.
Trzyma mnie za gardło jedną z łap. Zranił mnie nią, gdy się wydostał. Jest On ledwo widoczny, ale łatwo go dostrzec. Oto postać lisa o dziewięciu ogonach.
Czy mamie się nic nie stało!? Wyszedł nagle, bez ostrzeżenia. Nie miałem szans go zatrzymać. Jednak, gdyby miało to miejsce, byłby w swojej pierwotnej formie, a nie postaci zbudowanej z czakry. To znaczy, że pieczętowanie się nie zakończyło. Muszę go tam wepchnąć z powrotem!
Wykorzystałem chwilę bezruchu na zebranie naturalnej energii. Odciągnąłem jego łapę, a następnie uniknąłem drugiej, która wbiła się obok mnie. Odkopnąłem go na metr. Następnie zrobiłem ruch ręką i gdy wyprostowałem ją całkowicie, uwolniłem całą naturalną energii, wysyłając Go z powrotem do pomieszczenia. Upadłem na kolana, lecz nadal trzymałem pół pieczęć. Tylko dzięki niej pozostanie tam przez krótką chwilę bez mojej ingerencji i da mi to czas na złapanie oddechu. W tej chwili ujrzałem, że mam towarzystwo.
- Nic się tu nie wydarzyło. Idziemy dalej. - Stwierdziła Hokage, przechodząc z Namito i dwoma innymi osobami w głąb korytarza.
Kushina:
- Naruto! - Z ogromną siłą, demon wyrzucił go z sali.
Metalowe drzwi wyłamały się, a wszystkie klony zniknęły od wszechobecnej czakry demona mojej córki. Lecz coś jest nie tak! Czemu nam się nic nie stało!? Spojrzałam na Noa i na siebie. Byłyśmy otoczone pomarańczową czakrą, która najwyraźniej nas chroniła. Jej pochodzenie mnie zaskoczyło. Była to ta sama, która próbuje nas zabić! Spojrzałam jeszcze raz na Noa. Miała zamknięte oczy i coś tam mamrotała, przekręcając głowę w tę i w tę stronę. To jej sprawka! Zdolna córcia! Jednak nie czas na pochwały! Muszę dokończyć ostatni element!
Złożyłam następne kilkadziesiąt pieczęci i przystawiłam, promieniujące fioletową poświatą, dłonie do brzucha. Naznaczyłam cały zarys pieczęci. W tej chwili z ogromnym impetem demon wpadł z powrotem do środka. To świadczy o tym, że Naruto daje radę. Wleciał On zakrwawiony na piersi i rzucił się na demona próbując przytrzymać jego wszystkie łapy i ogony.
- Wytrzymaj jeszcze trochę!!! - Wykrzyczałam do Niego. - Nie pozwól mu ponownie wyjść z pomieszczenia!!! Inaczej nie zamknę klatki!!!
- Łatwo powiedzieć!!! Może się zamienimy!?!? - Kyuubi próbował ugryźć go w twarz, którą odciągał do tyłu jak tylko mógł. Zamknęłam oczy, by nie pomylić się w sekwencji znaków, jaką robi się przy tworzeniu pieczęci. Następnie uderzyłam pięcioma palcami i przekręciłam dłoń w prawą stronę.
Czakra demona powoli wycofywała się do ciała Noa, znikając w rejonach brzucha.
- Koniec! - Popłakałam się ze szczęścia, upadając na ziemię wyczerpana fizycznie jak i psychicznie. Naruto leżał na plecach ciężko oddychając. Jednak to nie koniec jego zadania. Mam do niego jeszcze jedną prośbę. - Naruro. Zmartwię Cię, ale musisz pójść do Hokage i poinformować ją o pozytywnym zakończeniu zadania.
- Jak zwykle, to Ja wykonuję czarną robotę.
Naruto:
Co Ona sobie myśli!? Że jestem bardziej wypoczęty od niej!? Niedopuszczalne!
- Pośpiesz się, by nikt nie zauważył tego co tu się odbywało. - Czemu ja!?
Przestań się mazać i pokaż, że masz jaja. Potem sobie odpoczniesz.
Od kiedy to jesteś po stronie mojej mamy!?
Od chwili w której zacząłeś zachowywać się jak baba. Nie dramatyzuj, tylko szoruj na górę. Ja idę spać.
I zostawisz mnie tak!? Kurama!!! Nie udawaj, że już zasnąłeś i pomóż mi!!!
Zzzz.
Cholerny futrzak!!!
~~~~~~~~~~~~~~~~
Story by Mess

sobota, 18 sierpnia 2018

C.B. - Rodzeństwo

Oi minna! Od razu wyjaśniam, że troszkę się zagalopowałem z tym co tutaj wyczytacie, gdyż miał to być tylko krótki początek, a nie cała, osobna notka XD. Jednak widzę w niej niemały sens, więc nie jestem nią zawiedziony. Mam nadzieję, że wy także ją odczujecie jak ja sam, czyli rozdział na luzie :). Zapraszam do czytania i komentowania!
~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~
Naruto:
Około godziny ósmej znaleźliśmy się przed drzwiami gabinetu Hokage. Zapukałem raz, drugi. Bez rezultatu. Nacisnąłem klamkę, a drzwi otworzyły się. Moim oczom ukazała się śpiąca babcia Tsunade, leżąca na biurku niczym na miękkiej poduszce.
- Lepiej jej nie budzić. - Stwierdziła Sakura. - Jest wtedy niebezpieczna dla otoczenia.
- To nie zmienia faktu, że należy to zrobić. Nie dosyć, że musi zająć się Shinju to w dodatku za parę minut zaczynają się jej godziny przyjęć. Ma obowiązki związane z papierami, szpitalem i... - O mały włos, a wypaplałbym tajną informację.
- I?
- Chciałem jeszcze coś wymienić, ale zapomniałem. - Podszedłem troszkę bliżej w stronę biurka. - Hokage-sama! - Podniosłem głos.
- Boże święty! Nie drzyj się tak! - Wyprostowała się jak poparzona.
- Inaczej Pani bym nie zbudził.
- Już nadeszło jutro? - Spojrzała na mnie i oparła się o krzesło. - Shizune! - Po paru chwilach przybiegła brunetka.
- Tak, Hokage-sama?
- Zorganizuj jakiś stolik i krzesełko dla tej małej. Czekaj! Przynieś mi kawy. To wszystko.
- Hai!
- Sakura. Zastąpisz mnie dzisiaj w szpitalu w godzinach 12-15. Potem ci to jakoś zrekompensuję. A ty, Naruto. Masz o tej porze przybyć we wcześniej ustalone miejsce. Masz cztery godziny, więc tyle czasu powinno być wystarczające.
- Może. - Odpowiedziałem nieusatysfakcjonowany.
- Możecie odejść. - Schyliłem się do Shinju.
- Masz być grzeczna w stosunku do babci Tsunade, gdyż w innym wypadku oberwie mi się i to srogo. Trzymaj. - Zaśmiałem się i puściłem do niej oczko. Następnie podałem jej całe pudełko kredek i stos kartek, by się nie nudziła podczas tych dwóch tygodni mojej nieobecności. - Chociaż niewidoczny, to ciągle będę w pobliżu.
- Wrócisz? - Zapytała pełna smutku.
- Obiecuję. - Chwyciłem małym palcem prawej dłoni jej małego palca. Na jej twarzy zawitał delikatny uśmiech co mnie uspokoiło. By już nie przeciągać, gdyż nie lubię długich pożegnań albo po prostu mi się tak zdaje, wyprostowałem się i wyszedłem powolnym krokiem z gabinetu.
Na dole dogoniła mnie Sakura, która splotła nasze dłonie i zaczęła mi się bacznie przyglądać.
- Ubrudziłem się, czy może mam coś na twarzy? Patrzysz się na mnie jak w obrazek.
- A nie mogę?
- Oczywiście, że możesz. Jestem przystojny, więc czemu by nie? - Zaśmiałem się.
- Narcyz.
- Od razu ,,Narcyz". Po prostu umiem dostrzec swoje zalety. - Po chwili wybuchnęliśmy śmiechem. - Chodź. Odprowadzę cię do szpitala. I tak tam muszę zawitać.
- Związane jest to ze wcześniej wspomnianym, twoim dwutygodniowym zniknięciem?
- Nie mogę nic wyjawić. Naprawdę. Gdyby Hokage nie była potrzebna w tym czymś, to ona sama guzik by wiedziała. Liczba osób znających moje zadanie wynosi równe sześć i niech tak pozostanie. Im mniej osób wie, tym lepiej. Dowiesz się dopiero, gdy będzie po wszystkim.
- Wtedy już nie będzie ważne.
- Akurat tu się mylisz. Będzie to wymagało jeszcze większego skupienia mojej uwagi niż dziś, ale tajemnica rozszerzy się na parę osób. Ty będziesz jedną z nich.
- A czemu?
- Hmmm. Nie wiem. Ot tak sobie. - Już drugi raz w ciągu tego dnia dostałem kuksańca w ramię.
Ze względu na fakt, że trochę mi się śpieszyło, teleportowałem nas do kunaia zamieszczonego przed szpitalem. Nie chciałem stracić możliwości szczerego porozmawiania z siostrą. Pożegnaliśmy się i rozeszliśmy do dwóch różnych korytarzy. Będąc na miejscu zapukałem i nie czekając na pozwolenie wszedłem do pokoju.
- Hej siostra. Wyspałaś się? - Siedziała na krańcu łóżka, patrząc się w podłogę. Dopiero po chwili zwróciła na mnie uwagę.
- Nadal czuję się strasznie zmęczona.
- To przez ciągłe leżenie.
- Próbowałam wstać, ale nie mogłam zbyt długo utrzymać się na nogach.
- Też tak miałem, gdy się wybudziłem. Mięśnie straciły na masie i nie mają sił utrzymywać ciała. Przejdzie. Poza tym, dlatego dzisiaj będę twoim praktycznym oparciem, byś mogła już zacząć ćwiczyć koordynację ruchową.
- Dziś? A co z...
- Załatwiłem nam parę, ekstra godzin. Oprowadzę cię po wiosce i takie tam. Dlatego obiecaj mi teraz, że przez najbliższy czas nie będziesz myślała o pieczęci.
- Zgoda. - Uśmiechnęła się, co natychmiast poprawiło mi humor. Wyciągnąłem podręczny zwój, który zeszłej nocy podarowała mi mama i odpieczętowałem go. Pojawił się spory pakunek.
- Proszę. - Wręczyłem jej ,,upominek", wcześniej go otwierając i stawiając na łóżku. - Nie patrz tak na mnie. Musisz coś na siebie włożyć. Chyba nie myślałaś, że wyjdziesz ze szpitala w tej szpitalnej koszuli, która odkrywa dość dużo, a raczej nie zakrywa w ogóle. - W tej chwili spojrzała na swoje dotychczasowe ubranie, a może na jego brak. Zrobiła wielkie oczy, a na policzkach pojawiły się ogromne, czerwone wypieki. Potem zabarwiła się cała twarz.
- Odwracaj wzrok!!! Nie masz krzty przyzwoitości!?!? - Wydarła się na mnie tak, jakbym to ja był temu winien. Natychmiast próbowała zakryć się rękoma.
- Wypraszam sobie! Nawet nie spojrzałem na tamte okolice. Po drugie. Mam dziewczynę. Po trzecie. Jako moja siostra, nie kręcisz mnie.
- Czyli uważasz, że jestem brzydka? - O masz. Zaczęło się.
- Tego nie powiedziałem!
- Czyli przyznałeś się, że na mnie spojrzałeś!? Inaczej nie możesz zaprzeczać! - No i postawiła mnie pod ścianą. Ta scenka rozwiewa wszelkie możliwości na zostanie negocjatorem.
- Nie! Nie spojrzałem na ciebie! Znaczy... - Szlak!!! Poplątały mi się kwestie!
- No i wszystko jasne! Mam zboczonego braciszka! Podglądać inne dziewczyny, jeszcze zrozumiem, ale własną siostrę? Gdybyś był taki przyzwoity, to od razu powiadomiłbyś mnie o stanie mojego ubioru.
- A mięśnie jadaczki ci się nie skurczyły? - Ta dyskusja prowadzi donikąd.
- Ale nie! Spojrzę sobie raz, a może i dwa. Na pewno nie zauważy! A nawet jeśli, to się wyplącze kłamstewkami i...
Oparłem się o ścianę czekając na cud. Spuściłem głowę w dół i wypuściłem powietrze z bezradności. Po pięciu minutach słuchania jaki ja nie jestem, zdążyłem się wtrącić pomiędzy zdaniami.
- Ubieraj się albo zostawię cię tu na resztę dnia. Uwierz. Uda mi się to załatwić. - Umilkła co potwierdza, że wymienia sobie wszystkie za i przeciw. Postanowiłem jej trochę pomóc. - W dodatku specjalnie dla ciebie przyniosę podwójną porcję szpitalnego kleiku, który gotują kilka pięter poniżej. Moim zdaniem nawet niezły. Ta klejąca się, glutowata, wyśmienicie pachnąca breja z pewnością ci zasmakowała wczorajszego dnia i zjesz ją dzisiaj z wielką przyjemnością.
- Przestań, bo się porzygam. - Chwyciła się za usta i jakoś zmizerniała na twarzy.
- A ja będę musiał pójść na ohydne ramen. Ah. Te idealne, ugotowane kluski i warzywa z wyśmienicie przygotowanym, mięciutkim mięskiem. Nie cierpię tego, ale ktoś musi to jeść, by staruszek nie zbankrutował. - Aż mi zapachniało!
- Dość. Wygrałeś. - W końcu. Powoli kończyły mi się przymiotniki i musiałbym przerzucić się na coś innego. - Wyjdź. Zawołam cię jak się przebiorę. - Posłusznie wykonałem rozkaz i już mnie tam nie było.
Szliśmy ulicą do Ichiraku ramen. Trzymała mnie obydwiema rękami za ramię, by móc utrzymać równowagę. Nie przepadam za żółwim tempem, ale szczerze powiedziawszy nie przeszkadzał on zbytnio, a także pozwalał jej na ,,samodzielne" przemieszczanie się. Kilka razy przystanęliśmy, by złapała oddech. Zazwyczaj przy jakichś bardziej popularnych obiektach. Parę razy uchroniłem ją od nieprzyjemnego upadku. Innymi słowy, zwykły spacer po wiosce.
- I jak? - Zapytała mnie o zdanie.
- Co ,,jak"? - Nie załapałem o co jej może chodzić.
- No, wyglądam. - Słucham!?
- Dwie godziny temu nazwałaś mnie zboczeńcem, a teraz pytasz o wygląd? - Chyba nie powinna jeszcze wychodzić ze szpitala.
- A kogo mam spytać jak nie ciebie?
- Nie wiem, może na przykład samą siebie?
- Naruto!
- Zaczynasz przypominać mi Nanami. Nie każ przechodzić mi przez to samo po raz drugi. - Wspomnienia wróciły.
- A kto to ta Nanami?
- Przyjaciółka. Mieszkałem z nią przez rok w jednym domu na odludziu, gdy brałem nauki u Jej ojca. Ta katana nie jest na pokaz.
- Władasz nią?
- Nie pamiętasz naszej rozmowy z przed trzech miesięcy? - Zamyśliła się i kiwnęła przecząco głową.
- Jest moją główną bronią. Oczywiście posługuje się jeszcze kunaiami, shurikenami i wieloma innymi mniej lub bardziej przydatnymi narzędziami. Wiem również, że Ty także nią walczysz.
- Aaa. Wtedy. Nie należała do mnie. Miałam ją podpiętą do konia. To tyle. Ale wracając do wcześniejszego pytania.
- Myślałem, że się zdołałem wykręcić.
- To żyłeś w błędzie. Zatem. Ta Nanami jest twoją dziewczyną? - Czyli nie to pierwsze o jej wyglądzie? Uf. Czekaj! Nanami moją dziewczyną!?
- Chroń mnie Boże! Nigdy! Chodzę od dobrych paru lat z Sakurą i to się nie zmieni. Nie będę opisywał jej wyglądu ani charakteru, gdyż mógłbym coś niechcianego wypaplać. Poznasz ją niebawem, gdy się spotkacie. Poza tym, mam jej zdjęcie. Proszę.
- Nawet ładna. - Kobiety. - Ma nietypowy kolor włosów.
- W końcu! Dotarliśmy. - Usiedliśmy przy barze. Noa zajęła miejsce po mojej prawej.
- To co zwykle staruszku, lecz razy dwa.
- Już się robi.
- Opowiesz mi jak dotąd żyło ci się w tej wiosce?
- Nie ma co gadać. Jak to zawsze. Dorastasz, poznajesz ludzi, trenujesz by stać się lepszym i jakoś brniesz do przodu. - Wymusiłem uśmiech co chyba wychwyciła i natychmiast zrobiła poważną minę.
- A tak na prawdę?
- Co ja próbuję cię oszukać. - Dostaliśmy swoje porcje ramen, lecz przeszła mi ochota na jedzenie. Patrzyłem w przód, by nie pominąć żadnego szczegółu. - Prawda jest taka, że byłem samotny pod względem znajomych. Wszyscy mieli o mnie wyrobione zdanie, które zrodziło się z nienawiści i rozpaczy do tego co mam w sobie. Do Kyuubiego, lisiego demona zapieczętowanego w dniu naszych narodzin, gdy zniszczył wioskę i zabił kilkaset osób. Od małego byłem wytykany palcami. Rodzice innych zabraniali kontaktu ze mną, a oni sami z biegiem czasu stali się wobec mnie agresywni. Niejednokrotnie, jako parolatek, byłem skatowany do nieprzytomności i spędzałem długie tygodnie w szpitalu. Ale wracając do samotności. Miałem tylko mamę, więc dlatego, gdy tylko pojawiała się w domu po wykonanych misjach, prosiłem o trening. Robiłem to z nudów i jednocześnie by postawić się wszystkim dokoła. A gdy jej nie było, to pałętałem się poza wioską w poszukiwaniu ciekawych miejsc, by móc uciec na jakiś czas i nie wracać.
- A jednak wracałeś. Czemu, skoro z tego co zrozumiałam wszyscy tobą gardzili, pozostałeś w niej? - Żołądek domagał się jedzenia, więc dostarczyłem mu go.
- A gdzie miałbym się podziać? Wszędzie gdzie pojawią się jinhuuriki, są traktowani gorzej niż zwierzęta w społeczeństwie.
- A jakby nikt nie wiedział, że nim jesteś?
- To dowiedzieliby się prędzej czy później. Wtedy posądzaliby cię także o kłamstwo i nawymyślali innych argumentów, by tylko się ciebie pozbyć. Znam to z autopsji. Co z tego, że jestem synem Czwartego Hokage, bohaterem wojny i jednym z najlepszych joninów w wiosce? W ich oczach zawsze pozostanę demonem. To się nigdy nie zmieni.
- W takim razie poznają prawdę i o mnie.
- Wystarczy, że ta tajemnica utrzyma się przez dwa tygodnie. Później zobaczy się ile przetrwa, gdyż ściany mają uszy. - Zdziwiła się na to określenie. - Już prostuję. Przez cały okres naszej rozmowy, licząc te w szpitalu, staram się śledzić niechcianą trzecią, cichą stronę. Mówiąc wprost. Gdy tylko przebywam w wiosce, wyczuwam że ktoś mnie obserwuje.
- Teraz także?
- Tak, lecz jest zbyt daleko, by usłyszeć moje słowa, dlatego także mówiąc do ciebie nie patrzę w twoją stronę. W ten sposób nie odczyta z ruchu warg.
- Zamierzasz coś z tym zrobić? Nie czujesz się zagrożony?
- Nic a nic. Dopóki na obserwacji się kończy, to na to przyzwalam. Oczywiście mój klon już namierzył wścibskiego podglądacza i ma na niego oko. Jest to jeden z Anbu.
- Ja nie byłabym taka spokojna na twoim miejscu.
- To jak? Ruszamy? Mamy dwadzieścia minut na dotarcie do Hokage. - Położyłem pieniądze na barze i podziękowałem za posiłek.
- Przecież..!
- Spokojnie. Mam plan.
- Aaa! Zapomniałam!
- O czym?
- Jak wyglądam? - Schowałem twarz w dłoniach i przeczesałem nimi włosy. Pokręciłem z niedowierzaniem głową i uśmiechnąłem się wprost do swego pecha.
- Szczerze czy kłamać? - Muszę się z nią trochę poprzekomarzać.
- Żarty se stroisz!?
- Pierwsza zaczęłaś. - Zabijała mnie wzrokiem. - To jak?
- Szczerze. - Przybrałem pozę stojącego myśliciela i zmrużyłem oko. Zacząłem się jej przyglądać. Dla żartów kiwałem głową i robiłem miny, by jeszcze bardziej ją zdenerwować.
- Dobra. No to tak. Twoje włosy są długie i czerwone jak u mamy, czyli przepiękne. A propo, mama uwielbia komplementy. Taka drobna rada na przyszłość. Wracając do głównego wątku. Tego samego koloru oczy co włosy, co mnie trochę dziwi, ale mogą być. Z twarzy ładniejsza od naszej rodzicielki. Pewnie dlatego, że jesteś młodsza, ale mnie i tak nie przebijesz. Zabiłaby mnie jakby to usłyszała. Hmmm... nawet przez tą czarną kurtkę widać, że jesteś szczupła i zgrabna.
- Widziałeś mnie w szpitalu.
- Cicho. Ja tu oceniam. Daj się skupić. Dalej widzę, że masz wspaniałe, długie nogi, na których masz teraz założone tego samego koloru spodnie co kurtka. Nie wiem jak wy dziewczyny możecie chodzić w takich opinających ciuchach, ale moja płeć na to nie narzeka i zezwala. - Próbowałem zachować powagę, ale jej wybuch śmiechu nie pozwolił mi na to i sam zacząłem się brechtać. - Obuwie to najnowszy krzyk mody w naszej wiosce. Niby dwadzieścia stopni poniżej zera, ale odkryte palce muszą być. Idealnie dopełnia całą resztę, nadając osobie noszącej ten strój tyle niepowtarzalnego, promieniującego wdzięku, że aż razi w oczy. A twój śmiech zniewala każdego, kto go tylko usłyszy. Dziękuję!
- Hahahaha. Ołoł!!! - Straciła równowagę, a raczej mięśnie nie utrzymały jej wagi ciała. Szybko złapałem ją i po raz siódmy uchroniłem od wypadku.
- A teraz powiedz ,,Ty mój bohaterze".
- Marzenia!
- Wiem. Ale to mi pozostało, bo z pewnością nie usłyszę od Ciebie słowa ,,Dziękuję".
- Zakład?
- Nie zakładam się, bo wiem że przegram. Zrobisz to specjalnie, od razu, gdy tylko zacznie być ważny. Jestem w tym doświadczony. Po tych wszystkich miesiącach przebywania z Jiraiyą, nie dam się już więcej nabrać. - Połknie haczyk, czy też nie?
- Dziękuję. - Przybliżyła się. Poczułem coś mokrego na prawym policzku.
- Tego całusa się nie spodziewałem. - Nie powiem. Jestem troszkę zakłopotany.
- A podziękowań tak?
- Nie byłem pewien. - Podrapałem się w tył głowy, śmiejąc się. - To w drogę. I tak jest już grubo po dwunastej. - Chwyciła mnie za rękę i powolnym krokiem udaliśmy się do budynku Hokage. - Jeszcze trochę, a to ty będziesz musiała mnie nieść, przedtem zbierając z podłogi po reprymendzie naszej kochanej Hokage.
- Śnij dalej. Zostawię Cię tam gdzie będziesz leżał. Nie mam sił, by nieść twoje cielsko.
- Jak to dobrze, że można polegać na własnej rodzinie.
- No widzisz, jaka uczynna jestem! - Tak, jak kamień w wodzie.
- A powiedz mi jedno. Masz jakieś zainteresowania? - Spojrzała w niebo i stała się na chwilę nieobecna.
- No miałam kiedyś konia, dopóki go nie wypuściliśmy. Uwielbiałam go pielęgnować, czesać, karmić, a szczególnie na nim jeździć. Niestety nie mogłam wyruszać za daleko. Miałam pozwolenie tylko do pobliskiej wioski, nigdzie dalej, jednak czas ten wspominam go dobrze. A ty masz jakieś?
- No właśnie myślę nad jakimś, bo powiedzmy sobie szczerze. Czyszczenie broni i sprzątanie pokoju do tej kategorii nie należy.
~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~
Noa:
Nie powiem mu tego w twarz, bo uzna że wygrał życie, ale jest wspaniałą osobą. Opiekuńczym i jednocześnie żartobliwym bratem z którym dzieciństwo mogłoby być niezapomniane. Nawet kiedyś marzyłam o młodszym bracie, ale ten też się nada.
Wielka szkoda, że nasze losy potoczyły się inaczej, bo w tym wypadku oboje spędziliśmy większość życia samotnie, jedynie ze swoją rodziną. Babcia była jeszcze spoko, ale po jej śmierci Namito stał się osobą nie do przebrnięcia, która wnerwia, uprzykrza życie i czepia się wszystkiego. Chociaż bez niego byłoby o wiele gorzej.
Weszliśmy do dużego budynku, zapewne docelowego. Już na nas czekały, Hokage-sama z jakąś dziewczynką i mama przy odnodze od korytarza. Powoli, ale pewnie podeszliśmy do nich.
- Dłużej już nie mogliście? - Spytała zniecierpliwiona Hokage.
- Naruto! - Zna go?
- Jest druga pięćdziesiąt dziewięć, więc wyrobiliśmy się w czasie. - Wyjaśnił brat. - Hej Shinju.
- A widziałeś Namito? Ten człowiek mnie kiedyś wykończy. Miał być tu trzy godziny temu! Do tej pory nikt z pośród moich pięćdziesięciu ludzi go nie znalazł! - Nic nadzwyczajnego. To po prostu cały wujek.
- Proszę zaczekać. - Naruto skupił się, a wokół jego oczu pojawiły się pomarańczowe obwódki, tak jakby się pomalował. Ciekawe co to takiego. - Jest w Pani gabinecie.
- Co!? W jaki sposób!?
- Najprawdopodobniej się tam teleportował.
- Czemu wszyscy Namikaze są tacy upierdliwi!? - Zadała pytanie retoryczne. Nie dziwię się jej. - Shizune. Przyprowadź tego człowieka do nas i zawiadom Anbu, że poszukiwania nie mają już dłużej sensu. - Brunetka pobiegła na górę, a Hokage popatrzyła na mnie. - Mam wielką nadzieję, że Ty, Noa nie będziesz taka jak którykolwiek z tych blondynów.
- Spokojnie. Nie zamierzam. - Odpowiedziałam uśmiechając się. Najwyraźniej odetchnęła z ulgą. Po krótkiej chwili byliśmy już wszyscy.
- Czekałem na Panią i...
- Nie odzywaj się! - Podniosła głos. Tak. To dobra metoda. Następnie zrobiła parę wdechów i wręczyła mu trzy zwoje. - Jest to ściśle tajne zadanie, więc ani pary z ust. Nikt nawet ma cię nie przyłapać na opuszczeniu wioski. Przekażesz srebrny zwój do osobistych rąk Raikage. Do nikogo innego ma nie trafić. Zielony pokażesz strażnikom na granicy. Idź drogą bo inaczej uznają Cię za szpiega, a nie wysłannika i zaatakują bez ostrzeżenia. Nadal po zawarciu pokoju sytuacja jet napięta. Żółty jest dla Ciebie. Przeczytasz go po przekroczeniu granicy. Masz na zadanie dwa tygodnie. Odmaszerować.
- Aż się palę do nowego zadania. - Spojrzała na  niego jednoznacznie ,,Zwijaj się stąd albo nie ręczę za siebie". - Ale praca to praca.
- Zaczekaj. - Zatrzymał go za ramię Naruto. - Chciałbym o czymś poinformować. - Czyżby chodziło o to co mi powiedział? Czyli to miał na myśli.
- Mam nadzieję, że to ważniejsze od jego misji.
- Ktoś mnie obserwuje.
- Ok. To rzeczywiście ważniejsze. Mów.
- Od jakiegoś czasu, nawet przed wojną, ktoś nieustannie mnie szpieguje. Z tego co teraz przekazał mi klon, wypatruje mnie gdzieś przed tym budynkiem. Nic innego nie robi, tylko obserwuje z dalszej odległości.
- To ciekawe, bo ja mam to samo. - Uśmiechnął się wuj, a na twarzy Hokage dostrzegłam zaniepokojenie.
- Nie robicie sobie ze mnie żartów? To poważna sprawa.
- Noa potwierdzi jak o tym z nią rozmawiałem, zaledwie paręnaście minut temu. Co robimy? W każdej chwili mój klon może go złapać i tu przyprowadzić.
- Nie. Mam lepszy pomysł. - Wszyscy spojrzeli na Namito. - Nie wiedzą, że wiemy o nich i niech tak pozostanie. Rozwiążmy swoje dzisiejsze zadania do końca, a za dwa tygodnie przeprowadzę śledztwo. Ale żeby nie dowiedzieli się o nich, zrobimy małą podmiankę z klonami.
- Słuchamy.
- Naruto. Zrób dwa klony i niech jeden przemieni się w Noa. Ona może nie poradzić sobie z tak długim jego utrzymaniem.
- Wypraszam sobie! - Mam go dość! Wnerwia mnie!
- Mają zachowywać się jak wy. Ty pomagasz jej w codziennych czynnościach i czasami trenujesz. Klon Noa ma wcielić się w rolę tymczasowo nie sprawnej dziewczyny. Natomiast mój, niech dostanie dwa tygodnie wolnego. Zanudzi drania na śmierć, a ja teleportuję się daleko poza wioskę. W ten sposób nie zauważy naszego dwutygodniowego zniknięcia. Kushina także niech to uczyni.
- Wspaniały pomysł, ale ja mam jeszcze życie towarzyskie. - Wtrącił się brat. - Jak Sakura straci nad sobą panowanie to niezależnie jaki by to nie był klon, zniknie po jej uderzeniu.
- Bije Cię!? - Zrobiłam wielkie oczy, a on chyba nie był zadowolony z tego co powiedział.
- Wtajemniczę ją, gdy znajdę się w szpitalu. - Powiedziała Hokage.
- Jak mnie zabraknie to ktoś musi utemperować mu nosa. - Zaśmiała się mama, a inni jej zawtórowali. Tylko Namito nie było do śmiechu i lekko się podłamał.
- Ty mamo przeżyjesz i mnie.
- Nawet tak nie mów! Nie zamierzam chować własnego dziecka! - Zagroziła mu pięścią.
- Tak tylko mówię. - Po jego czole spłynęła kropla potu, gdy energicznie wymachiwał rękoma w geście obronnym. A może to i lepiej, że nie mieszkałam z nimi?
- To ustalone! Do zobaczenia. - Zrobił dłońmi pieczęć. Obok pojawił się klon, a oryginał zniknął w żółtym błysku. Naruto postąpił z godnie z planem. Przed sobą ujrzałam samą siebie. Ja tak wyglądam!?!?
- Shizune. Prześlij Jiraiyi wszystko co tu zostało powiedziane. Po jego powrocie wyjaśnię mu także sprawę Noa. Jego doświadczenie się przyda. Zaopiekuj się także na ten moment dzieckiem. A was zapraszam do środka. - Brunetka wypuściła powietrze z ust z dramaturgiczną miną.
Weszliśmy do średniej wielkości sali. Pomieszczenie oświetlały pochodnie znajdujące się na każdej każdej ze ścian. Nadawały temu miejscu mroczny klimat, przez który przeszły mi po plecach ciarki.
- Mam do Hokage pytanie. Nie daje mi ono spokoju. - Naruto zaczął następną rozmowę. - Gdzie podział się ten ogromny stół? W jaki sposób go w ogóle wynieśli? Ważył on z tonę.
- To długa historia. - Zaśmiała się.
~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~
- Hokage-sama jest bezlitosna. Najpierw porządkowanie starych dokumentów i ich przeniesienie wraz z meblami na drugą stronę wioski, a teraz ten stół. Plecy wołają o pomstę.
- Kotetsu. Coś mi się zdaję, że to dopiero początek tych tortur.
- Nieee!
~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~
Noa:
- Córciu. Musisz się rozebrać. W takim stanie dużo nie zdziałamy. - To prawda. Pieczęć jest na brzuchu, a nie dostaną się do niej przez odzież. Naruto już zdążył to zrobić i jest już w samej koszulce i spodniach. Rozciąga się.
- Co!? - Zauważył, że się na niego patrzę. - Moja pierwsza przerwa będzie dopiero za dobę. Muszę to wytrzymać. Nawet gdy ćwiczyłem senjutsu, nie siedziałem dłużej niż dziesięć godzin bez ruchu, a tu muszę stać. - Co to senjutsu?
- Znaczy, lekkie ruchy możesz zrobić. To w niczym nie przeszkadza.
- Przynajmniej tyle.
- Moja droga. Podnieś koszulkę. - Podeszła do mnie Hokage z dość dużą strzykawką. Odchyliłam ją. Poczułam ukucie z lewej i prawej strony brzucha, tuż na jego pograniczu. - To pierwsza dawka morfiny, która znieczuli miejscowo. Reszta podawana będzie poprzez kroplówkę pod którą cię zaraz podepnę.
- Dziękuję. - Odpowiedziałam z grzeczności.
- Noa! Co ty robisz? Zdejmuj te ciuchy i zakładaj specjalne spodnie!
- Yyyy, co? Co masz mamo na myśli?
- Noa. Będziesz tu leżała przez dwa tygodnie. My będziemy mieli przerwy na codzienne potrzeby, ale ty nie.
- Nie owijając w bawełnę, będziesz robiła siku i tą drugą opcję przy nas. - Powiedział bez ceregieli Naruto.
- Coooo!?!?!? - Chyba oszaleli!
- Pstro! Ty myślisz, że to nam się podoba? Spojrzyj dobrze na kształt łóżka. - Odwróciłam się. Rzeczywiście! Mniej więcej w połowie była dziura, a pod nią półka! Część na której miały leżeć moje plecy mogła się podnosić! Nieee! Czemu mnie się to wszystko przytrafia!?
Chcąc czy nie, przebrałam się w to coś. Białe spodnie miały z tyłu dużą, okrągłą dziurę przez którą wszystko było mi widać. Stałam pod ścianą cała czerwona ze wstydu i co chwila sprawdzałam, czy nie rozpruły się z przodu. Następnie, po wskazaniu przez Hokagę łóżka, położyłam się na nim.
- Noa. Musisz zdjąć górę. - Usłyszałam kolejne polecenie od mamy.
- Czemu!?
- Bo ubranie będzie mi przeszkadzać. Muszę na twoim ciele sporządzić kilka mniejszych znaków i pieczęci, które absolutnie będą mi potrzebne. - Rzuciłam koszulkę na resztę nieopodal leżących moich rzeczy. - Mówiąc górę miałam także na myśli stanik. Wiem, że ci się to nie podoba, ale nie mam innego wyjścia.
- Przy nim!? - Wskazałam na Naruto stojącego po prawej stronie. - Nigdy!
- Przecież to twój brat.
- I co z tego!? Nie chcę by widział mnie nago!
- Siostra! Hokage cały czas eksponuje swój biust przy obcych jej ludziach, a ty nie możesz przy rodzinie?
- Jak śmiesz gówniarzu! - Walnęła go w głowę tak, że leżał na podłodze i coś tam mruczał pod nosem. - Za dużo czasu przebywałeś z tym zboczeńcem! To był błąd by wam na to pozwolić na wspólne opuszczenie wioski! - Na chwilę mnie to rozbawiło, ale tylko na chwilę.
- Nie zgadzam się na to, by na mnie patrzył!
- Noa. Chodzi o bezpieczeństwo wioski oraz twoje. Poświęć się raz, a już nigdy nie będziesz musiała. Jako Hokage jestem odpowiedzialna za Ciebie, za Twoją mamę, za tego idiotę i resztę mieszkańców. Już i tak dużo ryzykujemy przeprowadzając ten zabieg tu, w tym budynku. - Powiedziała to do mnie podpinając kroplówkę do mojej prawej ręki. - Z mojej strony to wszystko. Będę tu przychodziła co jakiś czas. Klucz mam tylko ja i wy. Nikt inny tu nie wejdzie. Powodzenia. - Wyszła i zamknęła metalowe drzwi.
- Gdyby nie Tryb Mędrca, miałaby mnie na sumieniu. - Naruto wstał masując się po głowie. Jak dla mnie mógłby tam pozostać.
- Noa. Tsunade ma rację. Poza tym, Naruto z pewnością nie będzie zaskoczony jak wyglądają kobiece piersi. Przecież jest z...
- Mamo! Możemy nie poruszać tej kwestii? - Spojrzał na nią ze złością i jeszcze bardziej czerwony ode mnie. - Nie widzi mi się rozmawianie z Tobą o mojej wiedzy na ten temat.
- W sumie przebywałeś z Jiraiyą...
- Mamo!!!
- Dobrze! Nie krzycz na mnie! Robisz wielką aferę o coś zupełnie normalnego!
- Ale nie jest normalne to, że będę o tym rozmawiał z matką!
- Zamknąć się!!! - Nie wiem czemu, ale podniosłam głos. - Zdejmę go! Ale tylko jedno nieodpowiednie spojrzenie z twojej strony, a nie ręczę za siebie! - Jak powiedziałam tak zrobiłam. Rzuciłam go w kąt i położyłam się, ciągle śledząc wzrok brata.
Ten spojrzał na mamę i wykonał pieczęć. Pojawiło się sześć klonów. Wszystkie miały pomarańczowe obwódki wokół oczu. Mama uczyniła to samo, ale wykonała tylko jednego.
Czterech Naruto usiadło po turecku w kątach pomieszczenia i wykonało sekwencje pieczęci. Pojawiła się przezroczysta bariera w kształcie kopuły, która nas otoczyła.
- To uchroni nas przed wykryciem. Nie przepuszcza czakry ani dźwięku, więc nie będziemy wzbudzali podejrzeń innych. - Wyjaśniła mama. - Jeden mój klon i jeden Naruto będą asystentami, którzy będą nam pomagać i w pewnych momentach zmienią nas na krótką chwilę. Ostatni jego klon będzie zbierał energię natury. Naruto ma troszkę gorsze zadanie, więc potrzebuje on dodatkowych pokładów czakry. Poza tym zwiększa to jego wytrzymałość. Gdybyś umiała wejść w Tryb Mędrca, to nie potrzebna by była morfina.
- A co to ten Tryb Mędrca?
- Wyjaśnimy ci, gdy będzie na to okazja, czyli za paręnaście minut, gdy przebieg naprawiania pieczęci się trochę uspokoi. A teraz Naruto. Złóż ręce jedna na drugą nad jej brzuchem w odległości pięciu centymetrów. Gdyby było ci ciężej utrzymać Kyuubiego, możesz je położyć, lecz wtedy możliwe jest to, że przysporzysz jej bólu. Czakra w tych rejonach będzie potężna. Mogą powstać poparzenia u Noa jak i u Ciebie, ale nie możesz przestać. Zrozumiałeś?
- Tak.
- Przerwa jest tylko na moją komendę. Nigdy indziej! - Zrobiła dłońmi parę pieczęci, a następnie znaki na mnie. Czułam je doskonale na sobie. Niektóre były ciepłe, a inne zimne niczym lód. Uniosłam lekko głowę, by móc obserwować przebieg tego zadania. Tuż nad moją pieczęcią zrobiła kilkadziesiąt ruchów rękoma i przyłożyła je do brzucha. Poczułam czakrę, która chciała się ze mnie wydostać, wręcz wydrzeć.
- Aaaa! - Ból jest nie do zniesienia! Podobno morfina miała pomóc, a nie czuję jej działania! Skóra, piecze niemiłosiernie! Ból przechodzi przez całe całe moje ciało i ciągle się nasila!
- Nie ruszaj się Córciu! Już niedługo..! - Łzy spłynęły po moich policzkach. Chcę uciec, ale nie mogę! Spojrzałam na nich. Mama taka skupiona na swoim zadaniu i cały czas do mnie mówi, lecz nic nie słyszę. Naruto... a z Naruto coś się dzieje dziwnego. Coś...
~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~
Story by Mess