Ohayo minna! Witam w pierwszej części rozdziału opowiadania ,,Czas cieni"! W pierwszej, gdyż dłużej nie mogę zwlekać z publikacją, a reszta postaci czeka na wymyślenie historii z życia. Rozdział ten, będzie podzielony na 3 części. W tytule będzie uwaga, która to będzie, bo wpis zostanie ten sam. Po prostu zostanie przedłużona cała notka.
Koniec przynudzania. Zapraszam do czytania ^^.
Marzyliście kiedyś o baśniowej mocy, dzięki której ratowalibyście ludzi, zapobiegając katastrofom, a może spełniać marzenia swoje i innych? Marzyliście, by zostać super bohaterem zwalczającym zło, wychodząc ze wszystkich opresji bez szwanku? A może być uwielbianym przez innych?
Takie życie nie może być złe... prawda? Też się z tym zgadzam. Wyjść na ulice i być rozpoznawalnym przez obcych dla ciebie ludzi tylko dlatego, że swoją super siłą zatrzymałeś transport wojskowy. Zapobiec zabójstwu. Wszystkie władze polegają na tobie. Dziękujące dziewczyny, które mogłyby pójść za tobą wszędzie. Tylko tak żartuję.
A może chcielibyście zostać tajemniczym bohaterem skrytym za maską? ,,Słyszałeś? Wczoraj napadnięto na kowala. Uratował go jakiś bohater, który działa już od jakiegoś czasu. Nie chciał nawet słyszeć słowa - dziękuję - bo uważa, że to tylko jego powinność i obowiązek. Takich ludzi powinno być więcej!".
A co jeśli to wszystko co przed chwilą powiedziałem jest pięknym kłamstwem? Zadam wam jedno, ostatnie, ale za to ważne pytanie. Czemu jest na odwrót?
Zacznijmy od tych, którzy znają prawdę, przeinaczaną przez wyżej postawione osoby i kontrolujące wszystko. Prawdę, którą spróbowaliśmy odkryć. Prawdę zmieniającą życie.
Rok 1698. Stolica.
Znalazłem się tu z własnego wyboru. Albowiem na jej terenie o wiele łatwiej wtopić się w tłum. Jest wiele zaułków, miejsc, a nawet całych obszarów pozostawionych dla natury.
Nie urodziłem się w stolicy. Pochodzę z dalszych zakątków kraju, wręcz z jego krańców. 500 przebytych kilometrów, by znaleźć się w tym wielkim mieście. Warto było - uśmiech.
O wiele łatwiej tu przeżyć niż w dzikich ostępach. Tu można kupić jedzenie. A pieniądze... ukraść, lecz staram się w miarę zarobić je normalnie. Przecież nie okradnę biedaków, którzy są w sytuacji nie do pozazdroszczenia, choć nie tak złą jak moja. Jestem ścigany... za niewinność, ale raczej za wcześniejszą. Nie uważam się za kogoś wyjątkowego. Z chęcią żyłbym jak reszta, ale czy nie szkoda wykorzystać moje zdolności do czegoś innego?
- Stój! - Usłyszałem głos mężczyzny, stojącego za mną wraz ze swoimi ludźmi. Upakowani w zbroje ze specjalnego tworzywa. Lekkie, bardzo wytrzymałe, ale i zwiększające możliwości osób je noszących. Uzbrojeni w ładowane od tyłu muszkiety i wszelaką broń białą.
- Nie próbuj uciec! Nie zawahamy się otworzyć ognia!
- Czy wasi dowódcy nadal nie pojmują, że nie warto na mnie polować? Mam powiedzieć co stało się z waszymi poprzednikami? I ich poprzednikami. I poprzednikami poprzedników. No nic. Znowu trzeba pobrudzić sobie ręce.
Wystarczył ruch ręką, by wystrzelili z wymierzonych muszkietów.
- Triple axel - wypowiedziałem pod nosem.
Po tych słowach wszystko zwolniło... prócz mnie. Odwróciłem się na pięcie, wyciągając przy tym dwa noże Bouken. Wyminąłem kule lecące w moją stronę. Nagle wszystko wróciło do normy. Przebiłem szyje dowódcy na wysokości tętnicy szyjnej. Na jego twarzy zauważyłem zdziwienie i niedowierzanie. Też bym tak miał. Przy wyciąganiu ostrza zdążył podbiec do mnie jego podkomendny, wymierzając cięcie z góry swoim mieczem. Zablokowałem je, a zakrwawionym już ostrzem wbiłem się w niego, dokładnie w przedramię. Dwóch kolejnych. Podzieliło jego los zostając rannymi w udo i w bok. Pozostał jeden z wyciągniętym w moją stronę rewolwerem. Albo to jest prawdziwy dowódca albo syn kogoś wyżej postawionego. Nie ma różnicy. Wszyscy po jednych pieniądzach.
- Triple axel. - Uniknąłem strzału, wymierzając cios na wysokości nadgarstka. Ta strzelające krew...
Chwycił się za odciętą rękę. Spojrzał w przód z przerażeniem w oczach. Nie widziałem ich, ale wiem jak patrzą, gdy nagle znikam, staje za nimi i podrzynam gardła. Dusił się jeszcze przez paręnaście sekund, a mógłby przeżyć gdyby nie ten piękny, zdobiony rewolwer.
Koniec, choć... początkowych strzałów naliczyłem 8. 4 zza pleców i kolejne 4 z lewej i z prawej od strony dachów. Czyli przygotowali się tym razem. Szkoda, że to nic nie pomogło.
Reszta musiała uciec. Nie muszę ich gonić. To zwykli żołnierze.
Znów użyłem ,,triple axel" i wymknąłem się niepostrzeżenie przed powoli zbierającym się tłumem gapiów. Nie rozumiem ludzi. Przynajmniej co poniektórych.
Słyszeli strzały, zgrzyt krzyżowanych ostrzy, krzyki umierających oraz rannych, a i tak nie starają się ominąć tego miejsca. Wręcz odwrotnie. Brną do niego niczym ćmy do światła, ogłupione jego blaskiem. Gdyby w tym momencie ktoś użył obszarowego zaklęcia bądź ładunków wybuchowych, wszyscy by zginęli. Zero jakiegokolwiek rozsądnego myślenia z ich strony. Jak dzieci... nie, dzieci są mądrzejsze od nich. Widzą rzeczy, których dorośli nie są wstanie zobaczyć. A ci którzy mają ten dar, nie chcą. Chcą o nim zapomnieć. Chcą by zniknął raz na zawsze i ich więcej nie nachodził. - Uśmiech. - Gdyby to było takie proste.
Ale zacznijmy od początku. Stolica... każdy tak nazywa to miasto. Jego nazwa została zapomniana na przestrzeni wieków. Może gdzieś w starych zapiskach jest o nim mowa, ale te gdzieś zaginęły bądź zostały schowane specjalnie. Jest parę osób,które chciałyby o nich zapomniano. Zapomniano o zdarzeniach z przed stu trzydziestu siedmiu lat. Sam nie znam szczegółów, ale w tamtych czasach panowała wojna domowa. Nie wiem jakie strony były. Kto był dobry, a kto zły? Obie złe czy może dobre? I przede wszystkim... kto wygrał? Gdyby ktoś mógł mi odpowiedzieć na to pytanie. - Westchnienie. - Niestety. Sam się muszę dowiedzieć. Nikt mnie nie wyręczy. Nikt nie zaryzykuje tak jak ja. Jak ten, który nie ma nić do stracenia.
Moja rodzina zginęła w ,,tajemniczych okolicznościach". Wszyscy mieszkańcy wyparowali. Mój ojciec, mama oraz rodzeństwo, dziadkowie i kuzynostwo ,,odeszło". Od sąsiadujących wiosek dowiedziałem się tyle, że coś wyszło z lasu i ich porwało... dobre brednie. Szczególnie, gdy to ja byłem w tym lesie przez cały dzień szukając grzybów oraz jagód. W późniejszym czasie dowiedziałem się od informatorów o czystkach politycznych. Szczerze? Nigdy bym nie przypuszczał, że moja rodzina jest w to jakoś uwikłana. Nie wiem jaka jest prawda. Czy rzeczywiście spiskował, czy może ktoś kto go nienawidził doniósł na niego. Skończyło się jak się skończyło. Nic mi nie zostało...
Teraz żyję sam... tak jest lepiej. Nikt ci nie przeszkadza. Nikt nie mówi co masz robić. Nikt nie próbuje cię zmienić i nikt nie czeka na cie... Po prostu mogę żyć tak jak chcę. A chcę... właśnie... czego ja chcę? Zmierzam do bezkresnej otchłani. Nie! Czekaj... ja już w niej jestem. Muszę zabrać tylu, ilu mogę.
Mój następny cel. Oficer dzierżący berło. Sprawca rzezi na wybrzeżu Morza Wschodniego. Z jego własnej ręki zginęło przynajmniej 1000 niewinnych ludzi, a jeszcze więcej kazał wymordować. Z relacji ocalałych berło posiada jakąś tajemniczą moc. W czasie walk nikt nie mógł się do niego zbliżyć. Czyżby było zaklęte? Możliwe. W takim razie jedyny sposób zabicia go, to w czasie snu, gdy będzie odsłonięty. Muszę się przygotować. Jego rezydencja jest wielka, a strażnicy specjalnie dobrani. Jeśli mnie wykryją, będzie problem. Spokojnie ucieknę, lecz druga próba będzie zaplanowanym samobójstwem. Nie ważne jak bardzo chciałbym spotkać się z rodziną, tam po drugiej stronie. Nie mogę do was jeszcze dołączyć. Jeszcze nie... Szczególnie, że mama przez wieczność wytykałaby mi, że zaprzepaściłem szanse na długie życie. Heh... nie mogę tego zawalić.
~~~~~~~~~~~~~~~~
Story by Mess
A może chcielibyście zostać tajemniczym bohaterem skrytym za maską? ,,Słyszałeś? Wczoraj napadnięto na kowala. Uratował go jakiś bohater, który działa już od jakiegoś czasu. Nie chciał nawet słyszeć słowa - dziękuję - bo uważa, że to tylko jego powinność i obowiązek. Takich ludzi powinno być więcej!".
A co jeśli to wszystko co przed chwilą powiedziałem jest pięknym kłamstwem? Zadam wam jedno, ostatnie, ale za to ważne pytanie. Czemu jest na odwrót?
Zacznijmy od tych, którzy znają prawdę, przeinaczaną przez wyżej postawione osoby i kontrolujące wszystko. Prawdę, którą spróbowaliśmy odkryć. Prawdę zmieniającą życie.
Rok 1698. Stolica.
Znalazłem się tu z własnego wyboru. Albowiem na jej terenie o wiele łatwiej wtopić się w tłum. Jest wiele zaułków, miejsc, a nawet całych obszarów pozostawionych dla natury.
Nie urodziłem się w stolicy. Pochodzę z dalszych zakątków kraju, wręcz z jego krańców. 500 przebytych kilometrów, by znaleźć się w tym wielkim mieście. Warto było - uśmiech.
O wiele łatwiej tu przeżyć niż w dzikich ostępach. Tu można kupić jedzenie. A pieniądze... ukraść, lecz staram się w miarę zarobić je normalnie. Przecież nie okradnę biedaków, którzy są w sytuacji nie do pozazdroszczenia, choć nie tak złą jak moja. Jestem ścigany... za niewinność, ale raczej za wcześniejszą. Nie uważam się za kogoś wyjątkowego. Z chęcią żyłbym jak reszta, ale czy nie szkoda wykorzystać moje zdolności do czegoś innego?
- Stój! - Usłyszałem głos mężczyzny, stojącego za mną wraz ze swoimi ludźmi. Upakowani w zbroje ze specjalnego tworzywa. Lekkie, bardzo wytrzymałe, ale i zwiększające możliwości osób je noszących. Uzbrojeni w ładowane od tyłu muszkiety i wszelaką broń białą.
- Nie próbuj uciec! Nie zawahamy się otworzyć ognia!
- Czy wasi dowódcy nadal nie pojmują, że nie warto na mnie polować? Mam powiedzieć co stało się z waszymi poprzednikami? I ich poprzednikami. I poprzednikami poprzedników. No nic. Znowu trzeba pobrudzić sobie ręce.
Wystarczył ruch ręką, by wystrzelili z wymierzonych muszkietów.
- Triple axel - wypowiedziałem pod nosem.
Po tych słowach wszystko zwolniło... prócz mnie. Odwróciłem się na pięcie, wyciągając przy tym dwa noże Bouken. Wyminąłem kule lecące w moją stronę. Nagle wszystko wróciło do normy. Przebiłem szyje dowódcy na wysokości tętnicy szyjnej. Na jego twarzy zauważyłem zdziwienie i niedowierzanie. Też bym tak miał. Przy wyciąganiu ostrza zdążył podbiec do mnie jego podkomendny, wymierzając cięcie z góry swoim mieczem. Zablokowałem je, a zakrwawionym już ostrzem wbiłem się w niego, dokładnie w przedramię. Dwóch kolejnych. Podzieliło jego los zostając rannymi w udo i w bok. Pozostał jeden z wyciągniętym w moją stronę rewolwerem. Albo to jest prawdziwy dowódca albo syn kogoś wyżej postawionego. Nie ma różnicy. Wszyscy po jednych pieniądzach.
- Triple axel. - Uniknąłem strzału, wymierzając cios na wysokości nadgarstka. Ta strzelające krew...
Chwycił się za odciętą rękę. Spojrzał w przód z przerażeniem w oczach. Nie widziałem ich, ale wiem jak patrzą, gdy nagle znikam, staje za nimi i podrzynam gardła. Dusił się jeszcze przez paręnaście sekund, a mógłby przeżyć gdyby nie ten piękny, zdobiony rewolwer.
Koniec, choć... początkowych strzałów naliczyłem 8. 4 zza pleców i kolejne 4 z lewej i z prawej od strony dachów. Czyli przygotowali się tym razem. Szkoda, że to nic nie pomogło.
Reszta musiała uciec. Nie muszę ich gonić. To zwykli żołnierze.
Znów użyłem ,,triple axel" i wymknąłem się niepostrzeżenie przed powoli zbierającym się tłumem gapiów. Nie rozumiem ludzi. Przynajmniej co poniektórych.
Słyszeli strzały, zgrzyt krzyżowanych ostrzy, krzyki umierających oraz rannych, a i tak nie starają się ominąć tego miejsca. Wręcz odwrotnie. Brną do niego niczym ćmy do światła, ogłupione jego blaskiem. Gdyby w tym momencie ktoś użył obszarowego zaklęcia bądź ładunków wybuchowych, wszyscy by zginęli. Zero jakiegokolwiek rozsądnego myślenia z ich strony. Jak dzieci... nie, dzieci są mądrzejsze od nich. Widzą rzeczy, których dorośli nie są wstanie zobaczyć. A ci którzy mają ten dar, nie chcą. Chcą o nim zapomnieć. Chcą by zniknął raz na zawsze i ich więcej nie nachodził. - Uśmiech. - Gdyby to było takie proste.
Ale zacznijmy od początku. Stolica... każdy tak nazywa to miasto. Jego nazwa została zapomniana na przestrzeni wieków. Może gdzieś w starych zapiskach jest o nim mowa, ale te gdzieś zaginęły bądź zostały schowane specjalnie. Jest parę osób,które chciałyby o nich zapomniano. Zapomniano o zdarzeniach z przed stu trzydziestu siedmiu lat. Sam nie znam szczegółów, ale w tamtych czasach panowała wojna domowa. Nie wiem jakie strony były. Kto był dobry, a kto zły? Obie złe czy może dobre? I przede wszystkim... kto wygrał? Gdyby ktoś mógł mi odpowiedzieć na to pytanie. - Westchnienie. - Niestety. Sam się muszę dowiedzieć. Nikt mnie nie wyręczy. Nikt nie zaryzykuje tak jak ja. Jak ten, który nie ma nić do stracenia.
Moja rodzina zginęła w ,,tajemniczych okolicznościach". Wszyscy mieszkańcy wyparowali. Mój ojciec, mama oraz rodzeństwo, dziadkowie i kuzynostwo ,,odeszło". Od sąsiadujących wiosek dowiedziałem się tyle, że coś wyszło z lasu i ich porwało... dobre brednie. Szczególnie, gdy to ja byłem w tym lesie przez cały dzień szukając grzybów oraz jagód. W późniejszym czasie dowiedziałem się od informatorów o czystkach politycznych. Szczerze? Nigdy bym nie przypuszczał, że moja rodzina jest w to jakoś uwikłana. Nie wiem jaka jest prawda. Czy rzeczywiście spiskował, czy może ktoś kto go nienawidził doniósł na niego. Skończyło się jak się skończyło. Nic mi nie zostało...
Teraz żyję sam... tak jest lepiej. Nikt ci nie przeszkadza. Nikt nie mówi co masz robić. Nikt nie próbuje cię zmienić i nikt nie czeka na cie... Po prostu mogę żyć tak jak chcę. A chcę... właśnie... czego ja chcę? Zmierzam do bezkresnej otchłani. Nie! Czekaj... ja już w niej jestem. Muszę zabrać tylu, ilu mogę.
Mój następny cel. Oficer dzierżący berło. Sprawca rzezi na wybrzeżu Morza Wschodniego. Z jego własnej ręki zginęło przynajmniej 1000 niewinnych ludzi, a jeszcze więcej kazał wymordować. Z relacji ocalałych berło posiada jakąś tajemniczą moc. W czasie walk nikt nie mógł się do niego zbliżyć. Czyżby było zaklęte? Możliwe. W takim razie jedyny sposób zabicia go, to w czasie snu, gdy będzie odsłonięty. Muszę się przygotować. Jego rezydencja jest wielka, a strażnicy specjalnie dobrani. Jeśli mnie wykryją, będzie problem. Spokojnie ucieknę, lecz druga próba będzie zaplanowanym samobójstwem. Nie ważne jak bardzo chciałbym spotkać się z rodziną, tam po drugiej stronie. Nie mogę do was jeszcze dołączyć. Jeszcze nie... Szczególnie, że mama przez wieczność wytykałaby mi, że zaprzepaściłem szanse na długie życie. Heh... nie mogę tego zawalić.
~~~~~~~~~~~~~~~~
Story by Mess
Dobre, czekam na więcej :)
OdpowiedzUsuń