poniedziałek, 17 czerwca 2024

Shadow of Elden Time - Dwa końce karmazynowej nici

Witam! Aż 5 lat minęło odkąd opublikowałem jakikolwiek rozdział, czegokolwiek. To, że nie pisałem, nie znaczy, że nie obmyślałem historii, a wiadomość o wielkim projekcie, była prawdziwa. Z czego ten jeden przerodził się w trzy ogromne. Oto jeden z nich! O dziwo najmłodsze dziecko mojej nieograniczonej wyobraźni! 

Zapraszam na pierwszy rozdział autorskiej serii "Shadow of Elden Time". 
=================================================================


Sovande dam, 1539, grudzień.

- Irianno! Sześć piw i dań dnia do stolika przy kominku! Wpierw zanieś alkohol! Akurat skończą nim zaniesiesz obiad i weźmiesz z powrotem kufle do napełnienia! - Przez panujący zgiełk w głównej hali gildii, starsza kobieta musiała krzyczeć, by pomocnica wykonała zlecenie. Nie pomagały przy tym co chwila wznawiane toasty, które i głuchy by usłyszał. 

Panowała nazbyt wesoła i karczemna atmosfera, bo to właśnie dzisiaj kończył się sezon wypraw poszukiwaczy przygód, którzy to zwykle przez dziewięć miesięcy w roku tułali się z misji na misję, by zbadać ruiny, zabić potwory czy rozbić grupę bandytów ratując zakładników. Przynajmniej większość była w dobrych nastrojach, gdyż zawsze są nieszczęśnicy, którym nie udał się rok i muszą łapać się zimowych zleceń. Zazwyczaj były to te pominięte i najmniej lubiane, a reszta wręcz samobójcza. Nawet nie doliczając pogody i krótkich dni. Jednak były utajnione, by nikt kto nie mógł im sprostać, nie zginął próbując być bohaterem głupich. Znajdowały się one na piętrze gildii strzeżone przez jednego z kamerdynerów założycielki, Siltri.

Dziewczyna ledwo uniosła 6 ciężkich dębowych, litrowych kufli i kierując się w stronę celu, musiała uważać, by żaden z pijanych gości nie spowodował rozlania jakże cennego trunku. Tuż przy stoliku sama potknęła się o własne nogi, ale nie uderzyła o podłogę. Lewitowała wraz z całą tacą tuż przy ziemi, by po chwili siłą zostać postawianą na nogi, a kufle same poleciały do swoich chwilowych właścicieli. Wtedy też odezwał się doniosły, a jednocześnie straszny głos:
- Uważaj jak łazisz z naszym piwem!! - Był to barczysty mężczyzna, na oko posiadający dwadzieścia pięć wiosen na karku. Wstał gwałtownie i już sięgał do czarnowłosej.
- Uspokój się. - Niemal natychmiast uniósł się drugi, tym razem starszy, siwy starzeć. - Dziewczyna popełniła błąd, a raczej nie z własnej winy zabrakło jej sił, więc bądź wyrozumialszy i napij się piwa, które nam łaskawie przyniosła. 
- Ma rację, więc się zamknij. - Cała czwórka poparła starca, na ich twarzach zaznaczał się niepokój. Dziewczyna szybko odwróciła się na pięcie w międzyczasie podsłuchując dalszą część.
- Jesteś nowy i możesz tego nie wiedzieć, ale nie wszczyna się w tej gildii awantur i tym bardziej nie atakuje obsługujących tak jak za murami. Sprzeczki czy uwagi są dozwolone, ale jak przejdziesz pewną granicę, to już tu nie wrócisz. Szczególnie jest ona krucha przy tej dziewczynie, bo jest pod opieką samej Siltri. Z resztą rozejrzyj się. Zawsze przynajmniej jeden z pierwszo-rangowych ją obserwuje. Jest tu popularna i lubiana, w dodatku ładnie śpiewa. Nie zapominając jeszcze, że weszła w okres, gdzie młodzi zaczynają ją dostrzegać. Śmiem twierdzić, że jest lepiej chroniona w tym przybytku niż nasza gospodyni, a nawet i cesarz. Dlatego powiem to ostatni raz. Napij się piwa i rozluźnij się.

Wszystko to co powiedział starzec było prawdą i doskonale o tym wiedziała. Jednak nienawidziła tego stanu. Była dla innych niczym płatek śniegu, który za wszelką cenę trzeba chronić, by się nie rozpuścił. Nawet nie pozwolono jej uczęszczać na nauki szermiercze, a zawsze było to jej marzeniem, by wyruszyć na przygodę  ze zgraną kompanią i stać się pierwszą w rankingu. Ba! Nawet zerowym! Jednak jest to niemożliwe, Bo jedynie co tu robi to usługuje w gildii i uczęszcza na zajęcia z historii i innych bzdurnych przedmiotów.

Wieczór był długi i wyczerpujący, ale przynajmniej obyło się bez żadnych incydentów innych, niż rozlane piwo, czy za zimne mięso. Irianna poszła do kuchni, by w końcu samej dostać posiłek. Czekając, pochowała po kryjomu część jedzenia do kieszeni i zgarnęła dodatkowy termos z herbatą. Upewniając się, że nikt jej nie widzi, wyślizgnęła się zapleczem, kierując kroki tylko sobie w dobrze znanym kierunku. Latarnie z magicznymi kamieniami oświetlały ulice rozległego miasta, podzielonego na 6 dystryktów, z czego każdy miał własnego zarządcę i pomniejsze prawa. Akurat w jej dystrykcie gildyjnym mieszało się większość statusów i posad, bo tutaj można było zlecić wszelakie legalne usługi. Nawet w tak czystym dystrykcie niestety nie dało się wytępić niewolnictwa i rasizmu w stosunku do innych ras zamieszkujących ten świat. Oczywiście jedne podziwiano, a jedne tępiono, jednak zawsze do wszystkich pozostawała niechęć. 

Po paru minutach dotarła do ciemnej i zarazem ciasnej uliczki. Rozejrzała się, czy przypadkiem nikt na nią nie patrzy i weszła w jej głąb. Na końcu znajdowały się stare i rozwalone, drewniane drzwi. zapukała w kodzie, dwa razy szybko, raz wolno i trzy razy szybko. Popchnęła je i weszła do środka. Pomagając sobie ręką macając ścianę w ciemnościach skręciła w krótki korytarz, na końcu którego rozlewało się światło z paleniska. 

Przy małym ognisku siedziała mała skulona postać. Była to dziewczyna w wieku Irianny, około czternastu lat. Grzała ręce i bose stopy. Miała długie blond włosy, zielone oczy i wystające z nich wielkie spiczaste, włochate uszy, niczym u wilka. Dopiero po chwili, można było dostrzec, że ma też przed sobą puszysty, choć skołtuniony ogon, a jej paznokcie nieco wyglądają jak pazury. Jej ubrania nie były za bardzo zadbane, a płaszcz wymagał nie lada cudu, by wrócił do łask. Gdy Irianna weszła do pomieszczenia, można było zobaczyć lekki uśmiech na twarzy biedaczki, by po chwili ten zanikł.
Usiadła obok niej i zaczęła wyjmować wszystko co udało się jej zabrać z kuchni. 
Zaczęły jeść, choć Irianna próbowała oszukiwać, by towarzyszka miała dla siebie więcej. 
- Jutro z rana postaram się prócz jedzenia przynieść ci jakieś buty i koce. Akurat będę pomagać w pralni, więc nie powinno to być trudne. Oczywiście przyniosę też jedzenie. Nie możesz przecież być bez śniadania. Postanowiłam także, że jak będę miała możliwość, to porozmawiam z ciocią, by przyjęła cię do gildii nawet jako pomoc w sprzątaniu. Może to nie jest fajne zajęcie, ale będziesz miała dach nad głową i... 
- Nie uda się. - Przerwała jej. - Nie przyjmą mnie nigdzie. Nikt nie chce mieć bestii obok siebie, a co dopiero by ta mieszkała drzwi w drzwi. Nawet w dystrykcie klaunów, to niemożliwe. Prędzej mnie wykorzystają, a jak się im znudzę, to zabiją. 
- Kina... - przez chwilę nie wiedziała co powiedzieć. - Ciocia jest inna... ona na pewno jakoś...
- Dlaczego mi pomagasz? - Przez cały ten czas nawet nie spojrzała na Iriannę. Musiało to jej ciążyć na sercu. - Od dwóch miesięcy tu przychodzisz i ciągle coś mi przynosisz. Nikt czegoś takiego nie robi bezinteresownie, więc dlaczego? 
- Bo uważam, że to wszystko jest złe. Czemu to ty musisz tak cierpieć, a nie te szuje, które to wszystko wymyśliły i zabijają was dla zabawy!? Nie jesteście niewolnikami, a normalnymi istotami, które chcą żyć! Przecież ty też masz uczucia, musisz jeść i spać. 
- To jesteś już jedyna która tak myśli... - Jej głos trochę się załamał. Schowała twarz w ogonie. - Lina też tak myślała, ale już nie... 
- Kim... - próbowała się zbliżyć, ale w mgnieniu oka blondwłosa uciekła do swojego małego namiotu. 
- Zostaw mnie! Nie wracaj! Dla własnego dobra... zapomnij o mnie... - Minęła jeszcze chwila w całkowitej ciszy. - Idź już... proszę...
- To do jutra... - Już nie uzyskała odpowiedzi.

Nie przespała nocy. Ciągle myślała o słowach Kiny. Od zawsze wiedziała, że ten świat jest niesprawiedliwy, ale nadal tkwiła w niej ta mała, ledwo tląca się iskierka nadziei. Nadziei na to, by te wszystkie złe rzeczy, które dzieją się poza ich dystryktem, były jedynie snem. Jednak pora na sen minęła, a trzeba było zmierzyć się z realnym światem. Większość poszukiwaczy myślało, że będąc pod protektoratem Siltri, ma wszystko czego zapragnie. Prawda była nieco inna, choć oczywiście jedzenia jej nie skopiono, czy zakwaterowania, to na wszystkich innych polach była traktowana tak jak wszyscy. Musiała pracować, by dostać jakiekolwiek pieniądze. Zbierała je skrupulatnie, by móc kiedyś wyruszyć i zwiedzić niezmierzony świat.
Spojrzała w lustro. Zobaczyła chudą i błądzącą dziewczynę, niemogącą poznać odpowiedzi na proste pytania, bo była po prostu za słaba i nikt nie chciał jej użyczyć swej siły. Szczególnie od zawsze nurtowało ją jedno. Jej karmazynowe oczy, tak różniące się od innych ludzi czy nawet stworzeń o których wyczytała w księgach. Ciocia powiedziała, żeby się tym nie przejmować, bo mogła to być wada genetyczna i o niczym one nie świadczyły. Nadal jednak rozpoczynało to więcej pytań i nie dawało szans na poznanie prawd. 
Odświeżyła się w wiadrze, splątała włosy w luźny warkocz i podążyła do pralni. Przez dwie godziny próbowała zdobyć to co obiecała. Niestety tylko mokry koc wchodził tym razem w grę. Lepsze to niż nic, ale była zawiedziona. Skoro nie potrafi ukraść nawet głupich butów, to jak ma poradzić sobie poza gildią? Kończąc swoją krótką zmianę, zahaczyła o kuchnie i na końcu z powrotem do swojego pokoju. Odmeldowała się, że wychodzi, dziewczynie z recepcji i skierowała się w stronę zrujnowanego domostwa w zaułku. 
Przedzierając się przez śnieg, jeszcze nie ośnieżonych ulic, ujrzała już parę wydeptanych śladów. Zataczały się. Najpewniej niektórzy z poszukiwaczy, dopiero zaczęli wracać do siebie. Jednak coś jej nie dawało spokoju. Przyspieszyła kroku. Ślady ciągle ciągnęły się tam, gdzie schowała się Kina. Gdy wszystkie kończyły się przy zaułku, wpadła w panikę. Pobiegła przez półmrok. Było słychać śmiechy i płacz. Adrenalina w nią uderzyła tak, że słyszała bicie własnego serca. Widziała trzech mężczyzn, Dwóch się przyglądało jak ten trzeci trzyma za włosy Kinę. Spoliczkował ją raz i drugi. Rzucił nią o podłogę i kopnął. Ta zawyła z bólu.
- Wredna suka ugryzła mnie.
- Wybije się jej zęby, to przestanie. Takie tresuje się jak psy. Jeśli gryzie pana, to nie ma wyjścia. - Zaszydził ten po lewej z tyłu.
- Hahahaha, kto by pomyślał, że bestyjka zakradnie się tak blisko nas. Opłacało się iść wyszczać w ten zaułek. 
- Co z nią zrobimy? 
- Jak to co? Sprzedamy. Rzadki okaz pójdzie za coś więcej niż parę miedziaków. - Pokazał jej ogon i uszy, podnosząc ją za szczękę. Próbowała się wyrwać, ale przyniosło to tylko kolejny cios, tym razem w brzuch.
- Jak dalej będzie tak wierzgać, to niedługo nic nie będzie warta. 
Irianna ledwo oddychała, jakby przebiegła wokół całe miasto. Nie wiedziała co ma zrobić. Bała się, ale jak nic nie zrobi Kina zniknie już na zawsze. Zagubi się w tym mieście i nikt już jej nie odnajdzie. Broń! Musi coś znaleźć, tak by zabolało napastników. Tak by zyskać te parę sekund na ucieczkę. Na ulicę, gdzie może ktoś przynajmniej ją potraktuje serio i zatrzyma tych mężczyzn.
- Mamy trochę czasu, więc przynajmniej się zabawmy nim ją sprzedamy. - Usłyszała rozpinanie klamry od spodni. 
- Bestię? Nie bądź śmieszny! Jesteś klasą wyżej niż inny i mógłbyś mieć wszystkie w tym mieście, a ty wybierasz ją!? 
- Zawsze chciałem taką mieć. 
- Rób jak chcesz, ale jak się czymś zarazisz, to nie szukaj u nas pomocy. 
- Wasza strata. 

"Teraz! Rusz się do cholery!!! Dalej! Musisz jej pomóc!!!" Krzyczała w myślach, ale nogi nie chciały wykonywać jej poleceń. Trzęsła się, a ciśnienie odebrało jej jakiekolwiek racjonalne myślenie. Instynkt wziął w górę i nakazywał jej ucieczkę. Ledwo ściskała znaleziony przed sekundą kamień. "Proszę, niech ktoś nam pomoże". Poczuła ból w jej lewym oku. Czas tak jakby na chwilę się się zatrzymał. Ból nasilił się i rozprzestrzenił po całym ciele. "Nie jesteś godna tej mocy, jeśli nie potrafisz nawet się ruszyć". Przestraszyła się jeszcze bardziej. Myślała że wariuje. "Pomożemy ci, ale oddasz swój dar nam". Jaki dar!? Przecież nie posiadała nic prócz marnej siły własnych mięśni. Jednak poddała się głosowi w jej głowie. "Ciszę uważamy za zgodę". 
W jednym momencie znalazła się za jednym z napastników. Niewiedziała jak, ale z jej ręki wysunęła się druga czarna, jakby by była zrobiona ze smoły. W niej znajdował się kamień, który z impetem uderzył mężczyznę w głowę. Zawył upadając. Drugi zdążył się zasłonić przed nieoczekiwanym rzutem. Wyciągnął bat przeznaczony oryginalnie dla koni i zamachnął się. Trzeci, ten który był już nad Kiną, będąc niezorientowanym, został na nowo zaatakowany przez nią. Wczepiła się w jego ucho ostrymi kłami i szarpnęła. Działała instynktownie, a smak krwi tylko dodał jej sił. Niestety, ale to nie starczyło, by odepchnąć napastnika.. Szybko otrząsł się z pierwszego szoku i wyprowadził z pięści atak. Uderzył z taką siłą, że jej głowa jeszcze odbiła się od ziemi. Zamroczyło ją. W międzyczasie Irianna uniknęła pierwszego ciosu oraz drugiego. Była od niego szybsza. Rzuciła się mu na nogi, a czarna dłoń pomogła powalić na plecy. Szybko sięgnęła kawałek drewna i już miała wbić go w ciało, gdy została złapana od tyłu. To był jej pierwszy cel, którego najwyraźniej celny cios kamieniem, tylko na moment otumanił. To był koniec. Teraz obydwie były przytrzymywane. Głos w głowie tylko się cichutko zaśmiał i szydził z niej, że jest za słaba nawet z jej pomocą. 
- Mam cię mała kurwo!
Zaczął ją dusić. Po jego twarzy było widać, że nie zamierza poprzestać tylko na reprymendzie. 
"Czy to właśnie tak umrę?" Nikłe życie przeleciało jej przed oczyma. 
"Przynajmniej coś zrobiłam" Nie mogła złapać oddechu. Jej wzrok tracił na ostrości.
"Przepraszam..."

Nagle upadła na ziemię i usłyszała przeraźliwy krzyk mężczyzny, który ją dusił. Reszta stanęła na równe nogi przerażona. Jeden z nich miał już miecz w ręku, a drugi dopiero po niego sięgał. Kina odczołgała się dalej, ale na jej twarzy widniało większe przerażenie niż przy tym wszystkim co ją spotkało. Posikała się. Irianna ostatkiem sił odwróciła się w kierunku z którego przyszła. Stał tam kolejny mężczyzna z czarnym mieczem o białych włosach, a jej napastnik trzymał się za prawy kikut z którego tryskała krew. Ledwo co widziała oczy nowego przybysza. Były... niezwykłe. 
- Czas na was. - Jego głos był hipnotyzujący. Nagle pojawił się przed tamtymi dwoma. - Drugiej szansy nie dam.
Rzucili broń i zabierając kolegę wrzeszczeli przerażeni, potykając się o wszystko co mogli. Dopiero teraz dotarło do Irianny, że byli bardzo młodzi. Była wyczerpana. Jej ciało odmawiało posłuszeństwa. Czarna ręka przesunęła się jej na gardło. Ponownie oblał ją strach. "A teraz oddaj swą moc nam!" Próbowała ją udusić. Znowu była s tej samej sytuacji. Straciła przytomność. 
Białowłosy podszedł do niej. Zdjął jeden ze swoich licznych pierścieni i założył pierścień na serdeczny palec prawej ręki. Dłoń natychmiast zniknęła, uwalniając dziewczynie oddech. Nie widział na niej zagrażających życiu obrażeń, więc skierował się powoli ku Kinie. Ta nie mogła opanować strachu przed tym mężczyzną. Był niebezpieczny!
- Nie bój się. - Z jego ust wydobył się łagodny, młody głos. Jednak to nic nie pomogło. Zbyt bardzo pochłonął ją strach. Nie przypuszczał, że ta dziewczyna jest wstanie... - Ty mnie wyczuwasz... Niewielu to potrafi, dlatego przepraszam cię za to i już się tym zajmuję. 
Jego ciężka, mordercza aura natychmiast zniknęła. 
- Zo-staw nas. - Z jej ust wydobył się cichy głos.
- Ani ty, ani twoja przyjaciółka nie musicie się mnie obawiać. Nie zamierzam was skrzywdzić. Jednak musicie opuścić to miejsce. Oni lub straż powrócą, by się zemścić. Byli z Akademii Wojskowej Cesarstwa Gudlagar. - Pokazał jej blaszkę z wybitym symbolem. Następnie podał swój płaszcz i wstał, by podnieść nieprzytomną Irianne.
- Jeśli masz siłę samej iść, to choć za mną. Wiem gdzie ta młoda dama mieszka. 
Kina zawahała się. Nie mogła mu ufać. Jej strach zmalał, ale nie zniknął. To jest potwór w ludzkiej skórze i to mówił jej instynkt. "Wiej!". Ale dokąd? To było jej jedyne schronienie, które zostało odkryte. Za mury? Tam jest jeszcze gorzej. Na domiar złego jego płaszcz był przesiąknięty zapachem krwi potworów. Nie miała żadnego wyjścia. Wybór między pójściem z nieznajomym który im pomógł, czy zostać i umrzeć w męczarniach. Wybrała to pierwsze. Tu zawsze mogła uciec, lecz tylko oszukiwała siebie. Widziała jak nagle pojawił się przed nimi. To nie było normalne. To była magia. Wstała i chwiejnym krokiem zbliżyła się do przybysza. Próbowała płaszcz trzymać tak, by się nie pobrudził, jednak jej nie wychodziło.
- Zostaw. Spierze się. 

Przecisnęli się przez wąski korytarz na zewnątrz. Śnieg znowu zaczął sypać przepłaszając ludzi do domów. Kina odetchnęła z ulgom, ale nie mogła zrobić kroku dalej. To było nieznane. Przemieszczać się ulicami za dnia. Nieznajomy czekał na nią. W reszcie się przemogła i złapawszy za kawałek jego ubrania zrobiła ten pierwszy krok. Szedł powoli, trzymając w ramionach nieprzytomną Iriannę. Wybierał mniej uczęszczane szlaki. Ciągle próbowała schować swój ogon. Nie chciała nieznajomemu sprawić więcej problemów.
- Spokojnie. Już niedaleko.
Po kolejnym zakręcie doszli przed gmach gildyjny. Był ogromny, trzy kondygnacyjne, podzielone na osobne sektory. Parter zajmował największą powierzchnię, gdyż na tyłach znajdowały się hale ćwiczebne gdzie nieliczni weterani uczyli młodzików podstaw walk i jak radzić sobie z poszczególnymi potworami. Rzadko kiedy zdarzało się to charytatywnie. Wiedza kosztowała, nieraz zabierając całe nagrody za wiele pomniejszych zadań. Zaraz za wejściem rozciągał się hol recepcji połączony z barem dla spragnionych nie tylko przygód poszukiwaczy. Obok stanowiska recepcji wisiały dwie potężne tablice z wywieszonymi zadaniami, podzielonymi na kategorie trudności, od najłatwiejszych dziesiątek, do najtrudniejszych i niebezpiecznych jedynek. Nad nimi rozciągały się strzeżone schody prowadzące na pierwsze piętro recepcji. Była to jedyna droga by dostać się do legendarnych zadań poziomu zerowego, gdzie tylko nieliczni mieli upoważnienie do ich wykonywania. Byli to najlepsi wojownicy i czarodzieje, którzy wywalczyli sobie pozwolenie na wejście do legend. 
Za barem znajdowały się pomieszczenia gospodarcze. Obok recepcji szedł korytarz do dalszych części kompleksu, dopiero od niego na część pierwszego piętra prowadziły schody. Były to odosobnione miejsca spotkań klientów prywatnych z najemnikami, gdzie mogli w ciszy i tajemnicy porozmawiać o zadaniu. Całe drugie piętro zawierało pokoje, mieszkania i apartamenty, by zmęczeni podróżą, nie tylko poszukiwacze, a także i zwykli ludzie, mogli się tu zatrzymać. Trzecie piętro całkowicie należało do personelu oraz założycielki gildii, Siltri, gdzie w swoim biurze, rzadko, ale jednak przyjmowała ważnych gości. 
Weszli do środka przez jedne z 2 par wielkich, drewnianych drzwi. Czuła na sobie wzrok wielu oczu, ale białowłosy nie zatrzymywał się. Doszli aż do rogu recepcji, gdzie już wcześniej powiadomiona, czekała na nich starsza kobieta. W kolejce było słychać głosy niezadowolenia. 
- Zaprowadź nas do skrzydła. - Kobieta tylko skinęła głową. Szli teraz szerokim korytarzem, ciągnącym się jakby w nieskończoność. W końcu otworzyła jedną z sali.
- Z przykrością muszę poinformować, że Pani Siltria jest aktualnie nieobecna. 
- Gdy jest potrzebna, to nigdy jej nie ma... - Skwitował wchodząc z dziewczyną, aż kobieta napęczniała ze złości, ale nie odważyła się nic powiedzieć. 
Większość łóżek była pusta. Na sali była tylko jedna pielęgniarka i lekarz, który niemal od razu, gdy zauważył kogo niesie mężczyzna, podbiegł do nich.
- Co jej się stało? - Położyli ją na jednym z białych łóżek.
- Podduszona i poobijana, ale... - Spojrzał się na lekarza poważnie. - Nie zdejmujcie jej pierścienia. Inaczej jej życie będzie zagrożone.
- Oczywiście. 
- A teraz druga z waszych pacjentek. - Lekarz był tak wpatrzony w Iriannę, że nawet nie zauważył ciągnącej za nią Kiny. Trochę się wystraszył, ale po zerknięciu na poszukiwacza, zmienił obiekt strachu. - Ma być tak samo traktowana jak ta pierwsza i nie obchodzą mnie żadne uprzedzenia. Będę czekał w barze na dalsze informacje. 

Przez parę godzin zbierał nowiny dotyczące aktualnej polityki cesarstwa. Gdzie i kiedy pojawiają się potwory. Kto aktualnie rządzi poszczególnymi dystryktami i wiele innych przydatnych plotek. Wypił przy tym parę piw, by wydawać się bardziej przyjaznym. W końcu doczekał się przybycia doktora z jedną z dziewczyn.
- Ze względu na jej ra... zdolności do regeneracji, nie trzeba jej hospitalizować. Podaliśmy stosowne leki i zioła na uśmierzenie bólu, oraz opatrzyliśmy jej rany i obicia. - Podał mężczyźnie torbę. - Powinna je zażywać dwa razy dziennie. Co do Irianny, tak jak mówiłeś, nie ma większych obrażeń, prócz lekko zgniecionej krtani, ale to już mikstura niedługo naprawi. A co do tematu przedmiotu. Przez ile ma być on niezdejmowalny?
- Do momentu jak nie zdobędę zamiennika. Ten jest zbyt potężny jak na jej zdolności, dlatego pozostanie przez cały czas nieprzytomna. Lepsze to, niż uwolnienie jej mocy. - Doktor kiwnął głową i zawrócił do siebie. Ewidentnie doznał ulgi, gdy oddał Kinę do jej właściciela.
- Jak się czujesz? - Spytał i wskazał na krzesło, by ta usiadła przed nim. 
- Lepiej... - Przypomniała sobie o płaszczu który ciągle nosi ze sobą. Próbowała go oddać.
- Zostaw go sobie. Tobie przyda się bardziej niż mnie. 
W tej samej chwili kelnerka przyniosła 2 wielkie tace z jedzeniem, a następnie napoje. Kina pierwszy raz w życiu widziała takie potrawy z bliska. Jej oczy aż zaświeciły z zachwytu, a jej brzuch tylko głośno to potwierdził. Wszystko wyglądało i pachniało niesamowicie. Pieczone ziemniaki, mięso z woła, jelenia i wiele, wiele wiele innych, Niemal dostała ślinotoku na to wszystko. 
- Na co czekasz? Jedz. To dla ciebie. 
- Ale... 
- Nie przejmuj się. Nic nie jesteś i nie będziesz mi winna. Wiem, że dla ciebie to niezrozumiałe, ale nie wszyscy widzą tylko okazje do wykorzystania. Przynajmniej ja w to ciągle próbuję wierzyć. - Przez chwilę wydawało jej się, że po raz pierwszy widziała na jego twarzy choć krztę emocji. Jak szybko się pojawiła, tak też szybko zniknęła. 
Jeszcze przez moment spoglądała na niego upewniając się, że na pewno nie zmieni zdania, po czym zaczęła wręcz pożerać potrawy na talerzu obydwoma rękoma. Była tak głodna, że zapomniała o otaczającej ją otoczeniu i gapiących się co chwila ludziach, których skutecznie lecz subtelnie byli płoszeni przez wzrok nieznajomego. Właśnie... nieznajomego, ale dobrego człowieka. Jednak instynkt podpowiadał o tej aurze, którą wyczuła, gdy pierwszy raz go zobaczyła, ale pozwoliła sobie przynajmniej w tej chwili ją całkowicie odstawić na bok. Było ciepło, przyjemnie i syciła się jak nigdy w życiu. Parę razy o mało się nie zadławiła. Nie popijała, by jak najwięcej miejsca było na pyszne jedzonko. Po dwudziestu minutach nie mogła zmieścić już nawet okruszka, a został już tylko deser. Chciała go bardzo spróbować, ale każdy ruch w przód wywoływał ból brzucha. 
- W ogóle to jak masz na imię? - Przerwał milczenie.
-... - Chwilę poczekał i pokazał przedramiona.
- Zobacz. Nie mam żadnych znaków przynależności niewolników. Nie potrzebuję ich i nie zamierzam ich posiadać.
Każdy niewolnik który przynależał do kogoś posiadał magiczny tatuaż na szyi z wygrawerowanym imieniem właściciela. Natomiast właściciel, posiał obręcz na przedramieniu z liczbą posiadanych sług. Nie było żadnego z nich. Przyjrzała mu się po raz pierwszy dokładnie. Posiadał białe, średniej długości włosy, opadające na lewe oko, praktycznie przysłaniające mu widoczność. Zdziwiły ją oczy. Miał prawie ten sam odcień co ona, złote, ale przesiąknięte czernią, inaczej niż bestie. Twarz miał młodą, bo wyglądał na około dwudziestu lat, ale doświadczoną. Ubrany w czarną kurtkę, spodnie i buty z materiału i skóry, ale nie ze zwykłej. Rozpoznała, że pochodziły z jakiegoś potwora. Kompletu dopełniał płaszcz, który miała na sobie. Miecza nigdzie nie widziała, ale coś innego przykuło jej dłuższą uwagę. Pierścienie o różnej budowie, materiale i kolorach, po jednym na każdym z palców. Było ich łącznie 9. Brakowało jednego z serdecznego palca prawej ręki. Zauważył to, ale nic nie skomentował. 
- Kina... mam na imię Kina. - Przełamała się i spojrzała ponownie na jego oczy. 
- Zwą mnie Soren. - Rozciągnął się na krześle i podniósł rękę, dając znak kelnerce. Widać było, że się znali, - Chciałbym wynająć pokój dla czworga. Dokładnie numer dziesięć. Proszę także przyszykować kąpiel i zająć się moją znajomą. To będzie wystarczające, by pokryć koszty paru zestawów dobrych ubrań oraz wszelakich środków pielęgnacyjnych. 
Przesypał z jednej sakwy do drugiej trzy złote monety i podarował to kobiecie. Kina nigdy nie widziała nawet jednej. Waluta w cesarstwie była dość prosta dla zwykłych ludzi. Jedna złota moneta dzieliła się na dwieście srebrnych, a każda z nich, na kolejne dwieście brązowych. Dla porównania, jedna srebrna moneta, starczyłaby dla jednej osoby na opłacenie dwudniowego wynajmu małego pokoiku ze skromnym posiłkiem w gildii.
- Poproszę za mną. - Soren skinął głową do Kiny, by ta nie bała się pójść z nią. 

Odwróciła się jeszcze parę razy za nim. Znowu trafiła w ręce całkowicie obcych jej ludzi. Ponownie szła tym długim korytarzem, tym razem skręciła w lewo. Za drzwiami było pomieszczenie prowadzące do łaźni. Tam przywitały ją dwie pomocnice. Zdjęły jej płaszcz i zaczęły brać się za resztę ubrań, lecz odskoczyła pokazując kły. Natychmiast zasłoniła usta. To wszystko co jej pozostało i nie chciała, by nawet to zostało jej odebrane. Tak samo próbowała ukrywać ogon za sobą. 
- Nie musisz się nas bać. - Podeszła do niej ta sama kobieta, która ją tu przyprowadziła. - Pan Soren powierzył nam nad tobą pieczę i nie złamiemy jego rozkazu. Po za tym... może na to nie wyglądamy, ale także nie jesteśmy do końca ludźmi. Tylko pamiętaj. Nie wszyscy są jak my, więc zachowaj to w tajemnicy. Jeśli będziesz czegoś potrzebować, to popytaj o Wernę. Tak mam na imię i zawsze ci pomogę. Oczywiście w miarę możliwości.

Kina była w szoku. Wyglądali i pachnieli jak ludzie, więc jak? Nie mogła pojąć co się w tym dniu jej przytrafia. Przez chwilę myślała, że po prostu śni. A może kłamią, by ją uspokoić? Co jeśli wpadła w pułapkę bez wyjścia i co gorsza to ona sama dobrowolnie zrobiła. Już nie było odwrotu. Pozostała tylko próba zaufania. Pozwoliła zdjąć z siebie ubrania, ukazując wychudzone ciało i kości. Czekała na nią wanna z ciepłą wodą. Przebiegła jej myśl, że to gar, a ona głównym daniem, ale to były tylko fantazje. Ostatni raz jak brała gorącą kąpiel, to było jak starsza siostra zaprowadziła je na tyły prywatnej łaźni w środku nocy i włamały się przez dziurę w murze. Minęło aż pięć lat. Posmutniała. Gdy się ocknąć z namysłu, na jej głowie już kłębiła się piana, a plecy były porządnie szorowane. Obydwie panie bardzo się starały by wymyć każdy skrawek jej ciała, nie zapominając przy tym o uszach i ogonie. 3 razy go wypłukiwały, by zmyć brud. Kazały jej teraz zmienić wannę, by nie pozostawała w zasyfionej wodzie. Pozostała tak przez paręnaście minut, nim skończyły sprzątać pierwsze stanowisko. Następnym punktem programu było wyczesywanie, manicure i pedicure. Czuła się nieswojo gdy ktoś inny jej dotykał, w szczególności tych partii. Pazury sprawiały problemy, szczególnie, że nigdy o nie nie dbała. Po godzinie siłowania się wygrały tą nierówną walkę. Włosy były wyczesane w prostej linii i odżywione, a pazury po części przerodziły się w paznokcie, może w trochę grubsze, ale na pierwszy rzut oka wyglądały normalnie. Pozostały zęby, ale na szczęście nie było oczekiwanych infekcji. Pomogły wyjść z kąpieli. Skóra na jej rękach pomarszczyła się, ale uczucie było dla niej niedopisania. Czuła się błogo. Wytarły ją porządnie, aksamitnymi ręcznikami następnie opatulając w szlafrok. Na stopy nałożyły miękkie papcie. Dostała dość spory i ciężki, wiklinowy koszyk, a następnie została poproszona o podążenie za jedną z kobiet. W czasie tak długiego zabiegu zapach Werny zniknął, pochłonięty wszelakimi olejkami i perfumami. Kierowała się w górę na drugie piętro. Każde drzwi były ponumerowane. Niestety pogubiła się w liczeniu i zaufała swojej przewodniczce, że zaprowadzi ją do pokoju numer dziesięć. 
- Zapraszam do środka. - Pokój był ogromny i zawierał osobną, zamykaną łazienkę. W każdym z rogów znajdowało się jak dla niej wielkie łóżko, pościelone puchatą kołdrą i dziesiątką poduszek. Ściany były wyłożone drewnem, a nawet w jednej z nich znajdował się kominek. 
- Możesz wybrać łóżko. Na stoliku obok są przygotowane dla was ciasta. Rozgość się i poczekaj na Pana Sorena. Powinien niedługo wrócić.

Gdy drzwi od pokoju zamknęły się, nie wiedziała co ze sobą zrobić. Usiadła więc na łóżku. Było mięciutkie, dlatego wsunęła się pod kołdrę. Zapach kwiatów wypełnij jej nozdrza. Przewracała się z boku na bok, by każda strona ciała równomiernie doznała tego uczucia. Po godzinie była spełnienia, a jej uwagę przykuło ciasto. Brzuch zdążył już przetrawić monstrualny obiad i podkradła się do tacy. Odchyliła szklane wieczko i spróbowała pierwszego. Jej kubki smakowe wybuchły. Nie potrafiła powstrzymać machania ogonem. Nie pozostawiła nawet okruszka. Teraz musiała spróbować wszystkich! Podniebienie sięgnęło niebios. Twarde, ciężkie, lekkie, puszyste, z owocami, słodkie, słone z słodkim, z ziarnami, czekoladowe, ze śmietaną i pierniczki. Żadne nie uniknęło osądu głodnego drapieżnika. Usiadła i zaczęła myśleć. Które było ulubione. Nie mogła się zdecydować, bo wszystkie były wyśmienite. Zdecydowała, że druga runda na pewno rozstrzygnie spór w jej głowie. 
Minęły dwie godziny, a jej brzuch znowu wołał o pomstę. Zjadła za dużo słodkiego. Pozostało zaledwie parę pierniczków z nadzieniem. Z trudem dorzuciła drewna do kominka, a następnie usiadła przed nim z wiklinowym koszyczkiem. Zaczęła powoli wyjmować z niego solidnie poukładane rzeczy. Przeróżne szczotki, które musiała natychmiast wypróbować na swoim ogonie. Małe pudełeczka jako schowki, "pewnie na pierniczki". Puder, który po powąchaniu zaowocował pięć minut ciągłego kichania. Spinki i gumki do włosów. Przymocowała wszystkie... A na końcu perfumy, dokładnie cztery flakony, idealnie na cztery kończyny. Pryskając w ogień odkryła, że są bardzo łatwopalne i niemal nie spaliła pokoju. Po tej całej pielęgnacji, obejrzała dokładnie cały pokój i zajrzała w każdy zakamarek. Sprawdziła także, czy aby na pewno każde łóżko jest tak samo wygodne. Zza okien rozciągał się także widok na część miasta, który podziwiała przez dłuższą chwilę. Zdążył zapaść zmrok, a Sorena nadal nie było. Zrobiła się bardzo senna, gdy nie było już nic do roboty. Położyła się na pierwszym wybranym łóżku i czuwała... całe dwie minuty.

Późnej nocy drzwi od pokoju się otworzyły. Kina już obserwowała. Przyzwyczajona, do szybkich pobudek, nieraz musiała uciekać, gdy nadchodzili obcy. Była to Werna z trzema torbami, a tuż za nią wszedł Soren. Rozejrzeli się po pokoju. Dziewczyna trochę załamana, gdy zauważyła wielki burdel, ale cicho się zaśmiała, on natomiast nic nie okazał. Porozmawiali jeszcze trochę po cichu. Nie usłyszała o czym, a raczej nie rozumiała ich. Pozostali sami. Przez chwilę wpatrywał się w nią. Przeszyły ją dreszcze. A jeśli... on... 
Ale nic takiego nie zrobił. Zdjął ubranie podróżne, by zarzucić lekkie spodnie i koszule, służące mu do spania. Położył się, przykrył kołdrą i zasnął. Kina znów czuwała, tym razem dłuższą chwilę, lecz zmęczenie zwyciężyło nad niepokojem.



=========================================================================
Ciekawostka. Łącznie z wymyśleniem Imion (Za cuda nie potrafię wymyśleć ich przed rozpoczęciem pisania), post ten zajął 11 godzin i 34 minuty... Długo nawet jak na mnie... 

3 komentarze:

  1. Hejeczka,
    o matko, o matko toś mi zrobił niespodziankę, od czasu do czasu tu zaglądałam, a teraz szykowałam się napisania czy wciąż myślisz o tym opowiadaniu... zabieram się za czytanie i te liczę na regularne dodawanie rozdziałów...
    Dużo weny życzę...
    Pozdrawiam serdecznie Kaśka

    OdpowiedzUsuń
  2. Hejeczka,
    super opowiadania i liczę na nowe rozdziały...
    Dużo weny życzę...
    Pozdrawiam serdecznie Kaśka

    OdpowiedzUsuń
  3. Hejeczka,
    opowiadania fantastyczne się zapowiada, bardzo liczę na kontynuację...
    Dużo weny życzę...
    Pozdrawiam serdecznie Basia

    OdpowiedzUsuń